.
Rajd na orientację
dodano: 2015.05.26
Zasłyszałem od naszego prezesa Leszka o rajdzie rowerowym na orientacje w Wołominie. Miałem się nie wybierać, bo kompromitacja była pewna. Pomyślałem jednak, może kto ze znajomych będzie to się podczepię. Niestety nie było. Zresztą każdy startował, co minutę i znikał w gęstwinie lasu. Wszyscy mieli wypasione terenowe rowerki, kaski,strój, mapnik, kompas, a ja na trzeszczącym wysłużonym wolecypydzie z błotniczkami, bagażniczkiem, kutym zapięciem i nieodłączną nóżką :). Organizatorzy jakoś mnie doposażyli i dali mapę o średniej trudności trasie, niejako-że jestem miejscowy, to sobie poradzę. Jasne, że znam te tereny, wszystko to moje ścieżki biegowe. Po jakimś czasie nawigowania pierwsze lampiony odnalazłem,a potem zacząłem błądzić. Dzieci co też szukały wydawały się bardziej z orientowane, aż ze wstydu się zapadałem i udawałem że majowe grzybki zbieram. Raz pomógł miejsowy dziadek przy lesie mieszkający gdzie widział taki punkt kontrolny. Gdzie indziej zataczałem kręgi jak niedzwiedzica w rui przekonany, że ta lampeczka musi gdzieś tu być. Zrezygnowany przyczaiłem się na innego rowerzystę, by mnie podprowadził pod lampion z dziurkaczem by odhaczyć numer na karcie. Ledwo go dogoniłem. A jak super startujące dziewczyny się orientowały, ale ja już od dawna za dziewczynami nie ganiam:) Mimo nie małych trudności zabawa jest przednia i duża radość z odnalezionego miejsca. Dwa ostatnie lampiony odnalazłem najszybciej. O dziwo w gęstym lesie (bo w końcu rozgryzłem tą mapę). Uradowany z kompletem 15 znalezionych punktów gnałem na metę. Pierwszy raz w życiu byłem pierwszy, ale odkońca ;) Co się dziwić po 4 godzinach walki, w tym zbieraniu grzybków i wąchaniu kwiatków zupełnie straciłem rachubę czasu. A i tak rozpierała mnie duma.
P.S; Od dłuższego czasu myślę, że fajnie by było byśmy zorganizowali sobie swój własny rajd rowerowy badź biegowy na orientacje w tłuszczańskich lasach. Naprawdę wciąga...
MarcinD

Bieg Cichociemnych
dodano: 2015.05.24



Kto się z Krusza nie wykruszył ten na fajną trasę z nami ruszył.Tym co życie na to pozwoliło, to sobie w zdrowiu bieg ukończyło. Bobrów jak widać po wynikach sporo było i każdy z nas zaprezentował się morowo. Jedni z nas szybciej Adrian - drugi, Kamil - trzeci, debiutant w naszej drużynie Gabriel - czwarty, a my wszyscy za nimi odrobinę wolniej:), ale na tyle szybko by się porządnie zmęczyć. I też zająć podium tyle, że w swojej kategorii jak Ela, Kasia i Gabriel, a w nordik Agnieszka z siostrą wywalczyć 1 i 2 miejsce w open, nie dając szans konkurencji. Czuło się przyjacielską, rodzinną bobrową atmosferę. Najbardziej cieszę się, jak mogę przy okazji takiego kultowego biegu spotkać się z osobami, z którymi rzadziej się widzę: jak z Adrianem, z Tomkiem i jego synem Jakubem co nas zawsze dopingują. Wspólnie kibicować Ani, Kaśce, Waldkowi i Grześkowi jak bije od nich ciepła aura, gdy dla relaksu z uśmiechem na twarzy swobodnie biegną. Minusem było trochę pomyłek przy wręczaniu statuetek i to, że w końcówce nagrody w danych kategoriach wiekowych osoby same sobie wręczały, ale ogólnie impreza za niepowtarzalny klimat zawsze jest u mnie premiowana. Pomimo, że pogoda straszyła deszczem zapowiadany na forum naszej strony piknik bobrowy, odbył się planowo po biegu. Wyznaczone przez Rysia do ożywionego biesiadowania urokliwe miejsce na kocyki, nadawało się idealnie:) Waldek ze swoim procentowym wkupnym w pełni się z nami zintegrował. Dziewczyny napiekły słodkości. Prawdziwa sielanka! Szkoda, że była nas mała gromadka, bo ciasta i napojów było oj było, aż głowa bolała ;)
Marcin D.
Wyniki:
10km:
2m. 00:37:12 Zarzecki Adrian
3m. 00:37:20 Gajewski Kamil
4m. 00:37:30 Kozłowski Gabriel
21m.00:43:09 Dymiński Marcin
22m.00:43:17 Mazurek Ryszard
28m.00:44:13 Gotowiec Darek
45m.00:46:28 Łuczyk Janusz
47m.00:46:43 Rosa Leszek
69m.00:48:59 Lipiński Adam
73m.00:49:27 Paź Jacek
80m.00:49:54 Rosa Ela
88m.00:51:41 Laskowski Grześ
103m.00:53:18 Zdunek Waldek
104m.00:53:18 Marcinkiewicz Kasia
154m.01:07:09 Byczuk Anna
Nordik 10km:
1m. 01:25:51 Paź Agnieszka
2m. 01:25:56 Kur Magda
6m. 01:28:55 Gotowiec Bogusia

I NOCNY PÓŁMARATON CIECHANÓW
                    dodano dn.  24.05.15r
                                             
                        

BIEGIEM PRZEZ PUSTYNIĘ BŁĘDOWSKĄ
dodano: 2015.05.24

Nasz weekend biegowy 16-17.V.2015 r. zaczął się ciekawie:) najpierw w sobotę o 10.30 - I Półmaraton Szlakami Pustyni Błędowskiej a o godzinie 16.00
I Bieg Wadowicki a następnie w niedzielę o godzinie 16.00 - X Bieg Kraków Skotniki z okazji 95 urodzin Ojca Świętego Jana Pawła II. To był prawdziwie weekendowy maraton biegowy!!! :)
Półmaraton po Pustyni Błędowskiej zaczął się fantastycznie. Po tygodniowej przerwie w bieganiu i regeneracji aż chciało się pobiegać. Ze stadionu w Kluczach k/Olkusza wystartowała mała grupka zawodników około 70 osób, wydaje mi się, że nie każdy biegacz chciał się zmierzyć z warunkami pustynnymi. A nie było łatwo :) Na początku trasy przez około 10 kilometrów trasa biegła przez lasy drogą szutrową. Świeciło ładne słoneczko. Zdziwiłam się bardzo i w czasie biegu pytam Leszka gdzie ta pustynia? Piasku nie widać tylko piękne leśne alejki. Tak oczekiwany piasek i pustynia pojawiły się na 12 kilometrze i dobrze dały się we znaki. Nogi zapadały się w suchym piasku, nie było bardzo gdzie zboczyć, bo po prawej stronie rozległy piasek pustyni a po lewej gęsty las bez żadnych wytyczonych ścieżek. Słońce mocno przygrzewało. Gorąco i brak wody, - jak to na pustyni - nie ma, nie ma wody na pustyni... Tak więc "broczyliśmy" sobie w tym piasku. Wreszcie dobiegliśmy do niewielkiej rzeczki Białej Przemszy płynącej przez Pustynię, ale zamiast wody z rzeki napiliśmy się wody z" punktu odświeżającego". Tam też usłyszałam, że jeszcze ze dwa kilometry tej pustyni i będzie meta. To mnie podbudowało i nabrałam siły do walki z tą pustynią. Tak więc dobiegłam i ukończyłam pierwszy w życiu bieg pustynny z wynikiem 02.10.55 i to w Polsce!!!
dystans 21,097 km
Ela Rosa 02:10:55
Leszek Rosa 02:10:56
Ale to nie wszystko. Po szybkiej regeneracji wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Wadowic /ok. 70 km/ aby tam jeszcze o godz. 16.00 wystartować w I Biegu Wadowickim. I udało się trasa wynosiła 10 km, asfaltowa:) była bardzo piękna, ale ja już nie mogłam podziwiać, i pierwsze 5 km z podbiegami!!!A to była dla mnie niespodzianka! Ja już nie miałam siły, zważywszy na to, że już miałam 21 km w nogach, Leszek ciągnął mnie prawie za uszy. Dobiegłam he,he(: i prawie padłam, ale na mecie czekał medal, zupka i "kremówka papieska". Tak więc po zaliczonych 2 biegach w ciągu jednego dnia nie mieliśmy już sił na
" noc muzeów", które były jeszcze w planie.
dystans 10 km
Ela Rosa 00:57:05
Leszek Rosa 00:57:05
Po długiej przespanej nocy na kwaterach w Wadowicach, w niedzielę wyruszyliśmy do Krakowa. Jakby jeszcze za mało było nam biegania postanowiliśmy wystartować w X Biegu Kraków-Skotniki z okazji 95 urodzin Ojca Świętego Jana Pawła II. Jeszcze były wolne miejsca i zarejestrowaliśmy się. Bieg rozpoczynał się o godzinie 16.00, więc mieliśmy jeszcze czas aby posilić się i zjeść wielką pizzę. Byliśmy wypoczęci, najedzeni i przygotowani na start. Czekał nas dystans 13 kilometrów i trasa nie zaliczała się do prostych, łatwych i przyjemnych. Trasa była w większości asfaltowa ale z podbiegami. Jeden z większych podbiegów był do klasztoru w Tyńcu. Wbiegnięcie na teren klasztoru Benedyktynów wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Na dziedzińcu w Klasztorze otrzymaliśmy błogosławieństwo i wsparcie duchowe na drogę powrotną do Skotnik. Bieg fajnie przygotowany, trasa ciekawa, urokliwa i bardzo wymagająca. , Biegła częściowo przez Bielańsko-Tyniecki Park Krajobrazowy, Rezerwat Skołczanka. Nie zabrakło też na trasie kibiców mocno dopingujących zawodnikom. Dzieci na trasie przybijały" piątki". Medal bardzo ładny, pyszne jedzonko na mecie i duża ilość punktów z wodą na trasie. Po szybkim prysznicu, po dekoracjach, tak wypoczęci i zrelaksowani po weekendzie o godz. 18.10 wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu /przed nami było do pokonania ok. 400 km, teraz już tylko samochodem:)/.
dystansu 13 km
Ela Rosa - 01:10:57
Leszek Rosa- 01:10:57

V PÓŁMARATON SZELKÓW...były chmury.wiatr,słońce,pyszne ciasto i Kasia  na pudle.

                                                                                                                       Dodano dn.17.05.15.r


DyMnO 2015 Kosów Lacki

                                                                                                            Dodano dn.16.05.15.r
.... no to "zorientowałem" się biegiem i marszem...wyszło 55km.Przednie zawody.                                                                                                                                                                                           link do zdj.https://drive.google.com/open?id=0B9lV6Cp-sMP-fmRYdUpjbFRUcEE0SkU3NVRrUFBXOTFnTmRLRXZWLUd6UmxlU3JVSDhpRlE&authuser=0

Międzynarodowy Maraton Lubczów-Jaworow
dodano: 2015.05.14
Przebiegliśmy nasz pierwszy międzynarodowy maraton!!! Hurra!!! Na ten maraton wcale się nie przygotowywałam i nie zamierzałam w nim uczestniczyć, ze względu na to, że niecały miesiąc temu przebiegłam maraton Dębno. Ale cóż, Leszek zarejestrował się wcześniej, a ja o tym nawet nie myślałam. Innego dystansu niż maraton na tym biegu nie było. Dopiero w dniu wyjazdu do Lubaczowa wpadłam na pomysł, że spróbuję przebiec maraton, bo cóż ja tam będę robić, patrzeć jak inni biegną - NIE!!! Chcę biec. Zarejestrować się już nie można. Dzwonię do Pani Naczelnik - koordynator biegu i pytam czy mogę się zarejestrować. Usłyszałam, że niestety już jest za późno, bo listy i numery paszportów przekazano na granicę. No to już mi się płakać chce, mówię, że mój mąż jest zarejestrowany, będzie biegł, a ja będę truchtać tylko do granicy i z powrotem? Chyba Pani Naczelnik żal się zrobiło mnie i postanowiła w jakiś sposób mnie jeszcze dopisać. Szybko przesłałam e-mailem dane i nr paszportu. W sobotę byliśmy przed 20.00 w biurze zawodów po odbiór naszych pakietów startowych, jeszcze zdążyliśmy na pasta party i na ognisko. Potem szybko trzeba było spać bo w niedzielę 10.05.2015 r. o godz. 5.30 wyjeżdżaliśmy autokarem na Ukrainę do miejscowości Jaworow. Tam startowaliśmy o godz. 9.00 czasu polskiego. Na Ukrainie była już 10.00. Słońce świeciło już od piątej rano. W Jaworowie najpierw strażnicy nas odprawili /sprawdzili paszporty i je zatrzymali/. Paszporty oddano nam w Polsce po zakończonym biegu. Na małym ryneczku w Jaworowie zagrano najpierw hymn Polski, potem Ukraiński oraz Unii Europejskiej. Były przemówienia przedstawicieli z Polski i Ukrainy a także złożenie kwiatów pod pomnikiem poległych żołnierzy w wojnie na wschodniej Ukrainie w Donbasie na terenie obwodu Donieckiego. No i przyszedł moment startu. Bieg kameralny. Około 170 osób z tego ponad 100 osób to Ukraińcy. Upał nie do wytrzymania i bardzo duszno. Przebiegliśmy chyba przez cztery miejscowości - wioski - i to bardzo biedne, domy małe drewniane niemalże zabytkowe jak w skansenie. Ludzie schludnie, czysto i odświętnie ubrani. Kobiety w białych chustach na głowach zmierzali do kościoła. W Większości widać było kościoły katolickie, zbudowane na wzór cerkwi. Nie zabrakło też kibiców. Wychodzili ze swoich podwórek, witali nas, pozdrawiali po ukraińsku "slawa Ukraine", bili brawa, a nawet zbierali się w grupki i śpiewali nam po ukraińsku swoje pieśni, częstując nas wodą i słodyczami.To nas podtrzymywało na duchu i dawało siłę aby biec dalej. Przebiegliśmy półmetek a tu Polski nie widać. Trzeba biec dalej, dobrze, że słońce schowało się za chmury i tak nie piekło, bo już martwiliśmy się jak to zrobić, aby dobiec do granicy, do Polski i do mety w Lubaczowie. W końcu to paszportów nie mamy, żadnych innych dokumentów- jesteśmy bezimienni- zostać gdzieś po drodze nie możemy, bo pilnowali, na poligon nie chcieliśmy skręcać, bo i po co?.... więc biegniemy dalej. Wreszcie po 29 kilometrze zobaczyliśmy przejście graniczne... Hurra! jesteśmy w Polsce! I już niedaleko meta. Chcę dodać, że biegłam z Leszkiem a przed nami i za nami żadnego maratończyka. Tak się rozciągnął ten peleton!:) Dwaj samotni biegacze..., he,he. Ale jeszcze nie ostatni!!! he, he. Przez przejście graniczne udało nam się przebiec, nie zatrzymali nas, tylko w biegu zerknęli na nasze twarze i na paszporty, na których były naklejone nasze numery startowe. Tak czekaliśmy na tę chwilę, że już wreszcie w Polsce, a tu niespodzianka. Pogoda zmieniła się diametralnie. Zaczął padać deszcz i wiatr prosto w oczy. Jak na złość. Czy mieliśmy zostać na Ukrainie? Czy co??? Z wielkim trudem, ale dobiegliśmy do Lubaczowa i na naszych szyjach zawisł piękny medal. Chcę dodać, że na dekoracjach biegu lunął taki deszcz, że prysznic co niektórym nie był potrzebny. Bieg fajnie zorganizowany, niedrogi /wpisowe 60 zł/ i nikt nie wyjechał do domu głodny. 

Wyniki:
Elżbieta Rosa 04.35.48
Leszek Rosa 04.35.48

VIII Bieg Piastowski Kruszwica - Inowrocław

Autobus z ożywionymi biegaczami ruszył. Za 21km miał dotrzeć na miejsce startu pod Mysią Wieżę; zamku Popiela w Kruszwicy. Razem z Ryśkiem wcale nie byliśmy jakoś jak inni specjalnie podekscytowani. Może składało się na to zmęczenie nocnym dojazdem. Rysiu spał tylko 2 godzinki, ale jemu to nie przeszkadza. Jest bardzo odporny - najwyżej milczy i oszczędza energię :). Ja też mało mówiłem (jak na mnie), zamknąłem nawet oczy nie chcąc widzieć długiej trasy, na jaķą zdążę się jeszcze napatrzeć. Postanowiłem w końcu spoważnieć i pobiec skoncentrowanym najlepiej jak potrafię. Pomimo bólu mięśnia dwugłowego nogi, biegło mi się łatwo, miło i przyjemnie. Trasa nie wymagająca, ale atestowana, więc z czasu na 15km wynikało że w założonym tempie skończę w 01:35...coś tam, coś tam. Tak przynajmniej wypadało, jak i padać tego dnia miało, a że słońce mocniej od 16km przypiekało to nas trochę przytkało. Odczuwałem, że ktoś przez większość trasy mnie obcina, ale że to Rycho tak dociskał za mną (zważywszy, że był bez formy, jak mówił), to mnie zaskoczyło. Ale jak mogłem cokolwiek spostrzec wokół, kiedy byłem skupiony jak mysz na Popielu, jak sokół na celu. Chyba widziałem tylko swój czubek nosa i długą prostą asfaltową trasę, przy tym nadwyraz byłem mało ochotny na zaczepki biegaczy do rozmów. Pomyślałem chyba coraz mniej w tym moim bieganiu zabawy, a coraz więcej rozwagi i powagi (oby nie przerodziło się to w przesadne nadymanie - coś te słowo pokrewne nazwisku mojemu:)). Nawet uważnie biegłem środkiem ulicy, by mojej jednej krótszej nodze bardziej dopomóc i wyrównać trajektorię biegu. Pomogło w 100%, od kręgosłupa nic mnie nie paraliżowało, ale na 18km udo znowu się odezwało i dogorywałem do mety. Jak tylko zawisł na mojej szyi nie za piękny medal z zawrotami głowy padłem na murawę (chyba udar cieplny). Zdjąłem buty i przez długi czas chodziłem jak za dzieciaka na bosaka. Ziemia mnie schłodziła, a każdy kamyczek błogo masował stopy. Za jakiś czas wpadł Rysiu, wyglądał źle, ale nie gorzej ode mnie ;) Mimo chwilowego wyczerpania nieporównywalnie wielka była satysfakcja z ukończonego biegu. Dodatkowo doszły do głosu hormony szczęscia i jak po narkotyku odleciałem choć nigdy żadnych odurzaczy nie próbowałem. Samo bieganie wystarczającym jest uzależnieniem. Po inhalacji w inowrocławskiej tężni ruszyliśmy z synami Ryśka na upragnione rowery. Dwa dni spokojnego pedałowania, malowniczym szlakiem piastowskim. Zwiedziliśmy m.in: Wenecję, Biskupin, Żnin, Gniezno, Ostrów Lednicki. Po tak aktywnym weekendzie akumulatory elan vita (sił życia) naładowane na full:)
MarcinD 
Wyniki :
Marcin Dymiński 01:39:05
Ryszard Mazurek 01:50:06 

Bieg Wiosny
dodano: 2015.05.10
WIOSNA TO
forsycje, krokusy, mlecze, niezapominajki, bzy i kasztanowce ....WIOSNA TO TEŻ ULEWA BURZA GRAD :) :) :) 

Żeby podkreślić na biegu Wiosny - wiosnę :), postanowiłam upleść wianki dla siebie i Egipcjanina ( Waldemara Z.), który po powrocie z egzotycznych wojaży opalony jak szejk arabski Jest :) Nawet w planach.... miałam pomysł na pomalowanie gołych części naszych członków w kwiaty i liście, aby i w ten sposób oznajmić światu, że wiosna nadeszła :) Zamiar ten potwierdziłam zakupem farb do ciała :) A że Egipcjanin artystą malarzem Jest :), a i mnie niczego w malowaniu nie brakuje - mogłoby wyjść ciekawie :) Na szczęście, Na szczęście !!! z powodu braku czasu do malowania cielesnego nie doszło :) Jak to czasem dobrze jest z czymś nie zdążyć :)

Krocząc po łące - Egipcjanin - (Waldemar), niczym Józef Tolibowski dla Basieńki z " Nocy i dni " zrywał mi mlecze (Nie nenufary :) ), a ja siadłwszsy na kamieniu plotłam wianek :) A że wprawy wielkiej nie mam, zdołałam jeden tylko skończyć :) Potem na głowę go kolejno włożywszy sesję fotograficzną czyniliśmy :) Godzina prawie 12 wybiła i czas było udać się na start biegu :) Od rana czarne chmury krążyły po niebie, złowieszczo ostrzegając przed deszczem, ale za każdym razem jak o tym wspominałam - Egipcjanin uspokajał - One wszystkie przejdą bokiem :) No i przechodziły :)

Udaliśmy się na start
Dużo pogodnych ludzi, Kilkoro z nich zaczepiało nas pozdrowieniami. Koszulka Bobrowa :) jest rozpoznawalna razem z właścicielem jak się okazuje :)

Pożegnałam się z Egipcjaninem z zamiarem ucieknięcia mu tuż po starcie :) Zostało ze dwie minuty do startu, ogromna chmura zawisła nam nad głowami, Nawet już nie pytałam Bobrowego Szejka co on na to, bo wiedziałam że Ta chmura raczej bokiem nie przejdzie :)

Zaczęło się odliczanie -10, 9 , 8 ,7 , 6 ........ i........ na 5 - Strzelił piorun !!!. I tak zaczęliśmy bieg ! :) Egipcjaninowi uciekłam może ze 200 metrów :) ściana deszczu skutecznie ostudziła mój zapał ucieczki :) walące pioruny wywołały lęk i postanowiłam umrzeć od pioruna w towarzystwie Bobra Waldemara :) Tak więc cały biegliśmy razem :) Szara kurtyna deszczu, wiatru, no i gradu na dokładkę, a wszystko to okraszone piorunami. Pole widzenia minimalne, oddychania też. 
Rany !!! dobrze że się nie wymalowałam farbami !!! niezła tęcza byłaby ze mnie !!!

Łapiąc oddech i wycierając oczy zwróciłam się do Egipcjanina o zrozumienie tej naszej jakże ciężkiej, potowrnej sytuacji :). Wydusiłam, że jest koszmarnie!! !, że nic nie widzę!!! że oczy szczypią !!!, liczyłam na zrozumienie !!!. Waldemarze !!! Pomóż ! Ponarzekaj ze mną !!! Powiedz że tez cierpisz !!!
Na to Waldemar mi odrzekł " Ale przynajmniej nie jest gorąco" :) No kurde !!!, Fakt , gorąco nie jest, ale co z tego jak nic nie widzę !!! :) Koniec końców, około 3 km deszcz zmalał, dobiegliśmy do mety kilka kilogramów ciężsi :) Pocieszające jest to, że wszyscy wyglądaliśmy jak zmokłe kury ! Szczęśliwe zmokłe kury !!! Całe stado szczęśliwych zmokłych kur, uchechanych że dali radę !!!
Próbowałam zdjęciami oddać skalę zniszczeń, grozę, potworność :) ale nie udało się, nawet w kałużach wyglądamy na szczęśliwych :)

Biegi w Wieliszewie wszystkie są super !!! 
Wójt tej Gminy kocha bieganie i zaraża tym wszystkich Cudownie było patrzeć na dzieci, młodzież, która pomimo deszczu ruszyła 4 litery z domu.
I ci wszyscy ludzie, których już się zna, którzy się uśmiechają jeden do drugiego, pozdrawiają I te wszystkie przemoczone twarze po tej ulewie, przemoczone ale szczęśliwe Kurde !!! 
No właśnie - Kurde ! to jest to !

Ps. Wiem, że kobiecie nie wypada tak publicznie kurde i kurde, ale kurde chciałam podkreślić podniosłość chwili :) no i wzmocnić relację ! Kurde !
Ps. Relacje ma napisać też Waldek :) Ale już wam powiem co będzie :) Napisze że było pięknie :) a ten malutki deszczyk go ostudził nieco, bo rozgrzany jest po tych egipskich wakacjach :)
Kasia M



wyniki w kategorii Masters ( czyli powyżej 40 lat :))

Katarzyna Marcinkiewicz 24:45 M1 (K)
Waldemar Zdunek 24:46 M18 ( M)

Oblężenie Jasnej Góry
dodano: 2015.05.09
Trochę po czasie i z „pewną dozą niepewności”, bo to mój literacki debiut na „bobrowej stronie” zamieszczam streszczenie z wyjazdu na 7 Bieg Częstochowski. Odbył się on 11 kwietnia 2015r. Liczba startujących 1100 ( w tym jeden Bóbr z nr 1080 w mojej osobie). Dystans 10km (dwie pętle ulicami miasta wokół Klasztoru Jasnogórskiego. Po odebraniu pakietu startowego w biurze zawodów, krótka rozgrzewka w formie spaceru na wieżę klasztorną. Start o godzinie 14.00. Ciekawostka w biegu uczestniczył przeor Jasnej Góry, o. Marian Waligóra z nr 30, który z czasem 00:38:38 zajął bardzo dobre 45 miejsce(okazuje się, że duchowny też potrafi, oby takich „Sług Bożych” więcej). Przed startem w ramach rozgrzewki duchowej krótka modlitwa i błogosławieństwo dla wszystkich startujących. Atmosfera na trasie trochę pielgrzymkowa w ruch poszły przydomowe polewaczki, chłodzące biegowe towarzystwo bo pogoda dopisywała. Kilka podbiegów a dokładnie z tego co naliczyłem to 8 na dwóch pętlach trochę dało w kość. Mój czas 00:54:40. Na mecie medal oraz do wyboru posiłek regeneracyjny wegetariański lub mięsny . Z racji ograniczenia czasowego pozostała mi tylko „strawa duchowa” w postaci spaceru przed obraz Czarnej Madonny i krótkiej modlitwy. Pozdrawiam wszystkie Bobry i polecam ten bieg (zwłaszcza jeśli traktuje się go jako formę pielgrzymki).

Andrzej B.

W pogoni za węgorzem, Półmaraton Węgorza
dodano: 2015.05.05
02.05.2015r. Węgorzewo, po ,,starcie honorowym’’ wokół węgorzewskiego rynku (pętla ok. 400m) jedziemy do Sztynortu (podstawionymi autobusami lub indywidualnie) na ,,ostry start’’ 
XI Półmaratonu Węgorza. Na miejscu spotykamy się z Leszkiem i Elą, którzy też startują przy okazji majowego wypoczynku w okolicy. Szybko ustalamy taktykę jak rozpracować Kenijczyków, tak żeby oglądali nasze plecy do samej linii mety (to oczywiście żart) ale taktykę ustalamy. Moim wyzwaniem jest dobiec z czasem 02:00:00 o łamaniu tej bariery niema nawet mowy. Ela i Leszek poświęcają ten start dla mnie i zobowiązują się pomóc mi w osiągnięciu tego założenia. Dostaję krótkie wytyczne od wytrawnych BOBRÓW (nic nie „gadać ‘’ tylko biec i trzymać tempo). Startujemy w samo południe spod Pałacu Rodu Luhndorff . Jest dość ciepło ale od strony jeziora powiewa chłodny wiatr. Trasa dość malownicza (szczególnie przesmyk pomiędzy Jeziorem Dargin i Mamry zapada w pamięć) ale za sprawą kilku dość długich podbiegów dość wymagająca dla takiego nowicjusza jak ja. Mimo wszystko pierwsze kilometry mijają sielsko i anielsko. Leszek ostrzega aby nie wpadać w zbytnią euforię bo o tym kto faktycznie biegnie przekonamy się dopiero na 18 kilometrze. Posłusznie biegnę więc w wyznaczonym tempie. Na trasie ciągła roszada ktoś kto przed chwilą wyprzedzał za chwilę zostaje z tyłu by po chwili znowu wyprzedzać a my na to niewzruszenie robimy swój plan na 02:00:00, tylko czy na pewno…..? Po 10 kilometrze pytam nieśmiało czy na pewno nie biegniemy za szybko jak na ustalony czas bo wydaje mi się(a mój stoper to potwierdza), że podkręcamy obroty . Leszek i Ela twierdzą jednogłośnie, to tylko złudzenie, więc naiwny jak dziecko znowu pokornie przemierzam za nimi krok w krok nie patrząc już na swój czasomierz. Na trasie dość sympatycznie woda na punktach odżywiania, gorący doping miejscowych kibiców i służb porządkowych. W takiej atmosferze przekraczamy 15 kilometr i czuję, że nogi zaczynają pomału płonąć. Na 18 kilometrze rozum zaczyna coś wspominać o odpuszczeniu ale serce gorące do walki nie pozwala zawieść moich „zajączków’’. Postanawiam walczyć do końca. Moją determinację zauważa Leszek, który wprowadza technikę biegu zaadoptowaną rodem z Giro d’Italia. Sam biegnąc pierwszy przecina powietrze a za nim niczym w próżni biegnie Ela ze mną. Od czasu do czasu Leszek również korzysta z takiej osłony „podczepiając ‘’ się pod plecy biegnących przed nami. Tak mknąc niczym zawodnicy Tinkoff-Saxo (tylko bez rowerów) prowadzeni przez „naszego Majkę” (czytaj Leszka) przekraczamy 20 kilometr. Tablica z symbolem 
20 kilometra okraszona jest , tak jak wszystkie wcześniejsze, wymownym hasłem „Życie zaczyna się po 20 - tce” . Niestety wydaje mi się, że nie dla mnie. Nogi zaczynają mi pomału eksplodować. Tylko gorący doping Leszka i Eli pozwalają mi przebiec ostatni kilometr. Na metę wbiegamy razem całkiem niezłym sprintem (adrenalina jednak robi swoje). Pozostaje jeszcze kwestia czasu. Założone 02:00:00 zmieniło się w 01:55:49 co w porównaniu z poprzednim Półmaratonem Warszawskim ukończonym z czasem 02:03:36 jest dla mnie sporym osiągnięciem . Tak oto zostałem oszukany przez moich prowadzących. Ela i Leszek dzięki wam bardzo za wspólne pobieganie i pracę na mój wynik. Czapki z głów przed takimi zawodnikami, mam nadzieję, że kiedyś osiągnę wasz biegowy poziom.
Pozdrawiam. 
 Andrzej B.

Wyniki XI Półmaratonu Węgorza:

Elżbieta Rosa 01:55:49

Andrzej Białek 01:55:49

Leszek Rosa 01:55:50 

Bieg Konstytucji 3 Maja
dodano: 2015.05.03

wyniki:
Bieg 5 km
192. GOTOWIEC Darek - 00:20:32 M40/41
713. MARCINKIEWICZ Katarzyna - 00:23:27 K40/8
2523. ŁUCZYK Janusz - 00:30:27 M30/731
2964. BYCZUK Anna - 00:32:54 K40/147
Bieg dzieci (700m)GOTOWIEC Aleksandra - 00:03:49

Bieg Flagi
dodano: 2015.05.03

wyniki: 
68. DARIUSZ GOTOWIEC 00:42:54 M40/16
190. KATARZYNA MARCINKIEWICZ 00:48:13 K40/4



"Jedna była - gdzie? Pod Tobrukiem.
Druga była - gdzie? Pod Narwikiem.
Trzecia była pod Monte Cassino.
A każda jak zorza szalona,
biało-czerwona, biało-czerwona,
czerwona jak puchar wina,
biała jak śnieżna lawina,
biało-czerwona."

(K.I Gałczyński Pieśń o fladze)

Może nie wyglądam, ale jestem patriotką, jestem zdecydowanie niedouczoną patriotką, nie znam dokładnie historii (błędy młodości) ale czuję się patriotką i staram się teraz nadrabiać luki w wiedzy.
Uwielbiam wszelkie imprezy o charakterze patriotycznym i właśnie z tego powodu pognałam na bieg flagi, Pognałam a raczej pognaliśmy :), bo było nas czworo, Darek z żoną Bogusią i córcią Julką i Ja :) Pogoda przepiękna, dodatkowo wiosna :), inny świat, wreszcie zielono,kolorowo :) po zimie taki widok to szok, człowiek nie może się napatrzeć :) Już samo to wprawiało nas w dobry nastrój. Na miejscu byliśmy dość wcześnie. Bramy cytadeli zostały otwarte dla biegaczy.
Cytadela. Miejsce straszne. Dawniej odbywały się tam przetrzymywania,przesłuchania więźniów, to miejsce gdzie wykonywano wyroki śmierci. Również zbocza cytadeli przesiąknięte są krwią bojowników o wolność. To miejsce tak niezwykłe dzisiaj było dawniej przekleństwem dla wielu skazanych i straconych, było miejscem ostatnim. Właściwie dopiero dziś pisząc tę relację zastanawiam się dlaczego ten bieg odbywa się w tak strasznym historycznie miejscu. Moja pierwsza reakcja, to bunt, że jednak ten bieg nie powinien się tam odbywać, bo krew, bo cierpienie, bo trzeba to uszanować, może to tak jakby bezcześciło się pamięć o tych co tam skonali. To miejsce, gdzie powinna panować cisza, skupienie. Pierwsza myśl taka. Ale za nią zaraz druga. Może jest okazja żeby zmienić to miejsce, trochę uratować, oczyścić, zmienić energię, może radość biegaczy, kibiców zatrze, trochę zmieni historię tego miejsca. Myślę i wierzę, że jest to możliwe.

Plac pośrodku murów -niewielki, ale ileż rzeczy tam zgromadzono. Scena, na której przez cały czas śpiewano pieśni patriotyczne. Obok -biuro zawodów, szatnie i depozyty. No i dalej stoiska, rekwizyty.... Chodząc kolejno mogliśmy się zapoznać z historią Polski z różnych okresów.
Na placu były również samochody i ekwipunek straży pożarnej, policji.
Zmagaliśmy się z maskami gazowymi :) bronią :) młotami , przecinakami.
Siedzieliśmy w policyjnym wozie :) Przymierzaliśmy czapki :) Panowie policjanci byli dla wszystkich bardzo wyrozumiali :) Mogliśmy posiedzieć w samochodzie strażackim :) Ja pocieszałam ranną, która cały dzień w tym dniu musiała leżeć w łóżku :) Przymierzaliśmy się do strzelania z broni z różnego okresu. Można było dotykać wszystkie eksponaty :) Więc korzystaliśmy z tego bawiąc się jak dzieci :) Można było napić się kawy, zjeść kiełbasy. Był także pokaz wojskowej orkiestry ! :) Oj działo się !!! a wszyscy zadowoleni, słońcem ugoszczeni.
Powiem szczerze, że sam bieg był po prostu dla mnie dodatkiem, nie celem samym w sobie. Przyjechałam chora i siły marne na bieganie miałam.
Cały ten piknik był świetny i nasza dobra na nim zabawa :) właziliśmy gdzie się dało :) Bogusia nam namalowała flagi na policzkach :) Julia też miała bojowe zadanie bo wciąż robiła zdjęcia z dwóch aparatów
:)
A bieg był dla mnie ciężki, trzy pętle, trzy podbiegi, nie straszne, ale gardło zawalone, katar, mało siły, biegłam na przymus, trzy razy zatrzymywałam się na kilka kroków w bramie bo nie dawałam rady, szczerze... to chciałam w ogóle zejść z trasy ale honor mi nie pozwolił :) czas wykręciłam jak na chorobę i tak nie najgorszy ale życiówka została dawno w tyle. Cóż, zdrowie najważniejsze. Ostatnio coś inny cel mi przyświeca a propo biegania. Chciałabym naprawdę biegać bezpiecznie, bez kontuzji, bo jak ją złapię to będę dopiero płakać bez biegania :( Za to Darek zniknął mi z pola widzenia szybko :) I on chłopak Bobrowy życióweczkę zrobił :) Po biegu spotkaliśmy kolegę Roberta Michalskiego (specjalistę od rozwodów :)) , oblecieliśmy z nim wszystkie stoiska, żeby i on miał fajne fotki.
Był lekki bałagan z wynikami. Czekaliśmy do końca bo były nagradzane kategorie, a Bogusia mówiła, że babek w moim wieku nie widziała :) więc może szanse mam :) Jednak babki były:) dokładnie trzy :) mocarne !!! gdzie mi do nich :) więc pudła nie było. Ale za to dorwaliśmy starego :) choć duchem młodego byłego Bobra - SZEFA WSZYSTKICH SZEFÓW
:) , który nas obściskał i zdjęcia z nami porobił :) POLECAM WSZYSTKIM TEN BIEG - Radość !zabawa! historia! święto!
Jeszcze chce podkreślić, że w dobrej zabawie towarzystwo jest najważniejsze !!!! wtedy nawet drobne defekty nie przeszkadzają. A towarzystwo super !!!
Bogusia - do gadania do rana :) Darek też i nawet córka Julka była ożywiona :) choć ze starymi prykami czas spędzała :) ( mówię o sobie
:)

Pozdrowionka
Katarzyna z Bobrów rodzina :)

ORLEN WARSAW MARATHON
dodano: 2015.04.27

Nareszcie nadszedł długo oczekiwany dzień wielkiego święta biegowego. Miesiące przygotowań, by jeszcze raz stawić czoła i nie dać się pokonać kryzysom na tym królewskim dystansie. Po każdym ukończeniu przyrzekam sobie, że to ostatni raz. Nigdy więcej takiego katorżniczego dystansu. Jak to zwykł Rycho mówić, maratony wcale nie muszą wychodzić na zdrowie. Duma i ambicja pchneła mnie jednak do tego ostatniego maratońskiego startu, bo wierzyłem, że stać mnie na więcej, niż jak ostatnio maszerowanie po 30km. Skrycie liczyłem urwać najmniej 5 min. Atmosfera podniosłości i napięcia w jelitkach towarzyszyła nam już w bobrobusie. Kamil w szczytowej formie, był naszym pewniakiem i jego miarkowania na zakładany czas, budziły nasz podziw. Leszek, jako że czuł się nie w formie, nie napinał się na czas tylko na ukończenie, a jako że jest dla mnie polskim Scotem Jurkiem wiedziałem, że łyknie ten dystans swobodnie. Kasia, swoimi wypiekami osładzała nam dzień i najbardziej zdrowo-rozsądkowo podeszła do tematu wybierając wraz zrzeszą ponad 15 tyś. biegaczy dystans 10km. Mariusz K. nasz nieprzewidywalny boberek znad Wisły, a ściślej z Józefowa (rzutem na taśmę zapisał się na dyszkę), czekał już na nas zwarty i gotowy na umówionym miejscu. Ten mój bliski kompan ze studiów jest godnym podziwu spokojnym, (a zarazem z nutą szaleństwa) wyluzowanym biegaczem, który swoim przykładem pokazuje, że pomimo niewielu treningów i niekiedy problemów zdrowotnych, wolę walki, hart ducha, taki bobrowy pazur z miłości do biegania ma w genach. Nawet tak przy okazji, w miasteczku biegowym przebadał się pod kątem poziomu tłuszczu zawartego w jego modelowej sylwetce. I jak na prawdziwego Bobra z Tłuszcza przystało o 10% więcej mu się przybrało. Prawdziwym, więc jest stwierdzenie, często przez innych biegaczy do nas wykrzykiwane ,,Bóbr Tłuszcz spala tłuszcz" (co też i ja zaszłyszałem podczas maratonu). Mamy do siebie szczęście, że w tym tłumie ludzi udało nam się namierzyć i zrobić tradycyjnie wspólne zdjęcie. Dla mnie najlepsza pamiątka, niezwykłego biegu zawsze z wyjątkowymi ludźmi. Balony poszybowały w górę i my z wolna wystartowaliśmy w tempie 5:30min/km i tak prawie do 21km. Od początku trzymałem się mojego peacemakera Leszka, który pomimo że czasami odstawałem, ciągnął mnie i motywował. Nawet po, 30 km gdy zostałem z 200m. z tyłu zwolnił i zaczekał na mnie. Prawdziwych przyjaciół, poznaje się w drodze. Kolejnym oczekiwanym zastrzykiem wzmaniającej obecności był mój wierny druh - Rysiek, który odnalazł nas na trasie i pokrzepiał słowem, colą i udzielał mi cennych wskazówek technicznych z pozycji rowerowego siodełka. Pstrykał nam przy tym zdjęcia, wcześniej wyhaczył nawet Kamila naszego bobra- pędziwiatra. Od początku delikatny deszcz odpowiednio schładzał przegrzewane ciała, ale zarazem powodował, że nawierzchnia wyczuwalnie była śliska i trochę zabierała z wybicia. Do 37 km nawet to mi nie przeszkadzało i nadal biegłem jak nigdy. Oddechowo czułem się w porządku, ale żeby nie było za pięknie znowu od wady kręgosłupa podrętwiały mi nogi i ręce. Normalnie to bym już szedł, ale towarzysze - bobry mocno mnie zdopingowali. Ostatnie 2km wypadało przeżyć sam ze sobą w mojej jaskini bólu. Wciąż prosta postawa Leszka, wskazywała najlepszej maści arabskiego konia, dałem mu znak, by sobie przyspieszył, a ja przeszedłem na dobre w moją znienawidzoną technikę łysiejącego, koślawego konika garbuska. Na 41km, ktoś z boku ujmująco podnosi na duchu. Patrzę, a to dobry znajomy naszego św. pamięci Stasia, starszy już wiekiem, ale wciąż młody duchem biegacz p. Wiesław. Był na posterunku, tak jak w Falenicy, zagrzewał mnie i teraz. Pomyślałem sobie, że gdyby Stasio żył, stałby i on z bobrowym transparentem i kibicował do boju tak jak kiedyś.Przeszło mnie wzruszenie... Dlatego nie mogę teraz iść, muszę mimo bólu biec, nie obchodził mnie już nawet limit czasowy na losowany mercedes, tylko realna meta. Na ostatniej prostej, bije mi brawo żywiołowa bobrowianka Kasia, (ileż miała wytrwałości i cierpliwości, że nas wszystkich w niepokoju wyglądała), więc pomimo padaki nieco sie zrywam. W końcu niewymownie szczęśliwy wpadam na metę i upadam od jeszcze bardziej wymownych skurczy. Założenie wykonane 5 min. urwane. Wielka radość, mogę już więcej nie biegać - maratonów. Wszystkie Bobry się spisały. Leszek nie miał nawet większych kryzysów, Kamil zrobił niesamowitą życiówkę, Kaśka pomimo, że dokońca nie wyleczona, a i tak nie odpuszcza i tym razem pobiegła równie mocno, nawet Mariuszowi poszło lepiej niż myślał i fragment swojej daty urodzin ubiegał 03.03 (co długie zdrowie mu wróży). 
Losowanie samochodów i innych nagród chybiło nasze numery, ale najważniejsze co mogliśmy tego dnia dostać, to satysfakcję z pomyślnie ukończonego biegu i to co najcenniejsze - przebywanie w gronie wiernych osób na które można liczyć.
Marcin Dymiński:
10km:
2409m. 00:49:34 Kasia Marcinkiewicz
8342m. 01:03:03 Mariusz Koperski
42,195km:
533m. 03:11:07 Kamil Gajewski
2700m. 03:47:17 Leszek Stępień
2805m. 03:48:35 Marcin Dymiński

Bieg Rycerza Okunia
dodano: 2015.04.25
Po powrocie do domu z biegu zrobiłem sobie... jedną kulkę, wylosowałem i wypada coś napisać.
W Okuniewie żółty byłem tylko ja i kilka forsycji, które jeszcze nie przekwitły. Na szczęście żona powiedziała, że chętnie ze mną pojedzie, więc nie byłem sam.
Na biegu Rycerza Okunia byłem w zeszłym roku ale wtedy padał deszcz i nie było takiej atmosfery jarmarku. W tym roku zupełnie inaczej. Tłumy ludzi, masa straganów, zapach grillowanych kiełbasek... Piękna, słoneczna pogoda zapowiadała udany jarmark, ale także ciężki bieg.
Jeżeli ktoś jeździ na zawody tylko dla medali, to mógł wracać do domu zaraz po odebraniu pakietu startowego. Ponieważ w pakiecie oprócz numeru, wody i batona był medal.
Ja nie biegam dla medali tylko dla przyjemności, więc z przyjemnością staję na linii startowej.
Startujemy punktualnie o 11:30. Mamy do pokonania pięć kółek po 2 km.
W tym roku niestety nie biegło się przez podwórko, ale za to dystans wynosił pełne 10 km.
Trasa nie łatwa. Kilometr po asfalcie, ale drugi kilometr po ostrych, chyba nie dawno wysypanych
kamieniach. Jakby się biegło po torowisku kolejowym.
W połowie pierwszego okrążenia jedna grupa, jak by się mnie przestraszyła, uciekła do przodu i straciłem ich szybko z pola widzenia. Gdy obejrzałem się za siebie, także nikogo nie widziałem!
Przez cztery okrążenia czułem się jak bym biegł sam. Nawet dzieciaki, które przyszły kibicować w połowie biegu, gdy koło nich przebiegałem krzyczały - ...o ten pan jest pierwszy!
Taaak pierwszy! Jak pierwszy zawodnik (Sylwek Kuśmierz) wbiegał na metę, to ja dopiero zaczynałem ostatnie kółko.
Gdy zrobiłem tą ostatnią pętlę ( w samotności) i wpadłem na metę, to żona w nagrodę udekorowała mnie medalem... wyjętym z plecaka.
Po przebraniu jeszcze mała sesja zdjęciowa i pyszna grochóweczka!
W drodze do samochodu przechodziliśmy pomiędzy straganami, gdzie unosił się zapach pięknie wyglądających wędzonek i innych ciast. Kupiliśmy sobie wszystkiego po trochu z tych regionalnych wyrobów i mieliśmy na kolację niezłą wyżerkę!
Podsumowując. Żałujcie, że nie byliście! Był to fajny, kameralny bieg.
Tylko następnym razem muszę zrobić coś, żeby ta pierwsza grupa mi nie uciekła, albo nie patrząc na czas poczekać na pozostałych. 

Samotny wilk McBóbr.

Test Coopera Wołomin


MÓJ PIERWSZY PÓŁMARATON  w .....



W piątek godzinę przed wyjściem do pracy dowiedziałem się, że będę miał dodatkową wolną niedzielę. Klik, klik.. Maratony polskie, klik… kalendarz biegów, 19.04 Półmaraton Lubliniec. Zapisy są i dodatkowo niskie wpisowe, godzina odpowiada.Przed zapisaniem powstrzymuje mnie myśl o sposobie dotarcia na miejsce. W takiej sytuacji można liczyć na portal Bla Bla Car. Polecam odwiedzić ta stronę.Powiem krótko. Ktoś jedzie stąd dotąd w tym dniu o tej godzinie. Za podwiezienie chce tyle i tyle. Szybki przegląd ofert. Zaklepałem sobie wyjazd z Warszawy do Częstochowy za 24zł, zaraz po pracy którą kończyłem późno w nocy. Powrót z Lublińca 14 zł, warunek: pomoc przy opiece nad dwójka dzieci. Decyduje się. Myślę,że nie będzie to para filmowych Kevinów. Wracam do zapisów, szybki przelew i
już jestem na liście startowej. W sobotę po pracy ruszyłem z całym majdanem biegowym. Około południa dowiedziałem się, że osoba z która miałem jechać do Częstochowy zaniemogła . Chwila nerwów. Bla Bla Car. Jestem uratowany, jadę z kimś innym i to jeszcze taniej. Umawiamy się przy
Pałacu Kultury. Na miejscu są już pozostali pasażerowie korzystający z takiego sposobu podroży. Droga mija na wspólnych rozmowach. Późna godzina wyjazdu zmienia moje plany noclegu. W każdym mieście są miejsca, które Cie przygarną na kilka godzin. W mojej tułaczce sprawdzały się nieraz.Przekoczowałem te 3 godziny. Słowo wyspany będzie na wyrost ale był to stan, który określiłbym na letarg, czyli czuwanie z zamkniętymi powiekami w pozycji nie do końca leżącej. Świt. Poranny
spacer przez miasto ‘’medalików’’ w kierunku wylotówki na Lubliniec orzeźwił mnie. O dziwo po kilku machnięciach ręką udaje mi się złapać stopa. Na odcinku 40km takich stopów musiałem
złapać trzy, ale do celu dotarłem.Przypomniały mi się młodzieńcze podróże .Pierwsze i niezmienne prawo autostopu nadal działa: „Uśmiechnij się, prędzej czy później coś się zatrzyma”. Na miejscu jestem dużo wcześniej.Wita mnie las, duża polana i piękna leśniczówka. Odbieram pakiet. Chłodno ale
grzeje słoneczko. Rozciągam się na drewnianej ławie. Czekam na bieg, którego jestem bardzo spragniony, po tym jak ostatnio: „uciekł mi” półmaraton w Rzeszowie. Leże, muzyczka gra, drzewa szumią, pachnie wiosną. Błogość. Zwłaszcza po nocy, której kilkukrotnie budzony byłem przez panią, która właśnie dzisiejszej nocy postanowiła, ze jej poczekalnia będzie lśnić jak sułtański pałac
i nie przeszkodzę jej nawet ja – intruz terrorysta o talibsko, cygańsko,rumuńskich rysach. Szur, szur…. zmywanie na mokro…. Szur, szur zmywanie na sucho. Złapała chwilę oddechu. Szur, szur… polerka. Stoi prawie zadowolona. Zobaczyła chyba niedoskonałości w swojej pracy. Szur, szur …poszły poprawki. Godzina 6:00 koniec. Ona była po ciężko przepracowanej nocy a ja tylko po ciężkiej nocy. Z rozmyślania
wyrywa mnie glos speakera mówiącego, że do startu 15 minut. Zwlekam się na rozgrzewkę.Poruszałem się. Słyszę następny komunikat… Pierwszy startuje półmaraton a następnie 5km nordic walking. Przybiegam pod linie startu, a tam wszyscy stoją z kijkami. Pytam gościa: Czy półmaraton to już pobiegł? na to gość: Nie teraz startujemy. Do mnie dalej nie dociera. Pytam dalej czy to jakiś wymóg czy moda aby startować z kijkami. Gość poirytowany ale nadal spokojny odpowiada: Panie no chyba wypadałoby aby w półmaratonie Nordic Walking startować z kijkami. Głowa pulsuje. Dotarło do mnie! To nie półmaraton i nordic walking tylko półmaraton nordic walking(bez „i”). Niczym doszedłem do siebie
usłyszałem. Start. Wszyscy ruszyli i zaczęło się charakterystyczne klekotanie kijków. Mi klekotało, ale w głowie. Setka osób ruszyła z kijkami, tylko ja jeden bez. Czułem się jakbym stanął na basenie pełnym ludzi w okularach do pływania ale bez kąpielówek( w jednym i drugim przypadku chodzio „kijek”). W myślach bluzgam na siebie. Nie będę tego cytował. Chciałem nawet zrezygnować, byłem wściekły. Ewidentny brak czytania ze zrozumieniem. Od dłuższego czasu miałem podejrzenia i obawy, teraz byłem pewien.
Stało się. Cofam się w rozwoju.
Pozostało zamknąć powieki i westchnąć.
Matko Boska, z którego bądź kościoła – ratuj.ÓWSTECZNIAM SIĘ.
Po chwili marszu jeden z organizatorów pyta mnie, gdzie mam kijki. Tłumaczę mu …myślałem, że to będzie bieg. Odpowiedział, że nie ja jeden i pożyczy mi kijki. Mam kijki. Idę. Żadnego doświadczenia w maszerowaniu, żadnej techniki. To co z boku wydawało się proste i łatwe w praktyce bywa zdecydowanie trudniejsze. W pośpiechu i z braku techniki co raz dziabie się ostrą końcówką kija w stopę. Przed oczami stanął mi obraz moich nóg po zawodach wyglądających jak po biczowaniu . Starsza pani idąca za mną informuje mnie, że za szeroko się odbijam i dobrze by było gdybym
założył kijki prawidłowo na dłonie. Patrzę na nią z otwartymi ustami. Lukam na kijki z góry na dół. Są takie same. Chyba zorientowała się, że jestem laikiem. Jak dziecku tłumaczy, że ta uprząż jest na tą dłoń a ta na tą. Podziękowałem za troskę i poradę. To by dopiero było jak bym w domu dzieciom musiał tłumaczyć….. że Tatuś od tego biegania to pęcherzy na dłoniach dostał. Otrząsnąłem się .Doszybkiego marszu motywuje mnie to, że muszę zdążyć na umówiony kurs powrotny. Daję z siebie wszystko. Czas i las to wyborni lekarze. Cieszę się zawodami, dodatkowo ta wyśmienita pogoda. Zmęczony i zadowolony docieram do mety. Speaker i zarazem osoba od której pożyczyłem kijki nie odpuściła pożartowania z mojej biegowej osoby… Od niektórych dostałem nawet brawa. Wspaniali ludzie, niesamowicie pozytywna nordicowa społeczność. Michał z dziećmi, z którymi miałem wracać odbił od swojej trasy i podjechał po mnie pod leśniczówkę. Dzieci okazały się śpiącymi cała drogę aniołkami a Michał wybornym kompanem do rozmów. W domu byłem po wieczorynce. Jak by nie patrzeć  to z wyjazdu są same pozytywy:

1.Ówstecznianie, które rozpoznałem u siebie jest nieodwracalne !!! ale mogę je spowolnić. Muszę tylko rozwiązywać krzyżówki ,rebusy i obrazki typu znajdź różnicę.
2.Nabrałem szacunku do tej dyscypliny sportu, plecy ,ręce i pośladki na drugi dzień tak mnie bolały jak bym z jakiegoś gej party wrócił.
3.Od żony nie usłyszałem żadnego słowa krytyki. Chodzi po domu i tylko symuluje ruchy jak przy nordiku. A ma przy tym ma ubaw i radość jak z najlepszego prezentu.
3.Może nie mam mistrzowskiej formy jak nasze dziewczyny ale za sukces uważam to, że na trzech
pozostałych okrążeniach ani razu nie dziabnąłem się w stopę.
4.Startowałem w nowym miejscu z przepiękna trasą.
5.No i esencja takich wyjazdów -poznawanie siebie i innych.

                                                                                                      Z biegowym pozdrowieniem
                                                                                                    rycho biegacz specjalnej troski.

P.S.
Z kim przystajesz takim się stajesz” nie odtrącajcie mnie to nie jest zaraźliwe! ….chyba ?

Bieg Wojciechowy
dodano: 2015.04.19


Serocki III Bieg Wojciechowy

Bobrowo i żółto było w tej edycji Biegu Wojciechowego … 
Tłuszczański klub biegowy reprezentowało tym razem aż 10 zawodników, a wszyscy w żółtych, charakterystycznych koszulkach z bobrem w herbie.
Niebo trochę postraszyło nas przed startem czarnymi chmurami, na trasie deszcz lekko ochłodził, ale na szczęście nie rozpadało się na dobre.
Wyniki super – Kasia i Ela na pudłach. Kasia wybiegała II miejsce w kategorii K-40, a Ela - I miejsce – w K-50. Brawo dziewczyny!!! Marcin i Darek zrobili kolejne „życiówki”, a trzeba dodać, że Ela i Darek zaledwie tydzień temu startowali w 42. Maratonie Dębno.
Nordic Walking, niestety, potraktowany został przez organizatorów po macoszemu – gorsze medale, brak podium, posiłków itp. Trochę to dziwne, bo zawodników startujących z kijkami było sporo – na listach startowych ponad 50 osób (pełnoletnich), a do tego duża grupa młodzieży oraz goście specjalni - dzieci i opiekunowie z Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych w Laskach. Piękny i poruszający dla wszystkich był za to moment, kiedy ci wyjątkowi uczestnicy kończyli i jednocześnie zamykali trasę marszu.
W losowaniu nagród niebywałe szczęście miał tego dnia Waldek, który wygrał… lot na paralotni!
Bogusia za to, wygrała wizytę u wybranego lekarza specjalisty w prywatnej przychodni w Serocku (a pracuje w szpitalu ). 
Miło mi było móc znowu się z Wami spotkać Bobrowa Rodzinko – pozdrawiam i do zobaczenia następnym razem!
Agnieszka P.

Wyniki:
Nordik Walking 5km:

m.1 00:32:12 Agnieszka Paź
m.9 00:35:56 Bogumiła Gotowiec

Bieg 10km:

m.40 00:41:45 Marcin Dymiński
m.50 00:43:02 Darek Gotowiec
m.69 00:45:41 Leszek Rosa
m.87 00:47:46 Adam Lipiński
m.1 (K-50) 00:48:32 Ela Rosa
m.101 00:48:40 Mariusz Michalik
m.2 (K-40) 00:48:44 Kasia Marcinkiewicz
m.115 00:50:19 Waldemar Zdunek

Gratulacje dla wszystkich Bobrowianek, naszych Harpaganek :)

Bieg Wąskotorowy 
Karczew - Otwock - Józefów
dodano: 2015.04.18

Jesienią biegłem w Karczewie na 15km i bieg zaliczyłem do jednego z najbardziej udanych w AD2014, dlatego też z niecierpliwością czekałem wiosennej edycji. W międzyczasie dowiedziałem się jeszcze o jednym biegu tego samego dnia – Wąskotorowym Biegu z Karczewa do Józefowa. Zapisałem się na oba i po cichaczu liczyłem, że tego dnia przebiegnę 25km, bo rozkład biegów na to pozwalał. Pogoda jednak nie rozpieszczała i stanąłem przed ciężkim wyborem – albo pojadę sam i zaliczę dwa biegi, albo zrezygnuję z Karczewa i pojadę z rodzinką. Jak widać na załączonym obrazku, wybrałem tę drugą opcję. Kilka minut po 12.00 stawiliśmy się w Józefowie i dosłownie w chwilę po wyjściu z samochodu przestał padać deszcz, który mocno nas niepokoił podczas jazdy. Biuro zawodów umieszczono w szkole, odebrałem pakiet (właściwie sam numer startowy), rozłożyłem wyścigówkę (wózek biegowy) i przetruchtałem się z moimi uczniami, którzy mieli biec w momencie naszego odjazdu na start… odjazdu, bo w tym biegu nie biega się w kółko. Na mecie czekały na nas autobusy miejskie, którymi pojechaliśmy do Karczewa, na miejsce startu. Tam, przy ogromnym eksponacie ciuchci, z której buchała para czekaliśmy na sygnał startera. W międzyczasie pojawiło się mnóstwo osób w strojach z początku XX wieku, było bardzo klimatycznie. Ku uciesze mojej pupilki wszędzie rozdawano jakieś jedzonko – ciacha, chleb, nuggetsy i inne. Można się było najeść do syta jeszcze przed startem. Kilka minut po 14.00 (zgodnie z rozkładem kolejki) nastąpił strzał. Pierwsze kilometry prowadziły drogą asfaltową więc mogłem pociągnąć nieco szybciej. Marysia standardowo ucięła sobie drzemkę i na 2 kilometrze nie miałem z nią już kontaktu. Byłem w błędzie myśląc, że trasa będzie w całości asfaltowa. Przez kilka kilometrów ciągnęliśmy się szutrami i lasem, trochę asfaltem… i tak od nowa. Wszędzie widziałem pozytywnie nastawionych ludzi, którzy pozdrawiali nas i strzelali focie. Na mecie oprócz ręcznie zrobionego medalu (takiego w stylu Rysia) czekała na nas masa smakołyków. Organizatorzy zadbali o każdy szczegół i przygotowali w szkole nawet kącik dla malucha, z którego skrzętnie skorzystaliśmy. Miłe panie z piekarni uraczyły nas bochenkiem pysznego, domowego chleba. Było naprawdę warto!!!
Plusy:
Brak wpisowego (jednak można zorganizować super bieg)
Medal na mecie
Ciekawa, zróżnicowana trasa (trochę trudna dla osób z wózkami)
Niesamowity klimat, autokary wiozące na start, ciuchcia, masa atrakcji.
Minusy: 
biegi dzieci i dorosłych w jednym czasie.
Ogólnie bieg super!!!
Leszek S.

Perły Małopolski
12 kwietnia wybrałem się do Ojcowskiego Parku Narodowego , który jest najmniejszym Parkiem Narodowym w Polsce na pierwszą Perłę Małopolski w tym sezonie. Godzina startu bardzo wygodna ponieważ bieg rozpoczął się o 12, można spokojnie dojechać. 
Na miejscu byłem dość wcześnie, ponieważ byłem umówiony z panem Kustoszem parku, że zostawi mi materiały dotyczące parku u pana z ochrony, niestety pan z ochrony oświadczył mi na miejscu, że nic nie wie na ten temat. Wróciłem trochę smutny do samochodu, ale po powrocie do Warszawy jeszcze raz skontaktowałem się z panem Kustoszem i prześle mi materiały pocztą. 
W drodze powrotnej na miejsce startu zobaczyłem mały Kościółek, który mnie zaintrygował 
i właśnie odbywała się w nim msza. Okazało się, że jest to Kaplica św. Józefa Rzemieślnika, zwana też Kaplicą na Wodzie. Powstanie Kaplicy związane jest z zarządzeniem cara Mikołaja II, który zakazał budowania obiektów sakralnych na ziemi ojcowskiej, dlatego mieszkańcy zbudowali ja na wodzie tzn. na filarach osadzonych w dnie Prądnika.
Posilony dobrym słowem udałem się do Skały, start i meta były zlokalizowane w Hali Widowiskowo-Sportowej, która znajduje się poza miastem na wzgórzu. Tego dnia było dość wietrzenie 
i podmuchy wiatru sprawiały, że odczuwalna temperatura nie była zbyt wysoka i miałem rozterki jak się ubrać. Wybrałem wariant z wiatrówką. Jak się okazało w trakcie biegu w dolinie Prądnika było trochę za gorąco. Ale wracając do biegu, start odbył się na wzgórzu, pierwsze trzy kilometry do zbieg, bardzo przyjemnie, nogi lekko pracują. Cały czas powstrzymuję się, żeby za bardzo się nie rozpędzić i na początku za dużo nie stracić energii, ale puls mam wysoki. W dolinie osłoniętej od wiatru a może 
z wiatrem robi się gorąco, zaczynam się rozbierać i tak walczę przez kilometr z wiatrówką, od siódmego kilometra zaczyna się podbieg, ale nie taki krótki (jak w moim lasku 150 m) przypominam sobie. Lekko pochylony, ręce mocno pracują i tak do przodu, droga trochę kręta, na podbiegu wyprzedzam kilka osób, może nie będzie tak źle. Dopiero na 10 kilometrze okazuję się, że podbieg się skończył, na punkcie trochę rodzynek, woda dla ochłody i dalej. Teraz ścieżka prowadzi polami, nie jestem osłonięty od wiatru, jest lekki zbieg, już nikogo nie wyprzedzam, jakoś wszyscy mi uciekli. Ścieżka skręca w las, robi się coraz bardziej pochyło, coraz bardziej stromo, coraz szybciej, staram się nie rozpędzić, żeby nie zjechać z góry. Moje luźne wiązanie butów jest teraz minusem, palce mało nie wyrwą mi czubów, ale udało się, jestem na dole, biegnę po płaskim. Teraz biegnę pod wiatr, staram się cały czas biec za kimś, mijam Bramę Krakowską, kolejny punkt z wodą. Droga ostro skręca w prawo i dalej już pod górę, staram się biec, ten podbieg nie jest długi ale jednak stromy. Dochodzę do wniosku, że mogę tak samo szybko iść pod górę co biec, więc przechodzę do marszu. 16 km jest najdłuższy, pokonuję go ponad 8 minut, wreszcie się kończy, ruszam, nogi ciężkie jakby z ołowiu, powoli „rozpędzam się”, kończy się las, mocno wieje, szukam kogoś żeby biec za nim, ale niestety odległości porobiły się jakieś duże, trudno już kogoś dogonić, po 18 km ścieżka skręca w lewo, przez pole, prosto pod wiatr. Jakiś wyższy biegacz wyprzedza mnie. Myślę sobie: albo resztą sił utrzymasz jego tempo albo będziesz sam szedł pod wiatr. Mobilizuję się, staram się biec za nim, utrzymuję jego tempo i tak udaje mi się dotrzeć do lasu, teraz to już mogę biec sam, został mi kilometr do mety, tłum kibiców, doping, trasa lekko z górki robi swoje. Ostatni kilometr biegnę parę sekund poniżej 5 min/km. Jestem na mecie, pierwsza perła zaliczona, w szatni dowiaduję się, że ten bieg w cyklu jest najłatwiejszy, najtrudniej powinno być w Szczawnicy. Na drugi dzień bardziej bolą mnie ramiona niż nogi, dziwne …….
Pół maraton w Skale pod względem organizacyjnym stał na wysokim poziomie, jest bardzo rodzinny, każdy może znaleźć dystans dla siebie od przedszkolaka do starszaka.

Maraton Dębno
dodano: 2015.04.12
Maraton Dębno 2015

Krótko i na temat! Było zajefajnie!!! Na maraton Dębno wybraliśmy się "czwórką bobrów" - ja, Leszek, Jacek i Darek. Wyjechaliśmy już w sobotę o godz. 8.30. Wiedząc, że będziemy mieli piękną pogodę, bo już wcześniej się o nią mocno modliliśmy, nastawiliśmy się na zwiedzanie. Autostradą Wolności przemknęliśmy do Słubic / 580 km z Tłuszcza/ w pięć i pół godziny. Kto by kiedyś pomyślał o takiej jeździe:) :) :)
W porze obiadowej już przeprawiliśmy się przez Odrę aby pobyć choć trochę za granicą w Bundes-republik Deutschland i zwiedzić Frankfurt. Niestety nic nie kupiliśmy na pamiątkę, nikt nie chciał naszych złotówek:):):) Po zwiedzaniu i spacerze wróciliśmy do Polski i udaliśmy się do Dębna aby poczuć już atmosferę biegową, odebrać pakiety, zakwaterować się, posilić się na pasta party i wzmocnić się "wodą mineralną" w Barze "Pod Lipą" i na ławeczce nad jeziorem Lipowo. Jacek z Darkiem miał nocleg u księży. Łóżeczka, wykrochmalona pościel, poduszeczki, łazieneczki i ciepła woda. A ja z Leszkiem - śpiwory, materace, małe jasieczki pod głowę i czekała nas noc na hali sportowej. Myślę sobie - co to będzie za noc? A tu niespodzianka. Czekały na nas przygotowane sale lekcyjne a w nich łóżka polowe, kołdereczki i poduszeczki:)jaka miła niespodzianka, ale to nie dla wszystkich!!! To tylko dla wybranych - jak dobrze być policjantem-emerytem:):):) Po dobrze przespanej nocy "bobry" przygotowały się rano do biegu. Byłam nie przygotowana do tego maratonu, chorowałam i nie czułam się wybiegana, ale myślę sobie - dam radę - przecież przez cały tydzień przed maratonem trenowałam codziennie. Leszek mnie strofował i mówił, że przed maratonem to już się nie biega, tylko odpoczywa. Myślę sobie, ja odpoczywałam przez miesiąc, a teraz "dla świeżości" pobiegnę maraton. Już dawno umówiłam się z Darkiem i Jackiem, że zrobimy KORONĘ MARATONÓW i zaczynamy od Dębna. Słowa dotrzymuję. Wystartowaliśmy o godz. 11.00. Pogoda była wyśmienita, w sam raz do biegania, nie było upalnie jak w sobotę przed maratonem, lekki wiaterek ochładzał nasze ciała. Kibice dopisali, tłumy ludzi witali nas w mieście a przebiegaliśmy tak kilka razy. Leszek towarzyszył mi za zająca do 9 kilometra potem wrócił się do miasta na mega kawę i po godzinie "wyglądał" na mnie po pierwszej pętli, która wiodła przez Dargomyśl i Cychry. Ten mój mąż zrobił się ostatnio leniwy, ale kondycję i formę to ma!!! Oszczędza się, czy co??? No nic, muszę go pochwalić, bo dołączył do mnie po półmetku i z wielką "świeżością" robił za "zająca". Dobiegł do mety i jeszcze powiedział, "wcale się ni spociłem":) A ja - super mi się biegło - utrzymywałam tępo średnio 6 min na kilometr. Do 20 kilometra podczepiłam się do "zabieganych Częstochowa" i z Basią i Edkiem gadaliśmy cały czas. Niestety na następnych kilometrach buzie nasze się zamknęły. Po 30 kilometrze to już Leszek cały czas mówił, a ja tylko słuchałam. Zdawał mi na bieżąco relacje, jak biegnie Jacek, jak Darek, że ich widział, że dają sobie radę a Darek chyba zrobi dobry czas. Marzyłam, żeby był już 40 kilometr i zobaczyć metę i żeby już przestać biec. Wiedziałam, że dam radę, że wytrzymam i że nie zrobię w Dębnie rekordu, ale cieszyłam się na samą myśl, że ukończę ten maraton. I ukończyłam z miłym zaskoczeniem! 2 miejsce w kategorii K-5. Statuetka i nagroda pieniężna była dla ukoronowaniem mojego wysiłku. Chciałam zaznaczyć, że sukces też osiągnął Darek. Ustanowił swój nowy rekord. Zaraz po biegu z Leszkiem ustawiłam się w kolejce na masaż. Było to ukojenie bólu i poczułam się jak nowo narodzona i mogę dalej biegać:):):) Potem jeszcze ciepły posiłek, nabranie sił i w drogę do domu. Kierunek - Autostrada Wolności A2 i przed północą dotarliśmy do domu, wcześniej oddając w dobre ręce Darka i Jacka. Specjalne podziękowania dla naszego bobrowego kierowcy-Leszka! Hej!
PS: Super bobrowy wyjazd. Już z Darkiem i Jackiem umawiam się na maraton do Poznania i Wrocławia:)

Wyniki bobrów:
Darek Gotowiec 03:44:21
Jacek Paź 04:05:44
Ela Rosa 04:13:42
Leszek Rosa 00:00:00

Biegam, bo Lubię... w Książenicach
dodano: 2015.04.12
Osiedle Książenice pod Grodziskiem Mazowieckim to wymarzone miejsce do zamieszkania. Piękne domki jednorodzinne, nowoczesna zabudowa i wspaniała szkoła zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Biuro zawodów zorganizowane w sposób profesjonalny, a ludzie bardzo sympatyczni i pozytywnie nastawieni. Miałem pewne wyobrażenie o tej miejscowości i chyba sprawdziło się wszystko… no, prawie. Na bieg wybrałem się wraz z rodzinką oraz moją podopieczną, która miała startować w kategorii rocznika 2002. Dosłownie rzutem na taśmę zapisałem do biegu na 400m również moją małą Marysię, która po raz pierwszy bez większych problemów (duma mnie rozpiera) dała sobie założyć numer startowy. Zwarci i gotowi czekaliśmy na komendę spikera, gdyż w biurze nikt nie potrafił powiedzieć, kto startuje pierwszy (młodsze czy starsze dzieci). Ostatecznie jako pierwszy wystartował bieg na 1000m, w którym wspólnie dopingowaliśmy Anitę. Po strzale startera dzieciaczki wystartowały… jak to młodzież (… gorąca krew), a my czekaliśmy, gdyż trasa wiodła tam i z powrotem. Po około 3 minutach i 40 sekundach Anita wpadła na metę jako zwyciężczyni i kiedy dotarła do nas, po krótkich gratulacjach zaczęliśmy objadać się ciastkami. Kiedy w najlepsze czekaliśmy na bieg dla najmłodszych, nagle strzał i poszli…. a my daleko od linii startu, ale daliśmy radę, a na mecie czekał super medal i obietnica muffinków w stołówce. Około 11.00 wystartował tata, znaczy ja. Stanąłem z wózkiem na szarym końcu i czekałem na sygnał startu na dyszkę. Co chwilę ktoś mnie zagadywał i przestrzegał, że korzenie, błoto i piach uniemożliwią mi bieg. Po którymś z ostrzeżeń rzeczywiście zacząłem się zastanawiać nad zasadnością biegu z wózkiem, ale w końcu dałem radę w „Biegaj z Kobyłką” :) więc dam i teraz. Przez pierwsze 3 km podziwialiśmy Książenice. W tempie 4.40 sunąłem wciąż wyprzedzając kolejnych biegaczy. Pozytywnie nastawieni mieszkańcy kibicowali nam i dodawali sił na kolejne metry. Wiedziałem jednak, że zaraz zacznie się las… i zaczął się. Było ciężko. Wózek kołatał się na wszystkie strony i trząsł, ale, o dziwo, moje dziecię poczuło senną błogość i ucięło sobie drzemkę. Las ciągnął się aż do 9km, tempo spadło do ponad 6min./km. Na ostatniej prostej dosłownie wszędzie dał się słyszeć doping, a na mecie na biegaczy czekał makaron i ciacho. Bieg, mimo małych niedociągnięć, należy zaliczyć do ciekawych. Gdyby było nas więcej, na pewno uwalczylibysmy coś w klasyfikacji drużynowej.

Moja ocena:
Medal – bardzo udany – 8/10
Koszulka – rewelacyjna – 10/10
Bogactwo pakietu – 7/10 
Klimat – 8/10
Organizacja – 7/10
Leszek S.
Filmik z biegów dla dzieci (i młodzieży)
Filmik z biegu głównego

Wieliszewski Cross Wiosenny
dodano: 2015.04.11
Byłem już w Wieliszewie na zimowym crossingu, kiedy to organizator zafundował nam ekstra podwójne kilometry :). Znana trasa, łatwa, największy podbieg to wał przeciwpowodziowy, więc bez żadnych obaw czekam na dzień startu. Dopiero, gdy w piątek przed biegiem zajrzałem na stronę organizatora, okazało się że trasa wiosennego crossingu ma być inna, podobno bardzo wymagająca. Pojawia się lekki niepokój, ale nic to. W sobotę jestem umówiony z Marcinem. Przyjeżdża punktualnie i razem ruszamy po Grześka do Zielonki. Kasia też miała z nami jechać, ale wybrała hasanie po Tatrach, po śniegu, w jeszcze zimowej scenerii. Nie dziwię się, też bym tak zrobił. W końcu wszyscy kochamy nasze góry. Zielonka jak zwykle zakorkowana i znowu niepokój, że nie zdążymy na start. Ale dalej drogi luźne, więc dojeżdżamy bez problemu. Wszystko dobrze oznakowane a strażacy kierują na parking na łące. Idziemy po odbiór numerków i okolicznościowych kubków „200% normy”. Taka nagroda dodatkowa dla uczestników edycji zimowej :). Po drodze spotykamy Darka i Kazika, kolegów z Aktywnego Relaksu. Przed startem rozgrzewka, robimy kilka fotek, Marcin wymyśla fajne pozy :) i START! Początek biegu po równej utwardzonej drodze, ale zaraz skręt do lasu, od razu pod górkę i tak już cała trasa. Piękny las, cała masa górek i zakrętów. Niektóre naprawdę ciężkie, strome podbiegi. Trudne okazują się małe dołki, za duże żeby przeskoczyć, więc trzeba przebiec małymi kroczkami co wybija z rytmu. Ale ogólnie biegnie się bardzo fajnie. Po jakimś czasie zaczyna dokuczać ostre słońce i suche powietrze. Na odcinkach biegnących leśnymi drogami nie jest lżej, albo praży słońce, albo piach wsysa buty. Jednak piękna okolica rekompensuje te trudności. Początkowo zwarta grupa biegaczy, teraz rozciąga się. Nie tracę z oczu tych przede mną, ale z tyłu nikogo nie widzę. Na szczęście czasem słychać tam jakieś głosy, więc nie jestem ostatni. Po drodze mijam kilka osób, niektórzy przeszli w marsz, górki dają mocno w kość. Na szóstym kilometrze punkt z wodą, niestety jestem za późno, wszystko wypite. Później jeszcze strażak rozdaje wodę ale dla mnie też zabrakło. Mówi że jeszcze tylko 2 kilometry. To niedużo, ale za chwilkę wbiegam na łąkę zalaną słońcem. Dawno nie marzyłem tak o łyczku wody. Za łąką znowu las, który daje trochę cienia. Teraz zaczynam naprawdę tracić siły. Ale zaraz zdziwienie wielkie mnie ogarnia. Z przeciwka biegną Marcin i Grzesiek, więc Marcin zrealizował swoje postanowienie z ostatniej relacji i wybiegł naprzeciw następnemu Bobrowi na trasie. Chłopaki maja wodę, dają mi pić i polewają, zagrzewają do biegu, mówią że już bliziutko, że dobrze mi idzie. To daje wielkiego kopa. Jakby nowa siła we mnie wstąpiła. Bez problemu wbiegam na Wójtową Górę a za nią już tylko łagodny zbieg i meta. Słyszę jak komentator krzyczy „i kolejny zawodnik, walka do ostatnich metrów”. Tak, ale to dzięki chłopakom, którzy bardzo mi pomogli na tych ostatnich metrach. Po biegu organizator częstuje makaronem z sosem (bardzo dobry), ciastem i snickersami. Na koniec Grześkowi dopisuje szczęście i zostaje wylosowany do nagrody dodatkowej, co potwierdza Marcinową teorię, że szczęście dopisuje zwycięzcom. Wrażenia po imprezie bardzo dobre, w czerwcu będzie edycja letnia crossingu, zachęcam wszystkich do udziału.
Pozdrawiam 
Waldek

Nie spodziewałem się, że ten wieliszewski cross, da mi jakoś wybitnie w kość. Dał i nie dał, ot tak dwie rozbieżności, bo zaskoczył trudnościami technicznymi, a zarazem był piękny w tej karkołomności. Tak mi się podobał, że aż dostaliśmy z Waldkiem skrzydeł i oderwaliśmy się od ziemi. Inaczej nie dało się go pokonać, jak tylko użyć całej gibkości swego ciała, na bardzo, bardzo zakręconej trasie. Od momentu startu, nieustannie coś się zmieniało w ukształtowaniu terenu i tak do samej mety. Nie było sekundy na monotonię, czy żeby się nudziło. Falowanie i spadanie, w prawo, w lewo ostre skręcanie po skosie wbieganie i zbieganie pod niekiedy strome górki, a na płaskim hopek przeskakiwanie. Ścieżka jak oszalała, ciągle lawirowała jakby kręćka dostawała, do tego wertepki, piachy, wąskie między drzewami gardełka nie dawały utrzymać stałego tempa. Doskonałe oznakowanie, obanderowanie. Mając z poprzedniego dnia 33km w nogach pomyślałem, że dziś nie poszaleję. 4:30min/km na początek, to było aż nadto, ale sama trasa tak niosła. Dałem się jednak wyprzedzić, z deka zwolniłem widząc, że przy tej temperaturze szybko zdechnę. Wystarczy, że reszta trasy już znacznie modyfikowała przyspieszenie, a serce waliło jak oszalałe. Byle do 6 km, będzie woda co zaleje moje pustynne gardło. Jeden chłopaczyna, z jednego baniaka zalewa wodą kubki. Wątpię czy starczy dla innych. Uśmiechałem się sam do siebie po drodze, jak nigdy, czułem się w swoim żywiole. Patrzyłem po innych, nie ukrywali zadowolenia pomyślałem o Waldku - wyprówa żyły...może kiedyś tak było, teraz z tak rosnącą formą, biegł jak baranek po halach. 12,5km co za dziwny dystans. Pewnie wcześniej startujący rowerzyści cieszyli się, że to tylko tyle, bo w tym zawiłym jak na rower, za stromym labryncie, umęczyli siebie i maszyny chyba znaczniej niż my. Ja rozkładałem siły, zagadałem miejscowego biegacza co tu często hasa i przytrzymałem się go, jakbym gonił zająca. Ostanie 3km tylko przyspieszałem, mijając tych co mnie z początku biegu wzieli. 500m. do mety, której nie widać, a słychać. Dzieciaczki przybijają piątki, z
zangażowaniem odliczają, który jesteś przed końcem. A tu jeszcze dwa mocne podbiegi. Podoba się mi, więc wyciskam z siebie ciut więcej i mijam jeszcze kilku biegaczy. Z błogim wyrazem zachwytu nad trasą wpadam na metę 36, a myślałem że nie zmieszczę się w pierwszej 100, a tu jeszcze zdobyte 65 punktów. Zgodnie z obietnicą z poprzedniej relacji mam zaraz po mecie wybiec ku biegnącemu jeszcze bobrowi. Jako, że tuż obok było jedzonko, migiem wchłonąłem michę makaronu i ruszyłem z kopyta z harpaganem Grześkiem Ch. pod prąd w stronę Waldka. Dopiero z boku jak się patrzy widać ogromny wysiłek dobiegających. Jedynie po Waldku nie było widać zmęczenia i dość niedaleko ubiegliśmy, gdy go ujrzeliśmy. Daliśmy mu trochę wody dla ochłody, poczym spiął jeszcze mocniej pięty i odszedł znami jak torpeda.Też zmieścił się w setce i zdobył punkty. Zrobił na mnie wrażenie. Impreza godna najwyższych pochwał (choć, mogłoby być więcej wody na trasie). Dla rowerzystów, biegaczy super zaplecze gastronomiczne, mierzony elektronicznie czas, dużo kategorii, losowanie nagród i to wszystko za free. Kochany Boże, daj mi zdrowie i możliwości, bym jeszcze kiedyś mógł pobiec, tą jedną z najlepszych tras, którymi biegałem.
MarcinD

wyniki - 12,5km.
36m. 01:01:46 Marcin Dymiński
96m. 01:14:33 Waldemar Zdunek

Półmaraton Warszawski
dodano: 2015.03.30



PZU PÓLMARATON WARSZAWSKI
Jak zwykle krótko nie będzie...
Byłam bardzo dobrze nastawiona na ten bieg, nie bałam się jakoś. Miałam pilnować Waldka żeby nie padł po drodze, bo ma mniej doświadczenia i obiecałam, że razem przebiegniemy trasę. Był nieco spanikowany i czułam się odpowiedzialna za niego (tak mam, lubię matkować  )
Trochę rozczarowana ubiegłorocznymi MASOWYMI biegami nie nastawiałam się Że będzie super fajnie. Zazdrościłam trochę Pabianickim Bobrom. Mała impreza, klimat, no i podróż Bobrobusem  Ale cóż, za późno żeby zmieniać plany.
Dzień wstał piękny. Szybki dojazd do Warszawy. Chłodno ale świeci słońce. Jest w sam raz. Pod pomnikiem zgodnie z umową zbierają się Bobry  Leszek, Adam, Janusz, Andrzej no i my. Jest wesoło, robimy zdjęcia rozmawiamy. Nawet telewizja nas dopadła . Rozchodzimy się , każdy do swoje strefy umawiając się na zdjęcia po biegu.
Założenie mam jedno. Wielkim sukcesem ma być nie czas (chociaż złamanie 2 godzin mi się marzy), ale to, że przebiegnę cały półmaraton bez zatrzymywania.
Ruszamy. Na początku okazuje się, że po raz kolejny mój odtwarzacz muzyki ma mnie gdzieś. Trudno, trzeba znaleźć pomysł na te dwie godziny. Jak się okazuje nie ma tego złego. Zaczynam czerpać radość z tego co mnie otacza, piękne słońce, ludzie wokoło, mieszkańcy, którzy tłumnie wiwatowali na ulicach. Biegniemy spokojnie, równo, bardzo dobrze. Kilka razy mijają nas ludzie krzycząc „ cześć Bobry ! „ „ O Bobry, pozdrówcie resztę ! „ „, Cześć, lubimy Bobry ! „
Cieszymy się z Waldim , Mówię do Waldka, trzymaj się, bo jedziemy na dobrej opinii, nie możemy dać plamy ! No i nie dajemy !
Te wszystkie pozdrowienia wprawiają mnie w bardzo wesoły nastrój. Niosą mnie emocje. Obserwuję Waldka czy żyje, a sama mielę językiem prawie cały czas, opowiadam, pytam… A że mówię głośno inni komentują, jest naprawdę wesoło  Mija mnie zając, a raczej zajęczyca z flagą 1.55 i karze pozdrowić Grześka z Bobrów ! Znowu gęba od ucha do ucha zadowolona
Jak się okazuje, Nie ma czasu na nudę ! Kapele stoją prawie na każdym skrzyżowaniu ( sponsor bogaty !) , grają, Krzyczą, przebiegamy koło jednej. Dostrzegli nasz napis na koszulkach i krzyczą -” Bóbr tłuszcz spala tłuszcz ! „ Znowu śmiech. Myślę sobie , jak dobrze, że padł odtwarzacz .
Co chwila spoglądam, Waldek żyje? Żyje ! to dobrze !
W międzyczasie podbiega młody chłopak i pyta mnie o co chodzi z tym Bóbr Tłuszcz na koszulce  tłumaczę, że to klub  ze taka nazwa, taki herb, podziękował, pierwszy raz w biegu  , nie wie co i jak  słodkie. Przez chwile przed nami biegnie gość w piżamie, trzyma misia , za chwile widzimy chłopaka ubranego w różowa bluzkę i rajstopy. Ma napis na plecach – „Przegrałem zakład, muszę biec na różowo ! „ Znowu śmiech. Potem biegnie wiosna, w słodkiej zielonej sukience, wymalowana na zielono. No i Spartanie !!! Kto ich nie uwielbia ? , Cóż za widok i energia. Są boscy. Grupę prowadzi rowerzysta wiozący głośnik z muzyką rzymskich legionów. Biegną śpiewają, tupią ! . Krzyczę do nich że są wspaniali, Kobiety spartanki chcą mnie zwerbować do grupy 
Gdyby biegli ciut szybciej , najchętniej biegłabym cały czas z nimi, ale Waldek trzyma tempo , mijamy spartan i ruszamy dalej.
Mija godzina biegu, 11 kilometr. Myślę sobie o Pabianickich Bobrach. Właśnie Ruszyli.
A Może to moje dobre samopoczucie, to wysyłana dobra energia przez Marcina  zgodnie z umową  Wierze ze tak jest. On wysyła nam przez godzinę a potem my oddajemy  Nie mam prawa więc czuć się źle !.
Patrzę na Waldka, żyje? Żyje ! to dobrze !
Nadal mielę językiem, coś pytam, opowiadam. Jest dobrze, nie zatrzymujemy się na picie, mamy swoje. Równo podążamy do przodu. Niedługo tunel pod Wisłą. Może będzie chłodniej? Jest za gorąco. Ale Mariusz ostrzegał ze ten tunel jest nieprzyjemny i powoduje złe samopoczucie. Trochę się obawiam, ale tyle nas jest, damy radę. No i bez obaw ! W tunelu chłodno, fajnie ! i jest echo !!! co oczywiście cała grupa wykorzystuje  !!!, krzyczymy ! nawołujemy.
Za Tunelem lekki podbieg. Lekki, bo po Falenicy i Wesołej i po małej trasie Bobra każdy lekki. Nie robi wrażenia. Na Waldku też 
Dalej sytuacja zmienia się zasadniczo ! Dla mnie, ……nie dla Waldka . Jest 18 km. Już nie mam ochoty na rozmowy, nie zachwyca mnie wiwatujący tłum, ani grające kapele. Marzę, żeby stanąć chociaż na chwilkę. Ale nie mogę !, nie jest tak źle przecież!, to tylko zmęczenie, które ma być ! i z którym mam walczyć !. Nie żeby bolały nogi, siły gdzieś uciekły i zabrały chęć do dalszego biegu. Teraz Waldek spogląda na mnie, chyba go dziwi ze przestalam gadać i szybko orientuje się, że Ja to nie Ja. Ale ON, tez nie ON ! Powinien jak JA już narzekać ! Padać ! Ale nie narzeka i nie pada. Nie wiem skąd jego siła jest teraz większa… prawie 20 kilometr, może euforia, że to już tylko chwila i że taki sukces , że dał radę, …może siła bo ja słabnę i teraz on ma mi pomagać. Nie wiem, nawet nie pytałam, ale role się odwróciły. Teraz Waldek jest matką . Pyta czy dam radę, czy zwolnić, że już niedaleko, że damy radę. Rozgadał się  ! Patrzę na zegarek, chyba nie damy rady złamać 2 godzin, chociaż tak niewiele brakuje, ale nie mam siły na szybciej. Chrzanię 2 godziny !, chce tylko dobiec i nie stanąć. Waldek przyspiesza, pewnie pomyślał , że damy radę złamać dwójkę. Ale ja go nie gonię, nie mam siły, nie chcę !. Niech biegnie, niech łamie, ja nie chcę !. Zostaję w tyle. Przez ułamek sekundy przemknęła mi myśl, że pobiegnie i mnie zostawi. Sam chyba dałby radę. Niosło go coś czego ja już nie miałam. Pewnie myślał że dotrzymam mu kroku, ale po chwili obejrzał się i zobaczył że mnie nie ma, że zostałam. Zwolnił, dorównał do mnie, i pocieszał, że już blisko, że jeszcze 300 metrów  Daliśmy radę a raczej ja dałam, jeszcze na mecie udało się ręce do góry podnieść  żeby zdjęcie wyszło piękne  Jeszcze ktoś przed metą stał i krzyczał Kasia !, ale kto ? nie wiem. Ale dziękuję. Niecałe dwie minuty za nami wbiegł Andrzej. Szkoda ,mogliśmy biec razem.
Ten bieg był inny niż zakładałam. Pomimo tego że na końcu poczułam się słabo, źle - to Zyskałam cos znacznie lepszego. Miałam okazje się przekonać, że nie ma ludzi słabszych i mocniejszych. Ten który jest słabszy teraz nagle ma siłę tam gdzie ty jej nie masz i najważniejsze - że jeszcze chce ci pomóc ! I że właśnie chodzi o to, żeby razem to uzupełniać. Waldek miał być słaby, miał nie dobiec, wymyślał, bał się, a jednak w ostatecznej rozgrywce był silniejszy. Myślę że jego tez ucieszyło to że mógł mi pomóc. Grupa biegaczy ze strefy 2 godzin to ludzie którzy nie mają ogromnego parcia na wynik. Chcą przebiec i pomagają sobie wszyscy na trasie uśmiechem i słowem. To się czuje. Ten półmaraton był piękny. Wszystko od początku do końca. Moje zmęczenie też.

Kasia Bobrowianka Nowa ( za rok nie będę pisała że Nowa )
wyniki:
Janusz Łuczyk 1:39;44 
Adam Żubrowski 01.44
Leszek Rosa 01.44.42
Waldemar Zdunek 02.01.43
Katarzyna Marcinkiewicz 02.01.44 
Andrzej Białek 02.03.36

Półmaraton Pabianice 
dodano: 2015.03.29
Uwaga! Relacja w 95% na faktach, fragmentami podkoloryzowana :) Kto nie lubi czytać (szczególnie długich opowiadań), niech przeleci gałeczkami słowa w P.S przy końcu opowiastki :) i wystarczy. 
Nie ma że boli, że zaspane powieki nie chcą się otworzyć, żeby się pod kołderką ciepłą jeszcze poleżało, gdyż za niedługo chłopaki bobrobusem podjeżdżają. Na wycieczkę zabierają. Jejku, a tu jeszcze godzine przesuwają, więc nauczony traumatycznym niedoszłym przypadkiem Ryśka (z Wiązownej) zapobiegawczo budzik na czwartą i na piątą nastawiłem. Rano i tak byłem niepatomny ze wszystko mi się pomieszało. Godzina do przodu, czy do tyłu, zaraz jak to było...Jeszcze tylko kontrolny telefon do Rycha (żeby już wstał :) i zsynchronizował zegarek z moim) i cała maszyna ruszyła. Tylko wsiadłem do busa Kamila, wszyscy moi koledzy drodzy, pobudzeni żywo rozmawiają. Mówię, apeluję - drogie bobry, zdrzemnijmy się jeszcze trochę, bo kawał drogi i naszego kierowcę rozpraszamy ;) Raptem na 15 min posłuchali, może dlatego, że w gestej mgle jak mleko, żeśmy jechali ;) Testowany wóz jako bobro-bus tak sprawniutko pomykał, że nim pasażerowie się obudzili (w ogóle spać nie dali, cały czas się śmiali i gadali) na prawie dwie godzinki przed startem już przybyliśmy. Na spokój przynajmniej zaparkowaliśmy i pakiety startowe dość nietypowe odebraliśmy. Były to dość pokaźne ręczniki i w kolorowe wzorki raczej kobiece skarpetki (byłoby wesoło gdybyśmy całą drużyną w nich pobiegli :)) Przyznaję z Kamila wszyscy na początku trochę dowcipkowaliśmy (ale tak z życzliwości i troski), bo jakieś dziwne mikstury sobie przyrządzał, a potem nam kopary opadły, jak wynik godny naszych marzeń ubiegał. Racje Kamilkowi po biegu zwróciliśmy (i honory oddaliśmy), a po powrocie do sklepów z oddżywkami ruszyliśmy (no prawie wszyscy ;)). Podczas, gdy myśmy półmaraton zaczynali, druga ekipa bobrów (w Warszawie) swoją połówkę w połowie już zaczynała. I tak we wspólnym wysiłku, z zaciśnietymi kciukami i gorącymi myślami, żeśmy ich wspierali. Bo co dla nas starszych wyjadaczy rutyną, to dla młodych bobrów jakby nieznaną krainą. Więc, gdy oni na oparach kończyli, telepatycznie witalne nasze siły ich wzmocniły. Gdybym jeszcze miał dar bilokacji, mógłbym być w dwóch miejscach jednocześnie (może to za dużo na raz, raczej jak świętym zostanę:)). Tymczasem tu w Pabianicach, ruszyliśmy z Darkiem z kopyta. Nastawilismy tempomat, jak w aucie dobrej klasy na 4:40min/km i trzymaliśmy wartę. Bo oto sprawa i z lewa od samego startu wszyscy prowokują i tempa nad-dają. Motywatorki biegaczki i motywatorzy studiów trzeciego wieku nas wyprzedzają. Pytam - Darku co się dzieje? Masa ludzi na 10km przed nami, prawie nikt za nami. Odpowiedź prościutka, pogoda i trasa idealniutka. Bardzo szybka, płaska, z niewielkimi wysokości (npm.) odchyleniami (dla warunku atestu biegu), stąd większość zwietrzyła szansę na pewny rekord. Chociaż wiaterek momentami nie pomagał. Biegliśmy parkami ja z Darkiem, Jacek z Ryśkiem i Adam z Mariuszem, poza Kamilem naszym bobrowym asem co biega z zapasem. Zawsze to raźniej biegnie się z drugim bobrem, od tak przyjaźniej, a i tempo motywacyjne bardziej pokaźne. I biegło nam się noga w nogę, ręka w rękę, głowa w głowę, gdy tu nagle...coś mi pykło...coś mi strzykło w kregosłupie...ja nie mogę...ucisk kręgu spowodował, żem gwałtownie wyhamował. No i wszystko w dół, od pasa - podrętwiało! 18 kilometr, a tu normalnie iść mi się chciało (tak samo odczuwał to później Mariusz), lecz biegł urósł nam w oczach do rangi prestiżowych, bo za kuta nikt nie szedł, więc jak tu nie biec. Darłem więc zelówy za Darkiem pomimo dyskomfortu, a że biegł pierwsza klasa to nowy rekord sobie zrobił. I w tej umówionej między nami ucieczce, tym samym i mi pomógł (ostatecznie wynik poprawiłem i pomimo opuchłych stóp, bardzo się ucieszyłem). Widać znakomicie biegło się też i Jackowi, bo tak biegł długim, lekkim krokiem końcowe okrążenie stadionu, jakby na 400metrów sprintem z najlepszymi finiszował. Nawet kontuzjowane kolano Ryśka dało za wygrano i mogłem z przyjemnością obserwować jego dynamiczne ostanie wysokie podciągnięcia kulaskami. Przyspieszał cicho jak to on bezszelestnie, jak taki polski indianin, a raczej jak z jego ostaniej relacji wynika jak taki ,,żołnierz wietkongu" (z czapki jego wynikało, że z polskiego kontygnentu), zachodził od tyłu Pazia (nie mylić z ptakiem) tzn.Jacka, ale ten mu uciekł. Potem tylko żałuję że z wychłodzenia nie dotrwałem jak bieg kończyli Adam z Mariuszem. Chociaż pierwszego z wymienionych przez płot widziałem, jak dostojnie pomykał (zresztą nie sposób go niezauważyć:)), ku mecie, jak struna wyprostowany (nie tak jak ja-czyli jak koń garbusek). O Mariusza już się martwiłem, że może gdzieś sobie na trasie spaceruje i koleżanki biegaczki zagaduje, a zupełnie niepotrzebnie, bo na luzaka dwie godziny rozmienił i to bez prawie trzech minut reszty (nie mieli na mecie jak mu wydać). Za to dawali bardzo ładne medale i posiłek regeneracyjny który był równie przyzwoity (ziemniaczki, kotlecik, surówki, pajdy ze smalcem i ogórkiem, pączki i coś do popitki). Wszystko zjedliśmy i efektów tego w trakcie powrotu się obawialiśmy. Losowali też atrakcyjne nagrody i jak się nie było do końca, to pocztą wysyłali. Między innymi podobno karnet nauki tańca na rurze (4godziny). Ku naszej przykrości ominęło nas to szczęście. Może i dobrze, choć wygięta pani na ulotce bardzo zachęcała...No cóż, czas przyszedł, że trzeba wracać i jak to zazwyczaj bywa, każdy do pisania relacji i tym razem nam się wyrywał. Każdy, też jednak z owej przyjemności, a zarazem uprzejmości na rzecz drugiego zrzekał się z tej godności. Wstępnie, więc był proces weryfikacyjny, czyli konkurs, który polegał na tym, że kto lepszy pomysł na czołowe zdjęcie na stronę wymyśli, temu sen o pisaniu relacji z wyprawy się nie ziści. Entuzjazmu nie było, bo każdy chciał coś na stronie zamieścić. Dobrze, że Jacek się zlitował i taki fajny pomysł na zdjęcie zaproponował (wyżej załączone). Poświęcił się dla dobra reszty, która dalej swoją szansę na napisanie choć trzy-zdaniowej recenzji biegu miała. W drodze więc powrotnej, by było sprawiedliwie zrobiliśmy losowanie. Kulki z listków papieru (toaletowego, bo niestety nie było innego) w zupełności się nadawały. Komora maszyny losującej była pełna (czyli moja czapka). Znajdowały się w niej 5 pechowch i 1 szczęśliwa kulka. Nastąpiło zwolnienie blokady...czyli na pełnym gazie...Kamil zaciągnął ręczny...czapka poleciała górę...kulki pofrunęły...co niezłapaliśmy, to odnaleźć trzeba było. Jakaż radość moja była, gdy tą jedyną wygraną znalazłem. Jako, że chłopakom się smutno zrobiło, w ramach pocieszenia od następnego startu nową tradycję u siebie wprowadzam, na kolejnym biegu gdy już wpadnę na metę, wybiegam z automatu ku moim bobrowym braciom i siostrom, którzy jeszcze biegną i towarzyszę im do końca, aż padnę (o ile w ogóle wcześniej nie będę za nimi :))
P.S: To wszystko co opisałem, to tylko słowa, słowa, słowa :) Warto słowa przemienić w czyn. Tak naprawdę bardzo polecam, być w Pabianicach, bądź tu na PZU w Warszawie i ze swoją drużyną po prostu pobiec :)
MarcinD
wyniki:
78m. 01:26:42 Kamil Gajewski
284m. 01:37:31 Darek Gotowiec
300m. 01:38:03 Marcin Dymiński
432m. 01:43:41 Jacek Paź
442m. 01:43:52 Rysiek Mazurek
709m. 01:53:41 Adam Lipiński
820m. 01:57:34 Mariusz Michalik

Bieg Zielonych Sznurowadeł w Puławach.



Ciężko się biegnie z głową zapchaną wszelkimi troskami i zmartwieniami. I oczywiście te nasze są o ile nie najważniejsze to na pewno drugie w kolejności. Tak było i ze mną. W piątek przed startem wyszczerbiłem sobie ząb dwójkę. Uwierzcie,wszystko schodzi w takiej chwili na drugi plan. Mówiąc krótko „powietrze ze mnie uszło”. Jeden, drugi, trzeci telefon do gabinetów i słyszę: …zrobimy, ale dopiero w poniedziałek. Mając perspektywę zaglądania przez cała sobotę co pięć minut w lusterko, decyduje się wybrać na bieg. W sobotę o czwartej pociągiem do Wileniaka , dalej na Wschodni i pociągiem do Dęblina. Podróż osobówką trwała sporo, ale pyszna książka Zygmunta Miłoszewskiego uprzyjemniła czas podróży. W Dęblinie byłem po ósmej. Do Puław pozostało 25km, które pozostało pokonać rowerem. Pogoda wyśmienita, wyszło słoneczko, spory wiatr, temperatura na delikatnym plusiku. Co chwile zatrzymuje się aby robiąc zdjęcia, a to bramie Lubelskiej w twierdzy Dęblin, a to olbrzymiemu dębowi Jagiełły, a tuż za rogatkami Dęblina, przejechałem wieprza, a dokładniej: rzekę Wieprz. Na drodze ruch minimalny, cieszę się spokojem. Moją uwagę przykuwa krzyż stojący w polu. W pierwszej chwili myślałem że na jednym z ramion krzyża usiadło wielkie ptaszysko. Jakież było moje zdziwienie, gdy z bliska okazało się, ze ktoś mojemu Panu na ramieniu krzyża zamontował panel słoneczny… Próbuje jakoś wytłumaczyć sobie to co widzę. ….pewnie chcieli podłączyć lampkę nocną dla Jezuska, a może zamontowali jakąś grzałeczkę na chłodne dni, a może klimatyzatorek na gorące. Rozmyślania przerywa mi wewnętrzny głos mówiący:Ryszard, Ryszard szyderco  w piekle będziesz się smażył za ten twój niewyparzony ry[ś]. Dojeżdżam do Puław, zajeżdżam na Marinę,prawie bez słownie udaje mi się odebrać pakiet startowy. Ludzie prowadzą rozmowy, gestykulują, śmieją się… a ja szczerbaty mruk, wskoczyłem w legginsy i czekam z boku na bieg. Start odbył się z mostku przy Marinie i prowadził wzdłuż wału wiślanego w kierunku Bochotnicy. Następnie nawrót. I o ile do półmetka wszystko było Ok. to po dwóch dniach stresu, natura przypomniała sobie o wypróżnieniu. Jak biegłem wcześniej to uważałem, że wał skutecznie zabija panoramę na Wisłę, teraz było wybawieniem i balsamem dla moich oczu, ponieważ jak tylko wzrok zobaczył jakieś krzaki mózg krzyczał ...tak to jest wyśmienite miejsce., „kukułka” pulsowała z częstotliwością skurczów tuż przedporodowych … Nie poddaję się walczę.          O naturo złośliwa… STAŁO Się........                                                               Krzaki po lewej i po prawej. Nie było gdzie uspokoić wzroku. Skapitulowałem, chusteczki w garść i… Siedziałem tam przyczajony jak żołnierz wietkongu. Dalszych szczegółów Wam oszczędzę.Powiem wam tylko, ze wyleciałem z tamtych krzaków z lekkością bombowca, który wraca po bombardowaniu.Dalsza trasa bez przygód. Na mecie pamiątkowy medal w kształcie buta z zielonymi sznurówkami. Wymyty i przebrany ruszyłem na stołówkę zaspokoić głód i ruszyłem rowerem w drogę powrotna. Po drodze zajechałem do Muzeum Nietypowych Rowerów w Gołębiu i zwiedziłem miejscowy kościół. Myślę, że biegu swoją osoba nie wzbogaciłem, ale i tak cieszę się, ze mogłem tam
wystartować, a z Wami podzielić się tą relacją.


                                                                                          Z biegowym pozdrowieniem rycho. 

FALENICA - I PO FALENICY
dodano: 2015.03.14





Wyniki:
3,3 km
27m. 00:18:01 Leszek Stępień
6,6km
9m. 00:32:16 Katarzyna Marcinkiewicz
9,9km
73m. 00:44:31 Marcin Dymiński
99m. 00:46:01 Jacek Paź
102m. 00:46:10 Darek Gotowiec
166m. 00:49:44 Leszek Rosa
Mógłby pozostać smutek, że kolejna ekscytująca przeprawa po falenickich pagórkach, odpłynęła już w siną dal, za siódmą wydmą. Lecz w pamięci pozostają wspomnienia jak żywe; ciężkich zmagań z każdym podbiegiem i wesołych bobrowych spotkań, ubogaconych wzajemną życzliwością i motywacją. Pomimo pochmurnego, dżdżystego dnia finału, pogoda nie zmąciła naszego zapału. Miało być lajtowo, a trójka z nas pobiegła wzorcowo-rekordowo (Kasia, Jacek, Darek),a nasz Prezes i tym razem nie odpuścił biegu na orientację. Bądź co bądź w sumie najważniejsze było apetyczne zakończenie. A to za sprawą Kasi co nas domowym pysznym ciastem i własnej roboty winem uraczyła. Jakoś migiem, od każdego łyka, każda chwila jeszcze milszą była. Tak, oto na słodko i z procentami w nasze łaski sympatyczna Kasia się wkupiła, choć od pierwszego jej ,,TAK - (chcę być z Bobrami)", już w naszej Drużynie była. Tak, więc już dalej... jeszcze bardziej biesiadnie i zabawnie się zrobiło, ,,medale się same wręczały", a myśmy powitanie Kasi i zakończenie biegów w Falenicy ŚWIĘTOWALI ;-)
P.S Dobrze, że Agnieszka z nami była, bo się z nami ubawiła, a my z Nią. No i fajne foto razem z Leszkiem nam pstrykali :)
                                      MarcinD

To jeszcze ja , Nowa bobrowianka
POWIEDZIEĆ COŚ CHCIAŁAM :)Znowu

Wszystko się zaczęło od Falenicy. Tzn. moje ZOBACZENIE wielu Bobrów NARAZ:)
WSPOMNIENIE Pierwszej Falenicy - wpadam na metę, za chwilę widzę Elę, Leszka, witają się ze mną jak ze swoją :), całusy…, zgarniają do zdjęć. Nie jestem żółta przecież :) ale czuje się żółta :) , zadowolona :)
KOLEJNE WSPOMNIENIA.
Marcin, który twierdzi, że zabiera mi resztki energii  żeby zabrać ze sobą na bieg :) , uwierzyłam. Leszek, wśród swoich dzieci, spokój, uśmiech, klasa. Żółty Bóbr, którego widzę z daleka, więc bez względu na to kim jest , podaję mu rękę, żeby szło mu dobrze, oddajemy uśmiechy. Potem okazuje się że to Mariusz, którego chciałam po biegu nakarmić ciasteczkami ale gdzieś uciekł. Darek, który na ostatniej pętli wygląda jakby dopiero wystartował. Janusz , Jacek, no i Agnieszka :) . Leszek, Ela to moja ulubiona para, obydwoje uśmiechnięci, wspólna pasja, zazdroszczę ! 
Od pierwszej Falenicy po skończonym biegu lecimy do samochodu, Waldek, Ola, przebieramy się, ubieramy i z powrotem na trasę , dopingować, krzyczeć żeby było im lepiej:) . Żółtym.
I jest lepiej :) tak twierdzi Marcin , Darek, Leszek
A finał rzeczywiście wyjątkowy
Deszcz i pierwszy raz Bobrowa koszulka na Falenicy, Marcinowa, którą miałam przekazać mu na mecie ze swoją energią. Przekazałam. 
Padał deszcz, ale dobrze, chłodno. Biegłam. Przez chwilę pomyślałam o chłopakach - „może przyjadą trochę wcześniej i krzykną choć z raz „. Przyjechali :)…. Marcin i Darek. Przed ostatnim najgorszym podbiegiem. Byli. Pomogli  Krzyczeli , biegli :) Jednak doping pomaga :), rzadko mam okazję się o tym przekonać. Dwie dziewczyny , których nie mogłam dogonić – dogoniłam, przegoniłam  Pokonałam.
Meta…. wymiana koszulek, przebranie się… i na trasę do Bobrów.
I jak zwykle- czekanie… aż wyłonią się żółci. Okrzyki, żeby było im lepiej, łatwiej. Czekanie do ostatniego Bobra na trasie. I powrót.
No i nowa żółta osoba :) - Agnieszka :), uśmiechnięta fotografka  która z drugiej strony krzyczała do Żółtych :)
No a potem winko, na przyjęcie do Bobrów :), na zakończenie Falenicy, na rozpoczęcie nowego. Faktycznie… medale rozdawały się same :) , kto odebrał mój? Nie wiem, nie ważne, trafił na moją szyję :)wreszcie.
Więcej nie powiem. Kto był - to wie, kto nie był, może być !!!
Poznałam Agnieszkę :), myślę że dobrze nam się gadało nie tylko z powodu winka :). Ale fajnie znaleźć Bobrowiankę :) zawsze baby to baby :).
Z Żółtym Ahoj ! Katarzyna z Bobrów dziewczyna !

WESOŁE BIEGI GÓRSKIE 2015r.
dodano: 2015.03.09


Zapraszam wszystkie Bobry do Wesołej, KONIECZNIE !!!
To wspaniały cykl biegów górskich w pobliskiej okolicy.
Zasady prawie identyczne jak w Falenicy, ale zdecydowanie mniej osób, mniejsze opłaty, a nagrody , medale, puchary bardzo ładne.
Trasa - to pętla w lesie. Trzy naprawdę długie i strome podbiegi, jeden mniejszy. Trasa wymagająca jak w Falenicy. Pętla ma 2 km. Wybiera się dystanse – 2 km, 6 km lub 10 km.
Jest 5 rund, wszystkie klasyfikowane, nawet ostatnia. Do klasyfikacji wybierane są też najlepsze trzy czasy. Nagradzane są na koniec wszystkie dystanse jednakowo, bez wyróżniania najdłuższego dystansu. 
Atmosfera wspaniała, bardziej kameralna niż w Falenicy. 
Trudność tras porównywalna. Niskie opłaty, bieg z wcześniejszym zapisem kosztuje 5 zł a w dniu zawodów 7 zł.
Z ogromną przyjemnością brałam udział w tym cyklu, nie opuściłam żadnego biegu. Każdy bieg przynosił lepszy wynik, no i udało się dwa razy wskoczyć na podium. Najbardziej cieszy mnie 3 miejsce w open kobiet. Niełatwo mierzyć się z młodymi dziewczynami wiec tym bardziej odczuwam satysfakcję. 
Jeździliśmy się ścigać w kilka osób, Waldek, Darek, Kazik, Robert, Gizela, Leszek... Wszyscy się poprawiali z biegu na bieg. Tak to już jest.
Już czekam na cykl letni, bo ma być organizowany. Myślę też o tym, żeby wybrać się tam treningowo, bo miejsce piękne.
AHOJ :)
Bobrowianka Kasia

Bieg Piastów
dodano: 2015.03.03
Było cudownie i zimowo, oj, zimowo, zimowo!! Śniegu pod dostatkiem i pięknie przygotowanych 50 kilometrów tras biegowych! Biegało by się biegało ale trzeba było wracać na wiosenne Mazowsze:) Na ten bieg wyruszyliśmy z Leszkiem już w czwartek 26.II.2015r, gdyż w piątek ja już startowałam w biegu na 15 km, Leszek startował w sobotę na 50 km a ja jeszcze w niedzielę przed wyjazdem do domu zrobiłam 26 km:) jak się okazało nie było wcale tak ciężko:). Na drugi rok, jak tylko ruszą zapisy na XL Bieg Piastów, to się szybko zapisujemy. Bardzo fajna impreza sportowa, super organizacja, raczej nikomu nic nie zabrakło, nawet posiłki gorące i herbatka dla kibiców i gości, dużo obcokrajowców z różnych państw. Powiedziałabym, że może nawet więcej niż Polaków:( Niestety nasza technika biegania na nartach pozostawia dużo do życzenia, jednak oboje z Leszkiem jakoś daliśmy radę. Nie było żadnych zakwasów, czy bólu nóg, czy rąk od "pchania kijami", bo chyba to nam wychodziło najlepiej:) Wszystko składamy na brak treningu, gdyż zima całkiem nas opuściła a w tym roku to chyba zupełnie zapomniała o nas. Leszek po przebiegnięciu 50 kilometrów czuł się wspaniale, gdyby nie meta pewnie pobiegł by dalej:) zrobił pięćdziesiątkę w czasie 05:17;56. To rewelacyjny wynik! Ja chciałabym się też pochwalić, że 15 km zrobiłam w czasie 01:30;23 i byłam 7 w kategorii K-50 i jednocześnie 2 miejsce wśród kobiet w Policyjnym Biegu Piastów. Natomiast w niedzielę trasę 26 km w zawierusze i iście śnieżnej i zimowej aurze pokonałam w czasie 02:28;00 zajmując 9 miejsce w K-50. Chciałabym tylko zachęcić naszych "bobrów" do tak pięknego sportu, jakim są narty biegowe, dającego wiele satysfakcji, relaksu, pozytywnej energii, uśmiechu i zabawy na świeżym powietrzu, w tak pięknych Karkonoszach i górach Izerskich.
pozdrawiam, Ela

Wiązowna 2015 
dodano: 2015.03.01
Wiązowna 1 marca 2015r.
Po skończonym czwartkowym treningu zostałam obdarowana Mariusza koszulką Bobrową, żeby pierwszy raz jako Bóbr zaprezentować się w niej w Wiązownej.
Założenie koszulki lubianej osoby jest bardzo miłe, dodatkowo posiadanie koszulki, która już tyle wypociła biegów do czegoś zobowiązuje, więc podświadomie wierzyłam, że chociaż parę sekund uda się urwać, mając na plecach kawałek Mariuszowej historii.
Koszulka nie wytrzymała bezczynnie do Wiązownej niedzieli, bo dzień wcześniej w sobotę wdziałam ją na bieg w Wesołej. Ubrał ją również Waldek i świetnie się w niej czuł, a nawet powiedziałabym, że przez chwilę oszalał, bo skakał w niej po drzewach i po leśnych drogach.
Tak więc Mariuszowa koszulka pobiegła 2 sekundy szybciej niż zwykle na wesołych górkach.
Niedziela w Wiązownej też przyniosła wiele radości. Przede wszystkim nastawiona byłam na małą lokalną imprezę, a tymczasem zjechało się mnóstwo osób. Było tyle ludzi, że zaczęłam już wątpić czy uda mi kogoś znajomego wypatrzeć i poznać Rysia i Janusza, bo takie było założenie. 
Ale że swój na swego zawsze wpadnie, więc na początku wpadłam, a raczej wpadliśmy z Waldkiem na Leszka otoczonego gromadą rozradowanych dzieciaków, potem wpadł na nas Janusz z Ryśkiem. Było wesoło, tłumnie, głośno, muzyka, wręczanie nagród dzieciom. Wszyscy zadowoleni uśmiechnięci, czyli tak jak być powinno.
Sam bieg na piąteczkę był łatwy, trasa prosta, pogoda piękna ale trzeba zaczynać szybko i utrzymać tempo, więc tak całkiem lajtowo nie było. Lubię zawrotki, lubię biec do połowy i wracać do celu, widzieć kto jest przede mną, pomachać tym którzy za mną, więc trasa moja.
Drobne niedogodności w stylu popsutego na samym początku odtwarzacza muzyki, z którym walczyłam parę razy żeby go ponownie uruchomić i tak nie przeszkodziły mi urwać 16 sekund z życiówki, wiec jestem bardzo zadowolona.
Ile w tym mojej pracy a ile to koszulka Mariusza nie wiem, wszystko razem dało wynik. 
Na mecie ledwo wzięłam wodę, zamieniłam trzy słowa z kolegą i poszłam wypatrywać Waldka. Patrzyłam patrzyłam i nie wypatrzyłam. Zdenerwowałam się nieco i ruszyłam na poszukiwania. Zguba się znalazła. Machnęła trasę w 24.35 więc niestety nie mogę sobie już pozwolić na gadanie na mecie tylko biegusiem muszę się wracać po kolegę.
Zadowoleni, przebrani, najedzeni ruszyliśmy wypatrywać Rysia z Januszem. Janusza zobaczyliśmy z daleka, dzielnie zmierzał do mety, natomiast Rysiek biegł kilka metrów tuz za nim, cicho niewidocznie. Sam do nas zawołał ( ale obciach, on zmęczony nas wypatrzył). Nie wiem jak to się stało ale ani ja ani Waldek go nie zobaczyliśmy, cichy oddech cichy bieg i nawet żółta koszulka nie pomogła. Byłam zła ale próbowałam nadrobić swoje gapiostwo podbiegając kawałek z Ryśkiem w kierunku mety ale odpadłam szybko , jak się okazuje nie biegł wolno wiec szybko zostałam w tyle. 
Zmęczony Janusz zaraz z mety zawrócił się żeby szukać kolegi. Ucieszył się jak powiedzieliśmy, że Rysiek wbiegł tuz za nim. Potem wszyscy szukaliśmy Ryśka martwiąc się jak się czuje i czy gdzieś nie padł ze zmęczenia. Rysiek się znalazł, jak się okazuje punktem zbornym była stołówka z dobrym żurkiem i kiełbasą, no i kawałkiem mojego ciasta.
Tam ich z Waldkiem zostawiliśmy, bo półmaraton to nie piątka , odpocząć trzeba, na pogaduchy przyjdzie czas.
Pomimo zmęczenia i przebiegnięcia tak wielu kilometrów Janusz zaraz zapytał jak mi poszło, a Rysiek zrobił tak samo. Dbacie o siebie nawzajem Bobry i to bardzo bardzo miłe. 
Rozgadałam się  A jeszcze nie opisałam mrożącej krew w żyłach historii chłopaka, który ostatkiem sił wyprzedził mnie parę kroków na mecie i padł , żyje , ale lekarza potrzebował. Męska ambicja 
Było mi bardzo miło pogadać.
Bobrowianka Kasia M

Jeszcze ja…. czyli Wiązowna w nocy i w dzień.


.
Zaspałem ,niech to szlak zaspałem ….może uda mi się zdążyć.
Szybko się ubieram , kluczyki, dokumenty i w drogę. Przecież to nie tak miało być …gdzie spokojne pyszne śniadanko, kawka inka, wypróżnienie po „deche”
.Pędzę. Jadę na skróty a tu jak na złość mostek zablokowany przez kombajn do zboża .Myślę co on tu robi w środku zimy? Podchodzę do policjanta pytam co i jak. Okazuje się że facet wziął na przejażdżkę wnuki i zahaczył o barierkę …trzeba mięć fantazję aby konika zastąpić kombajnem! Od policjantów dostaję kubek herbaty i kierują mnie na objazd który przypomina przeprawę przez dżunglę skodzianka co chwile trze o koleiny. Jakimś cudem udaje mi sie dotrzeć. W dali słyszę odliczanie do biegu,wpadam do biura zawodów ,dostaje numer pani pyta czy kolega z klubu to nie staruje. Matko Boska!!! zapomniałem zabrać na bieg Adama. Normalnie jakaś puszka Pandory się otworzyła. W biegu przypinam numer i krzyczę w kierunku
startu jeszcze ja!, jeszcze ja! Właśnie miała ruszać karetka zabezpieczająca koniec biegu .Na starcie sędzia zadaje mi dziwne pytanie o stopień wojskowy zdyszany odpowiadam że starszy szeregowy on na to że w dokumentach ma kapral. Tłumacze ze mu że miałem ale mnie zdegradowali i że to nie czas na tłumaczenie. Ruszyłem. Od pierwszego kilometra biegło mi się wybornie tempo 4:15. W życiu nie wyprzedzałem tylu biegaczy celebrujących bieg. Mknę kilometr za kilometrem .Z naprzeciwka widzę pierwszych biegaczy pędzących do mety.  Biegnę nie czuję zmęczenia. Bez śniadanka całego tego rytuału biegowego …a może to ta herbata od policjanta ? W pewnym momencie mignął mi Adam pędzący do mety pozdrowił mnie po słowacku [ ahoj ]a może tam zamiast[ o ]było [ó]… nieważne biegnę. Tylko od początku biegu te przeklęte majty mnie uwierają .Chyba w pośpiechu odwrotnie je ubrałem i nie chodzi tu o lewo prawo tylko tył przód.
Ale co tam biegnę. Na półmetku międzyczas na nową życiówkę czuję się wyśmienicie tylko w twarz mi z chwili na chwile co raz bardziej gorąco. Biegnę nie zatrzymuje się nawet w punktach żywieniowych. Kibice dopingują słyszę… biegnij, biegnij możesz wszystko!!!....obym z tego możesz wszystko tylko w ciąże nie zaszedł. Rozmyślania przerywają mi majty uwierające „rów „ Ale co tam biegnę. Ostatnie kilometry pamiętam jak przez mgłę …niepatrzę na zegarek biegnę...będzie nowa życiówka. Wpadam na metę i tuz za nią poślizguje się …leżę na foli. I w tym momencie OBUDZIŁEM SIĘ                                                                               
z  twarzą na
książce która czytałem przed snem …gumka od piżam podciągnięta pod same cycki klin mało nie przetnie mnie na pół, no i głowa koło kaloryfera pewnie za półmetkiem załączyło się ogrzewanie i stąd to gorąco w twarz. Zawsze jak mi się śnią piękne dziewczyny i oczywiście budzę się w najmniej odpowiednim momencie to zamykam ponownie oczy myśląc Boże może wrócą ….nigdy nie wracają. Dziś tych powiek nie chciałem opuścić choćby o milimetr .Dalej była już tylko zwykła normalna wyjątkowość. Śniadanko, kawka inka, po „deche”, zdążyłem na bieg, nie miałem zabrać Adama, bardzo męczyłem się podczas biegu, majty nie uwierały, nie było życiówki, Byli za to kibicujący do końca Kasia i Waldek.      Bieganie jest CUDNE. Biegajcie w dzień i w nocy, ale bardziej w dzień …chyba:)                                                                                                             Z biegowym pozdrowieniem Rycho. 

Wyniki z Wiązownej
Dystans 5km
Katarzyna Marcinkiewicz 22:10 I miejsce Kat. GRATULACJE
Dystans 21,097
Janusz Łuczyk 01:43:29
Ryszard Mazurek 01:44:38
Pełne wyni http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=3&action=5&code=32411&bieganie

Bieg Niezłomnych w Ząbkach
dodano: 2015.03.01
Było nas trzech (Bobrów). W każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel :) Upamiętnić i uczcić Żołnierzy Wyklętych, Niezłomnych Bohaterów naszej Ojczyzny. W tym dniu bardziej trzeba o Nich przypominać, brać wzór i przykład, by hartować ducha (bo czasy niespokojne...) W miejscu startu, a zarazem mety pobrzmiewały z głośników patriotyczne piosenki. Biegacze otrzymali koszulki upamiętniające wybranych żołnierzy i bojowe zadania na karteczkach od harcerzy. Na trasie prawie 4km biegu było kilka punktów, gdzie wykonywało się rozkaz np: wsparcie grupy atakującej w celu odparcia wroga, dostarczenie meldunku, przeniesienie rannego itp. Przed startem mocna rozgrzewka prowadzona przez ,,fitness lady'', potem zapalono race, nastąpiła minuta ciszy i ponad 300 osób wtórowało trzykrotnie zawołnie: ,,Cześć i chwała bohaterom". Było trochę jak na manewrach, bo specjanie wytyczona leśna ścieżka lawirowała dla większej trudności pomiędzy drzewami, krzakami i rozwalonymi gałęziami. Niedogodności owe jak i nadane zadania, skutecznie wybijały z tempa. W sumie po co było tak gnać, skoro pomysł na tak urozmaicony bieg, był bardzo trafiony. No chyba, że mocno zależało komuś, na naprawdę ładnym medalu (ograniczona ilość). Nie było nawet ogólnej klasyfikacji. Miejsce na mecie się nie liczyło, bo w gruncie rzeczy chodziło przecież o to, by uczcić pamięć i oddać hołd bohaterom w aktywny sposób; marszo-biegowo, a zarazem bojowo!
MarcinD

I Bieg Żołnierzy Niezłomnych w Wołominie
dodano: 2015.03.01

Marszobieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Tłuszczu

Wilki (Zbigniew Herbert)
Ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
pozostał po nich w kopnym śniegu
żółtawy mocz i ten ślad wilczy
szybciej niż w plecy strzał zdradziecki
trafiła serce mściwa rozpacz
pili samogon, jedli nędzę
tak się starali losom sprostać
już nie zostanie agronomem
„Ciemny”, a „Świt” - księgowym
„Marusia” - matką, „Grom” - poetą
posiwia śnieg ich młode głowy
nie opłakała ich Elektra
nie pogrzebała Antygona
i będą tak przez całą wieczność
w głębokim śniegu wiecznie konać
przegrali dom swój w białym borze
kędy zawiewa sypki śnieg
nie nam żałować – gryzipiórkom -
i gładzić ich zmierzwioną sierść
ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
został na zawsze w dobrym śniegu
żółtawy mocz i ten trop wilczy
W sobotni wieczór rodzice z dziećmi, młodzież i niezawodni harcerze ruszyli w biegu oddając hołd Pamięci Żołnierzom Niezłomnym. Dystans biegu miał charakter symboliczny, bo 1963m i odnosił się do roku śmierci ostatniego z żołnierzy Józefa Franczaka ps. Lalek. Migające latarki i elementy odblaskowe rozjaśniły jedną z ulic na Wilczeńcu. Wszyscy w dobrej formie ukończyli bieg, a na mecie otrzymali mały pamiątkowy medalik. Dodatkową niespodzianką był harcerski tort, którym zostali poczęstowani wszyscy uczestnicy. Serdecznie dziękuję wszystkim za wspólne bieganie.
 
Z biegowym pozdrowieniem, Rycho 

FALENICA, etap 5
dodano: 2015.02.22
Pogoda iście wiosenna. Warunki do biegania wyśmienite, tym śmielej o wysiłek jeszcze większy można się raczyć-pokusić, bo a nuż się rezultat podgoni. Takie zupełne warunki bez śniegu i lodu sprzyjają szybkiemu zbieganiu z górki na bobrowe pazurki, ale i tak nie jednemu w tym biegu podcięły się nóżki (upadki, zwichnięcia). Tak w ogóle to przecież wynik nie jest najważniejszy, ale choćby to, że spotkaliśmy się dla jednej pasji, by wspólnie pobiegać pośmiać się i po wspierać. I jakże raduje się serce, znów widzieć Leszka-naszego kamerzystę na trasie i Elę w pełnej formie z całą tak liczną, bardzo dynamiczną - naszą Drużyną! 
MarcinD
Wyniki:
6,6km
25m. 00:31:15 Leszek Stępień
45m. 00:34:40 Mariusz Michalik
9,9km
96m. 00:44:03 Marcin Dymiński
160m. 00:46:24 Jacek Paź
162m. 00:46:27 Janusz Łuczyk
164m. 00:46:33 Darek Gotowiec
215m. 00:48:17 Leszek Rosa
299m. 00:51:26 Ela Rosa
Filmik Leszka (z biegu na 3.3 oraz 6.6km)

Półmaraton Leśny
dodano: 2015.02.14

Kolega traktorzysta wypatrzył „…szatnia w stodole, toaleta w potoku…”, krótka decyzja: jedziemy!!!

Zamiast święto zakochanych spędzić tradycyjnie i romantycznie, czterech Panów postanowiło wybrać się w swoim towarzystwie i pobiegać. Ja natomiast, wyczytawszy w regulaminie 
że organizowane będą biegi dla dzieci oraz kulig postanowiłem wybrać się z całą mą najbliższą rodziną.
Dla dzieci w ramach pakietu przygotowane były wielkie ilości różnych materiałów związanych z lasem (ku uciesze chłopców). Jednak największą radość sprawiła im przejażdżka 
na saniach za Ursusem.
Była to jedna z niewielu okazji w tym roku aby pobiegać po śniegu, pogoda była idealna 
do biegania – ciepło i słonecznie, a po zakończonej rywalizacji wszyscy biegający zostali zaproszeni na bigos, kiełbaski z ogniska, pierogi.
Podsumowując bieg zorganizowany perfekcyjne, oznaczone kilometry, woda, czekolada, ogniska przy starcie/mecie, medale i to wszystko za jedyne 20 złotych (tylko od dorosłych).
AdLi
wyniki:
8 Mazurek Ryszard 01:41:48
9 Dymiński Marcin 01:42:02
16 Łuczyk Janusz 01:45:24
24 Laskowski Grzegorz 01:54:04
26 Lipiński Adam 01:56:32

Falenica, etap 4
dodano: 2015.02.09


Kolejny wymagający bieg górski za nami. Czasami w danych zawodach nie pójdzie nam na miarę oczekiwań jakie sobie wygórowaliśmy. Tym bardziej nie ma co tracić ducha. Ostatecznie przecież taki start można traktować jako jeden z najlepszych treningów, jaki może nas wzmocnić przed kolejnym wyzwaniem.
MarcinD
Wyniki: 
6,6 km:
58m Mariusz Michalik 00:36:47

9,9 km:
135m Marcin Dymiński 00:44:37
200m Jacek Paź 00:47:01
207m Janusz Łuczyk 00:47:17
264m Darek Gotowiec 00:48:56
276m Leszek Rosa 00:49:19

X BIEG WEDLA czyli czekoladowe szaleństwo...



Bieg Wedla jak sama nazwa mówi należy do biegów słodkości. Grzesiek z Mariuszem jako łasuchy wybrali się prężnie na ten bieg, przed samym biegiem już się oblizywali i rozglądali za przepyszną gorącą czekoladą. Mario ruszył prężnie do biegu na 5km i myślał tylko o pysznej czekoladzie i słodkościach jakie się dostaje po biegu, Grzesiu mu dzielnie kibicował i rozmyślał o swoim dystansie 10 km jaki jest przed nim, przy tym masował swój brzuszek nie mogąc się doczekać gorącego napoju jaki czekał na niego na mecie.
 
5km
73m Mariusz Michalik 00;26;45

10 km
148m Grzegorz Laskowski 00;45;32 

 I PÓŁMARATON KSIĘŻYCOWY W OZORKOWIE....

Relacja mrożąca krew w żyłach? Jedynie co było mrożące, to lekki minusik w powietrzu i mroźny wiaterek, co w plenerach i po plerach gęsią skórkę wywoływał. Po krótkiej rozgrzewce z Ryśkiem, Januszem i Adamem wystartowaliśmy w odmęty ciemności w towarzystwie jasnej okrągłości - księżyca w całej okazałości. Zdecydowana większość biegaczy z dobrymi latarkami - czołówkami, bo za miastem, za stawami, za kilkoma podbiegami czekał Rysiek z hot-dogami, dalej Adaś z podrobami, no i Janusz z naleśnikami. A tak naprawdę czekał na nas mroczny las w którym nogi wywijało na prawo i lewo, bo nierówno, ślisko i błotnawo było. Ale była i gorąca herbatka na nawrotce co mnie pokrzepiła i większe przyspieszenie wzbudziła. A może biegłem szybciej bo lampki nie miałem, a że nic nie widziałem to dogonić czołówkę z czołówkami chciałem. Z tego wszystkiego drugi na mecie byłem :) (w kategorii Nieroztropni biegacze bez oświetlenia). Zadowoleniem dodatkowym dla mnie było, że nikt mnie nie doścignął, za to ja do końca wymijałem (co rzadko mi się ta sztuka zdarza). Na mecie czekał ładny medal i dyplom, a w jadalni duże ilości jaroszowego jedzenia, które nawet mnie przerosło...Na zakończenie ku pełnej regeneracji czekał nas basen (w ramach pakietu). Bardzo przyjemnie i wesoło było pod prysznicami,w jacuzzi i saunie....Coś mniej za to garnęliśmy się popływać...bry brry bryy...za zimna woda, aż krew w żyłach mroziła (najwięcej Janusz brylował bobro-kraulem). A przecież BOBRY tak lubią pływać. 
MarcinD
21,5km (dystans był o 400m dłuższy)
38 Marcin Dymiński 01:47:58
41 Janusz Łuczyk 01:48:57
68 Ryszard Mazurek 01:56:30
84 Adam Lipiński 01:58:30

FALENICA ETAP 3
dodano: 2015.01.25
Tydzień po Chomiczówce, nie każdy z naszego bobrowego składu czuł się w pełni mocy przerobowych, by ganiać na czas po wymagających falenickich wydmach. Nie zawsze jednak to co się myśli lub mówi o samopoczuciu i predyspozycji fizycznej, przekłada się na to jak nas niosą nogi w trakcie głównego biegu. A tym razem poniosły nas kulasy, bardzo pręciutko przez głębokie lasy. Niby każdy blado wyglądał, tyle że enegię jakby od drugiego zasysał i z podwójną mocą odwzajemniał. Czasy rewelacyjne i nowe życiówki.
Marcin D.

2 okrążenia:
13m. Leszek Stępień 00:30:34
39m. Mariusz Michalik 00:36:24

3 okrążenia:
92m. Marcin Dymiński 00:44:24
139m. Janusz Łuczyk 00:46:29
173m. Dariusz Gotowiec 00:47:39
176m. Jacek Paź 00:47:45

Bieg Chomiczówki i Bieg o Puchar Bielan
dodano: 2015.01.19





Pogoda i warunki na trasie znakomite. Bobry w szerokim składzie. Każdy po cichu z nastawieniem, że choć może ździebko urwie się z dotychczasowych osobistych rekordów na 5 i 15km. W końcu to pierwszy tak poważny start w 2015 roku, weryfikujący tendencje przyszłej formy, przed nowym sezonem. I nie jednemu z Nas udało się podnieść poprzeczkę i poprawić wynik. Dziękuję więc przedewszystkim Najwyższemu...za zdrowie, za dobry humor, za moich kompanów z drużyny, którzy pracowali nad moimi morałami i formą (Ryśkowi za celny plan na 5km- tym samym złamałem 20min i Januszowi świetnemu peacmekerowi, za to, że ciągnął mnie za koszulkę do 10km). Dziękuję też wytwórni filmowej L.Stępień&Bóbr-Company, za wierne oddanie realiów biegu. Na końcu dziękuję Człowiekowi-Bananowi, który na 12km wyminął mnie z taką lekkością, w czasie kiedy ja zdychałem i umierałem z głodu...
Marcin D.

Puchar Bielan 5km:
80m. Marcin Dymiński 00:19:50
286m. Jacek Paź 00:24:18
289m. Darek Gotowiec 00:24:19
299m. Mariusz Michalik 00:24:25
301m. Janusz Łuczyk 00:24:26
341m. Leszek Stępień 00:24:48

Bieg Chomiczówki 15km:
248m. Ryszard Mazurek 01:05:05
264m. Leszek Stępień 01:05:41
386m. Janusz Łuczyk 01:08:38
415m. Darek Gotowiec 01:09:25
544m Marcin Dymiński 01:12:30
683m. Jacek Paź 01:15:28
Filmik z Biegu o Puchar Bielan

FALENICA, ETAP 2
dodano: 2015.01.11
W sobotę 10 stycznia 2015r. w Falenicy rozpoczęłam wraz z Leszkiem biegi po "długiej" przerwie świątecznej. Chociaż to już styczeń i były to zimowe biegi, to śniegu ani odrobinę nie było. II etap XII Biegów Górskich w Falenicy odbył się w takiej samej scenerii jak poprzedni bieg w grudniu 2014 r. Trasa nie była łatwa:) po pierwsze, że nie zapomniałam o falenickiej wydmie i 21 podbiegach:) a po drugie było trochę grząsko, błotko i ślisko po ostatnich opadach deszczu. Trzeba było biec ostrożnie. Mimo brzydkiej pogody, wcale nie zimowej, przyjechało dość dużo biegaczy, być może padł rekord. Mimo tego, że brak było mi "wybiegania", które spowodowane było moim lenistwem i objadaniem się w święta:) ale cóż dałam sobie dyspensę:) jestem zadowolona ze swojego biegu. Poza tym, cieszę się, że możemy pobiegać i spotkać się ze znajomymi z klubu i nie tylko. Możemy pogadać, pośmiać się, zamienić kilka zdań a nawet udzielić ciekawych porad biegowych i treningowych.
Niestety nasz dzień biegowy w Falenicy nie zakończył się na "dyszce":) Oczywiście dla Leszka!!!! Ja zrezygnowałam z biegu na orientację, aby nie przedobrzyć:) Leszek wystartował!!! Trochę mu się zeszło, bo na mecie pojawił się za 2 godziny i pokonując ponad 10 kilometrów. Nie spodziewał się, że będzie musiał falenicką wydmę pokonywać jeszcze 8 razy /w górę i w dół/ szukając 20 punktów kontrolnych. To nie lada wyczyn!!! Zmoczonego, zmarzniętego, z bolącą nogą i skurczami łydek przywiozłam do domu.:) ale i tak twierdzi, że to FAJNA ZABAWA!!!

Ela Rosa

SYLWESTROWY BIEG BOBROWY
dodano: 2014.01.01
Rok temu w Ręczajach, a w tym roku spotkaliśmy się w Mostówce pod Wyszkowem, aby uczcić i pożegnać rok 2014. Pomysł zorganizowania biegu właśnie w tym miejscu podsunęli Darek i Jacek, którym w centrum Mazowsza udało się znaleźć naprawdę mogącą dać w kość górkę. Trasa to dwie pętelki o łącznej długości około 1,6km, które stykały się na szczycie, gdzie ulokowaliśmy bazę i ognisko. Herbatka i kiełbaski to jednak nie wszystko. Pod koniec spotkania Jacek odpalił szampana, a Daro obdarował wszystkich wspaniałymi pucharami :). Mimo małego mrozu zabawa była iście bobrowa. Dzięki chłopaki i dziewczyny za ten rok i oby w następnym "pod górkę" znaczyło tylko tyle co trening siłowy :)
Leszek S.
Starsze relacje przeniesione do archiwum.

Liczniki na bloga
OGŁOSZENIA


O nas

Bóbr Tłuszcz to amatorski klub miłośników biegania w każdej postaci - od  truchtacza po sprintera. Wyniki na pewno stanowią motywację, ale ludzie, z którymi biegasz, z którymi spotykasz się na treningach i zawodach są też bardzo ważnym elementem motywującym do bardziej wytężonej pracy nad sobą. Istniejemy po to, aby wspólnie wymieniać się doświadczeniami, motywować i wsperać dobrym słowem, razem umawiać sie i jeździć na zawody i treningi. Jesteśmy otwarci na nowe osoby, które będą dzieliły z nami swoją pasję biegania.Zapraszamy do nas!
Do boju, Bobry!
comments powered by Disqus
Podsumowanie I półrocza 2013
Zobacz nas na facebook-u
Darmowe strony internetowe dla każdego