.
Półmaraton Karkonoski
dodano: 2015.08.04


Janusz zdobywa Karkonosze z czasem 2:15:43 - miejsce 124
Relacja już się kroi...

Ultramaraton Powstańca
2015.08.02


Wyniki ultrasów 100 procentowych :

Leszek Stępień 5.09.22 ( m. 33 )
Marcin Dymiński 5.38.01 ( m.43)
Ryszard Mazurek 05.38.03 ( m.44)

Sztafeta połowicznych ultrasek :)
Katarzyna Marcinkiewicz i Klaudia Zarzycka - 4.40.12 ( miejsce 29 na 40 sztafet, 5 miejsce na 9 sztafet dwuosobowych :), byłyśmy jedyną sztafetą żeńską:) !!!

BIEG SZLAK TRAFI
                                                                                 Dodano 01.08.2015r.


Bieg ten miał być okazją do spotkania znajomych z obozu w Tatrach. Zapisałam się na 7 km, ponieważ chciałam mieć więcej czasu na rozmowę z nimi i nie być padnięta przed biegiem Cudu nad Wisłą, jak wiadomo w półmaratonach dopiero raczkuję.
Na kilka dni przed biegiem dostałam meila z przekrojem trasy i tu oczy szeroko otworzyłam bo zapowiadały się niezłe górki i chociażby z tego powodu ponownie ucieszyłam się że to tylko 7 km :) Jak się okazało na liście dostrzegłam również Rycha i kolegę Leszka z Wesołej. Postanowiliśmy pojechać razem.
Na miejscu byliśmy o wiele za wcześnie ale czas spędziliśmy na piciu kawki, jedzeniu i rozmowach. Niedługo potem przyjechał i mój kolega z Poznania :)
Na Start ustawili się najpierw biegacze półmaratonu. Było gorąco i sucho. Po oddaniu strzału wszyscy ruszyli. 
Jak było na 21 km niech opowie Rycho, ja mogę się tylko domyślać, gdyż trasy mieliśmy podobne :)
Nasza 7 ka wyruszyła 10 minut później. I od razu po pierwszych metrach wiedziałam że jest to bieg górski :) Gdzie tam moja pętla izerska :) Tu były górki :) Kilka takich, że biec sie nie dało, trzeba było podchodzić :) i podchodzili wszyscy. Potem przepiękne, przecudowne wąwozy, które kiedyś już widziałam będąc w Kazimierzu ale teraz zachwyciły mnie na nowo. Biegnąc środkiem ogromnego wąwozu czułam się jak w Narnii :), czarodziejskiej krainie, zamieszkałej przez fauny, centaury i inne mówiące ludzkim głosem zwierzęta :) Zachwyt swój wyrażałam na głos zaczepiając biegaczy przede mną i obok biegnących. Nie zniechęciło mnie nawet rozległe błoto, które zatrzymało moje zapędy i musiałam je przejść , żeby orła nie wywinąć, co mnie nawet ucieszyło bo była okazja do odpoczynku :) Z wąwozów droga prowadziła na górę, gdzie biegliśmy łąką skąpaną w słońcu. I znowu piękne miejsce, plantacja chmielu, aleja chmielu :) zachwyciła mnie najbardziej, czegoś tak pięknego nie widziałam nigdy. Piękne wysokie krzewy i ja malutka :) pośród nich . I znowu wymusiłam na "sąsiadach biegaczach" zapewnienie że tak, pięknie tu :), bo ciągle pytałam " prawda że pięknie tu ? " :) 
I znowu zbieg do wąwozu przez wąskie dróżki z pokrzywami :) 
Trasa bardzo wymagająca, bardzo, ale jaka piękna. W trakcie kolejnego bardzo stromego zbiegu dziękowałam że jest upał a nie deszcz. Jeśli kiedykolwiek się tam wybierzecie i będzie padało to radzę się naszykować na zjazd na pupie lub na skoki po drzewach, innej opcji nie będzie :) żadne buty rady nie dadzą.
Po drodze współczułam tym co biegną na 21, ale jak już organizm przyzwyczaił się do "górek" to pod koniec żałowałam ze to już koniec mojej trasy. 
Czas mój nie powalał na kolana ale miejsce niezłe wiec wszystkim nie biegło się lekko.
Potem czekałyśmy na Panów dopingując ich jak najlepiej. Potem było losowanie nagród ale ponieważ wszyscy szczęście w miłości mamy więc wszystkie nagrody zgarnęli Ci co tego szczęścia nie mają :) 
Powrotną podróż wypełnił nam Rycho opowieściami o pięknych miejscach i podróżach swoich, tych co były i mają być.
Bieg w 100 % godny polecenia, także dla naszych ultrasów, gdyż oprócz 21 i 7 była tez trasa 60 km dla najtwardszych. A Parchatka to piękne miejsce rodem z gór wyjęte.
Kasia M.


Wyniki:
Rysio Mazurek 1.59 m. 33 wśród mężczyzn
Kasia Marcinkiewicz 43.26 m.13 wśród kobiet 

XXV Bieg Powstania Warszawskiego
2015.07.25
Pamięć powstańców uczczona...
Relacja niebawem...

wyniki:
Wyniki orłów na 10 km

Darek Gotowiec 43.30
Leszek Stępień 43.43
Janusz Łuczyk 44.37
Ela Rosa 52.23
Leszek Rosa 52.24
Mariusz Koperski 1.01

A orły na 5 km pobiegły tak :

Kasia Marcinkiewicz 24.55
Waldek Zdunek 24.55Ania Byczuk 32.47


Wielka Pętla Izerska
2015.07.18





Wielka Pętla Izerska. Nazwa imponująca, Góry Izerskie, piękna i
trochę groźna nazwa, ale Góry Izerskie nie są groźne wcale. 

Tygodniowy wypoczynek w Szklarskiej Porębie postanowiłam zakończyć
biegiem. Ale nie było to tak, że szukałam biegu a potem wczasów. Tym
razem zupełny przypadek. Najpierw termin wczasów potem bieg, cóż za
zbieg okolicznosci :) 

W Karkonoszach byłam drugi raz. Jakoś Tatry zawsze zajmowały pierwsze
miejsce w moim sercu. Tym razem postanowiłam zaprzyjaźnić się z
Karkonoszami. No i ostro wzięłam się do zaprzyjaźniania już od pierwszego dnia :) 
W międzyczasie dostałam ostrzeżenie od Marcina - "oszczędzaj siły na
półmaraton" :) Ale nie posłuchałam. Nie można być w górach i
chodzić po mieście, więc aktywnie wykorzystałam czas i przez kilka
dni marszobiegiem zdobyłam kilka szczytów.
Wyprawa na Śnieżkę, zbieg :) zostawił ślad w postaci zakwasów i
pozbijanych palców :) Dodatkowo na dzień przed biegiem pojawił się
upał. Pomyślałam, to wszystko nie wróży za dobrze. Ale jak jest
więcej przeciwności to człowiek się spina w sobie i podejmuje walkę.
Maść ukoiła nieco ból od zakwasów a nowy sposób wiązania butów
wyeliminował zbijanie palców. Nie było źle :)
Dzień zawodów. Godzina biegu przesunięta na 11.15\. Upał. Mnóstwo
ludzi na starcie, prawie 1000 osób i ja w środku, sama, no prawie bo jeszcze z
znajomym, ale nie bobrem :) . Stoję w środku grupy biegacze tuż przed
startem. Na nieśmiałe uśmiechy i zagadywania nikt nie odpowiada. Jacyś tu ludzie skupieni albo wystraszeni. Nie wiem.
Z trasą zapoznałam się wcześniej. Wiedziałam ze do 15 km jest cały
czas pod górę, potem prawie cały czas w dół. 
Ruszyliśmy. I Zaraz na początku solidny podbieg, ale droga szeroka.
Dobrze i równo się biegnie. Potem niestety idę ale nie tylko ja nie
daję rady. I tak trasa wiedzie cały czas lekko pod górę, czasami
trafiają sie większe podbiegi , wtedy też na zmianę podchodzę i
biegnę. Droga przeważnie przez las, albo asfaltowa ale w większości
gruntowa. Drzewa dają cień. Chwilami wybiegamy z lasu i biegniemy
otwartą przestrzenią i tu można nasycić wzrok pięknymi widokami.
Nareszcie ktoś na moje nieśmiałe zagadywania odpowiada. Lubie zamienić
kilka słów z osobami z którymi biegnę tyle km. Upał jednak doskwiera.
Szukam strumyka, którego szum cały czas słyszę. Może by zamoczyć
chustkę i ochłodzić szyję. Ale strumyk niedostępny , za daleko,
trzeba sobie radzić. Po trasie spotykam znajomego, idzie, dopadła go choroba dzień wcześniej ale chciał pobiec. Idę z nim przez chwilę,zastanawiając się czy da radę i czy nie powinnam jednak nim sie
zająć.
Zbliża sie 14 km. Z daleka widać kopalnię Stanisław, czyli najwyższe
miejsce na trasie. Teraz już się cieszę bo wiem, że najgorsze za mną.
Teraz w dół, do celu. Jednak w dół cały czas nie jest. Trafiają się
jeszcze ze dwa podbiegi ale to nic wielkiego. Nadrabiam to co straciłam
wcześniej. Na około 19 km stoją już kibice, zagrzewają do walki,
klaszczą. Nowe siły wstępują.
Gnam ile sił. Na ostatnim zbiegu patrzę na zegarek, 2.07, moze uda się w
2.10. Byłoby super. Teraz gnam jakbym biegła na setkę, wpadam na nowiuśki tartanowy stadion, ostatnia prosta, mam tyle siły jakbym dopiero zaczęła biec. Wyprzedzam koleżankę z trasy, wpadam na metę z czasem 2.10, koleżanka dołącza do mnie gratulujemy sobie i całujemy się i ściskamy jakbyśmy się znały od lat. Mój pierwszy półmaraton w górach zaliczony !!! Nie jestem zmęczona,
nie bolą mnie nogi, nie umieram. Odrobinę się zasmuciłam, bo mój garmin niestety meei oszukał,oficjalny czas zmierzony na trasie to 2.14.52. Ale i tak było pięknie. Może mogłabym powiedzieć, że gdybym odpoczywała, gdyby nie upał, gdyby babcia była dziadkiem :) ....może czas byłby lepszy, ale po co komu te gdybanie. I tak jestem dzielna ! :) I zamierzam to powtórzyć, bo emocje i ta walka z sobą , a potem nagroda w postaci dumy z samej siebie jest bezcenna !
wynik: 2.14.52


ULTRAMARATON BOBRA
                                                                                      dodano 2015.07.19

Czemu by nie zrobić nasz ultra! Jak też Leszek powiedział, tak i zaplanował taki skromniutki towarzyski bieg Ultra Bober. Uzbierała się grupka biegowych szaleńców. Ja, Leszek i Darek zdecydowaliśmy sie atakować całe 60km, a Rycho, Adam i Leszek z Elą rozłożyli dystans na raty trochę rowerem, trochę biegiem. Wyjątkowo nie myślałem jak to będzie po 30km, 40 czy 50 km, bo z taką ekipą czas i kilometry upływają nie zauważone. Niedziela 4.30 zbiórka pod stadionem, to wymagająca pora, jak na taki boży dzień wypoczynku. Kto rano jednak tak wstaje temu, Pan Bóg daje. Na luźno wybiegliśmy z pianiem kogutów a raczej pawiów, by przed skwarem dnia jak najszybciej skończyć. Trasa wklepana w komórkę prowadziła nas bez zmyłki do samego końca. Jedyne więc co zostało to trzymać sobie spokojne równe tempo i rozkszować się sielską spokojną wiejską okolicą, podpatrywać sarny, zające, żurawie, bociany. Z obawą czekaliśmy aż słońce w pełni się przedrze, a tu niespodzianka -zaczęło padać. Warunki sprzyjały dobrej wentylacji, kilometry upływały błyskawicznie, tak że gdy dobiegliśmy do Jadowa na umówione lody, to okazało się że jest dopiero 9 i przysłowiowo pocałowaliśmy klamkę:) Trzeba było więc oblizać się smakiem i zadowalać tym co Leszek z Ryśkiem wieźli nam w sakwach. Biegowe zmiany naszych Bobrów, porzedzane krótkimi postojami odpowiednio motywowały, by się za bardzo nie ślimaczyć. Adaś trochę podkopywał moją pewność siebie, jakoby czy dam radę przebiec całość, i zachęcał czy aby nie chcę podjechać, bo na rowerku cudnie się jedzie. W odpowiednim jednak czasie zrehabilitował się za te powątpiewania we mnie i dowiózł coli ze sklepu, która postawiła mnie na nogi. Byliśmy już gdzieś połowie drogi jak miejscowa starsza pani zagaduje dokąd biegniemy. Dumni odpowiadamy do Tłuszcza. Na co ona zupełnie poważnie: ,,Eee to niedaleko, myślałam, że gdzie ino dalej" Potem na następne zaczepki odpowiadaliśmy, że biegniemy do Warszawy. A na to już ludzie z podziwem cmokali. Inny obrazek: dobiegam do punktu żywieniowego na naszej trasie, czyli do lokalnego spożywczaka. Wpadam przemoczony na sztywnych nogach, by kupić wodę. Panowie w progu sklepu też na nogach, ale już miękkch, lekko chwiejnych, z browarkami.Ekspedientka zwraca się do upierdliwych stałych bywalców: ,,Wzielibyście przykład i pobiegali choć trochę jak ten pan" Na co oni : A ile pan przebiegł? Odpowiadam dopiero połowe 30, łopatologicznie jeszcze drugie tyle. Na co oni z nieskrępowanym brechem: Musiałoby nam się od picia w głowie poprzewracać, by się tak wykańczać, a pani powinna się bardziej cieszyć z takich klientów jak my bo więcej kupiliśmy, niż taki biegaczyk.Dobrze, że nie byłem jedynym tego dnia szaleńcem. Reszcie moich towarzyszy dzięki sprzyjąjącej pogodzie biegło się dość komfortowo, no może poza prezesem który wolał tego dnia rower. Eli trafiło się z kolei ostanie 16 km w pięknej pogodzie. Dobrze że tak późno gorąco się zrobiło, bo i tak skwar odczuć się dało znacznie. Ciągnęła mnie więc nasza Bobrowianka, bo znaczący kryzys mnie dopadł. Leszek inicjator biegu pomimo kontuzji zadnich mięśni od początku wszedł w swój trans ultra- biegowy i dotrwał dzielnie do końca. Darek, jak to on przy takich dystansach wyglądał na mecie jak by dopiero się rozgrzał. Rysiu za to miał najwięcej inwencji twórczej nagrywając nas z różnych ujęć. Wbiegliśmy i dojechaliśmy razem na błonie tłuszczańskiego stadionu witani przez skromną, ale bliską grupkę sympatyków. Żona Leszka, Iza powitała nas wodą i zawieszała nam medale przez Leszka ustrugane i to jakie ładne...Masa zrobionych kilometrów ukończona w przyzwiotym czasie 7 godzin. W sumie taki utramaraton bez napinki, w najbliższym gronie wśród swoich z drużyny lubię najbardziej i jakoś bardzo na ciele i duchu czułem się dobrze następnego dnia. To był najlżej przebyty ultra jaki dotąd miałem. I mam nadzieję, że w takim składzie, a może i większym, nieostatni. 

Towarzyski Bieg o tytuł ultrabobra :)
Trasa liczy 60km. Można ją pokonywać w sztafecie (ktoś jedzie rowerem, ktoś biegnie i zmiana).
Start i meta obok stadionu w Tłuszczu. Wstępny termin: 2015.07.19 godz. 4.30
Ktoś zainteresowany???
Krótki opis trasy :)

Start ulicą Polną spod stadionu!
Skręt w Bartosza Głowackiego (w lewo). Biegniemy do końca i w prawo w Przemysłową. Przemysłowa ciągnie się… Przebijamy się przez tory, a Przemysłowa przechodzi w Stylową (jesteśmy w Postoliskach), a ta w Spacerową Dobiegamy do Jadowskiej( do końca) i skręcamy w lewo i zaraz pierwsza w prawo w Długą Z Długiej w prawo w Kolejową… (będzie znak 8t.) mijamy wieś Wagan… (na rozjazdach prosto w polną)nie wbiegamy do Waganki, tylko prosto, a potem w prawo na Przykory
Za Przykorami do końca i w lewo, do końca i w prawo na Obrąb i zaraz pierwsza w lewo na Kiciny. W Kicinach druga w prawo na lasy łochowskie. Biegniemy na Basinów, Kukawki… do końca i w lewo. Przebiegamy przez rzeczkę, potem w prawo w Spacerową Ijesteśmy w Iłach). Na łuku Spacerowej (łuk w prawo)) skręcamy w lewo w Przyjaciół. Dobiegamy do Urlańskiej Poniatowskiego) i w prawo na Urle. Przez Urle prosto na Borzymy… ulicą Kuracyjną mijamy tory, pijalnię piwa :), mini bar u Zbyszka… mijamy ulicą wspólną, która idzie w prawo, a my skręcamy w następną w lewo. Dobiegamy do trasy nr 50, przecinamy ją i biegniemy ul. Zawiszy przez Zawiszyn. Na końcu odbijamy w Ogrodową w prawo i znów przecinamy trasę nr 50. Za trasą cały czas prosto aż do Jadowa. W Jadowie w Polną (pierwsza w prawo), a potem w lewo w Kościuszki i do Jana Pawła, gdzie skręcamy w lewo. Mijamy urząd miasta, rzeczkę Osownicę. Za rzeczką na rozjazdach w prawo na Borki. Na rozjazdach wbiegamy w drogę polną, a potem pierwsza w lewo, przecinamy rzeczkę i znów przecinamy trasę nr 50. Za trasą pierwsza w prawo i biegniemy aż do Rozalina. W Rozalinie w prawo i do Strachówki. Mijamy cmentarz (po prawej). Druga w prawo (Kmiecińskiego) i za chwilę pierwsza w lewo i drogą (ma łuk w prawo) aż do trasy w lewo. Biegniemy trochę trasą (mijamy rzeczkę) i w pierwszą w prawo na Równe. Przez Równe prosto. Za Równem droga idzie prosto i na rozstajach z drogami polnymi, gdzie jest kapliczka, biegniemy w polną za kapliczkę. Za jakiś czas odbijamy w lewo, do końca w lewo i łukiem do asfaltu (znów kapliczka) i znów w las. Troszkę lasem i dobiegamy do Balcery, Ołdaki i prosto na Dzięcioły. Z Gruszkowej (do końca) w lewo w Zawilcową i zaraz w prawo w Szafirową… prosto… ulica przechodzi w Perłową, a potem w Racławicką i do końca… i do Polnej… i do mety!!!

Run for Ryki
2015.07.12
Pewnego dnia na etykiecie żółtego sera czytam: Spółdzielnia mleczarska w Rykach, odpalam komputer i w kalendarzu widzę: Run for Ryki, patrzę na ścianę, a tam dumnie wisi sobie medal z Ryk-owiska… nie ma wyjścia, trzeba pobiec :) Szybki rzut oka na mapę… sto parę km… można jechać. Trasą lubelską jedzie się naprawdę sympatycznie, a Ryki znajdują się właśnie przy trasie. Miasto może nie powaliło mnie na kolana, ale dzieciaczki były zadowolone, bo władze Ryk bardzo ciekawie usytuowały w samym środku rynku dość pokaźny plac zabaw. Do wyboru dwie trasy (na 5 i na 10km) – ja oczywiście wybieram tę dłuższą i w nadziei, że połamię 43 minuty rozpoczynam rozgrzewkę. Żołądek kręci co niemiara, ale mam nadzieję, że uda się jakoś wytrzymać. Trasa jak z bicza strzelił… dwa małe zakręty na pierwszych 300 metrach, a potem dłuuuuuga prosta i nawrotka. Lubię takie trasy. Strzał startera i jedziemy. Pierwszy kilometr rozwiał moje marzenia o super wyniku, bo zaraz za miastem zobaczyłem podbieg, potem drugi i właściwie przez całą drogę trasa falowała, lekko ale długo. Wyciągając wnioski z Nocnego Marka postanowiłem mocne karty zachować na później i zaatakować po nawrotce. Niestety, zamiast kierować energię na nogi, kierowałem ją na żołądek, bo grill dnia poprzedniego przypomniał, że wcale nie stał się tylko historią. Na 8km miałem już nawet się zatrzymać, ale zamknąłem oczy i walczyłem. Ostatni kilometr przycisnąłem i właściwie dzięki temu udało się poprawić nieco wynik z Marek, z czego na mecie byłem bardzo zadowolony. Może nie progres, ale jakiś progresik jest :) Masywny medal na mecie zrekompensował wszystko i okazało się nawet, że zająłem niezłe 19 miejsce z czasem 43.24.
Imprezę uważam za bardzo udaną. Uwielbiam takie kameralne imprezy. Małe wpisowe i zapisy na miejscu, to oczywiście zasługa pasjonatów organizatorów – grupy biegusiem.pl, która przypominała tę z Rykowiska. Poza tym w drodze powrotnej zajechaliśmy na farmę iluzji (kilkanaście km od Ryk), gdzie wybawiliśmy się naprawdę super i siedzieliśmy do samego wieczora.
Polecam!
Leszek Stępień

SURREY BADGER HALF-MARATHON...czyli bóbr na borsukowym biegu.
                                                                                                                       dodano 2015.07.13

Kolejny raz udało się pogodzić wyjazd rodzinny ze startem w zawodach biegowych. Zaraz po tym, jak zapadła decyzja o wyjeździe do Anglii przeszukałem ichniejsze kalendarze biegowe. Kryteria, które mnie interesowały to półmaraton w miarę blisko od miejsca mojego zakwaterowania, no i przystępna cena. Wszystkie warunki spełniał Surrey Badger Half- Marathon w miejscowości Dorking. Dodatkowym bonusem było to, że rekomendowali go jako typowy angielski bieg crossowy. Baza biegu zlokalizowana na wzgórzach winnicznych, na środku, którego stała winnica z hotelikiem i sklepem z lokalnymi wyrobami. Sprawy organizacyjne podobnie jak u nas. Oświadczenie, numer + chip do buta. Przed startem krótka przemowa, hymn…. Three! Two! One! Go!!! W rytm muzyki ruszyło ponad 400 osób, a że trasa prowadziła od razu pod górę cała stawka się rozciągnęła. Jedną z zauważalnych zmian było to, że tabliczki były ustawione co 1 mile, czyli około 1,6 km. Początek trasy to wszechobecne krzewy winorośli, następnie zbieg ścieżką rowerową, aby kolejne 3 mile (około 4,5km) wspinać się pod górę wśród pastwisk zapełnionych krowami, które bezemocjonalnie przeżuwały trawę, przyglądając się korowodowi biegaczy. Dopełnieniem widoków był bór ze starymi drzewami, wiatr i deszcz + trochę wyobraźni i przed oczami stawał obraz lasu Sherwood i mającego za chwile wyskoczyć Robin Hooda. Jednak nic takiego nie nastąpiło, wręcz przeciwnie na licznych punktach żywieniowych zostałem obdarowany suszonymi owocami, żelkami, napojami i batonami energetycznymi. Mimo deszczowej pogody sporo osób kibicowało mi podczas wbiegania na metę. Słyszę głos speakera: „number two hundred seventy riczard meazerek , team…. I tu nastąpiła cisza, kartka powędrowała bliżej oczu jak by miało mu to pomoc w rozszyfrowaniu i wypowiedzeniu nazwy naszego klubu. Nic takiego nie nastąpiło a na jego twarzy zagościł tylko uśmiech rezygnacji. Krzyknął tylko „applause!.” Tuż za metą otrzymuję w jedna rękę butelkę miejscowego piwa, w drugą okolicznościową koszulkę. Podsumowując bieg pod względem trudności i walorów widokowych na pewno znajduje się w mojej pierwszej dziesiątce. 
PS. 
Nie obeszło się bez małego wakacyjnego romansu… z rowerem, na którym przejechałem 370km. Zajechałem na dwór Króla Artura w Winchester, dotarłem też do południka „0” w Królewskim Obserwatorium Astronomicznym w Greenwich. O ile stanięcie z rowerem na lini „0” było super przeżyciem, to wisienką na torcie było zobaczenie chronometru H-1, zbudowanego przez Harrisona (cieślę i samouka zegarmistrzowskiego). Dzięki niemu udało się okiełznać długość i szerokość geograficzną. Patrząc na to cudo nie trzeba być pasjonatem zegarów i tak zachwyca swoim nietypowym, majestatycznym i jednostajnym ruchem. To wynik niesamowitej pasji, oddania i determinacji. Całą tę historię opisuje pani Dava Sobel w książce pt. „W poszukiwaniu długości geograficznej”. Książkę szczerze polecam. Ale to nie stronka o rowerach tak, że koniec tego pitu pitu podłączam tylko kilka zdjęć.
Z biegowym i rowerowym pozdrowieniem rycho

Kliknij, aby edytować nagłówek...


Szalom... Mariusz de bóbr pozdrawia z Jerozolimy. Nasi są wszędzie!!!

Weekend Biegowy na Warmii
2015.07.04,05
Weekend biegowy na Warmii rozpocząłem od biegu dookoła jeziora Narie, który startował i kończył się w turystycznej miejscowości Kretowiny, położonej na głębokim półwyspie jeziora. Rejon jest mi ogólnie znany i dość bliski, nie tylko ze względu na fakt, że biegłem już w tym biegu 5 lat temu, ale również z powodu dość licznej rodzinki, która tam zamieszkuje. XVII edycja biegi… 17… cofnąłem zegar i wróciłem do roku 1998, a więc zaraz po maturze. Wtedy Kretowiny kojarzyłem z imprezami i balangowaniem, a biegaczy (chociaż ich nie kojarzę) na pewno lustrowałbym dziwnym spojrzeniem. Pamiętam jak po jednym z ognisk przeszliśmy z rodzeństwem 8km i później snuliśmy opowieści, jaki to kawał drogi udało nam się przeczłapać w jedną noc. Wtedy nawet w najśmielszych snach nie pomyślałbym o tym, że zdecyduję się obiec całe jezioro na raz i do tego w upał… na szczęście zmieniłem nieco sposób myślenia :)… impreza, jak sobie wyobrażam musiała się mocno zmieniać, bo nawet porównując rok 2010 i 2015 zauważyłem ogromne różnice. 5 lat temu, kiedy dookoła Narie przygotowywałem się do pierwszego w życiu maratonu, w przeddzień nie mogłem zasnąć ze stresu, a trasa dała mi ogromnie w kość ze względu na właściwie ciągle mocno pofalowaną trasę i niebotyczny upał. Wtedy bieg był dość lokalny, skromny, a biegacze – same harpagany i wyjadacze. Teraz impreza mocno widocznie się rozrosła – widać, że zainteresowanie bieganiem na przestrzeni kilku lat wzrosło wielokrotnie, organizacja w pełni profesjonalna, a biegacze… widać, że nie z przypadku, pełna profeska. Wystartowaliśmy o godzinie 10.00 – pierwsze 2kilometry trasa ciągnęła nas przez półwysep, tempo na zegarku powyżej założeń, ale biegło się naprawdę lekko. Po opuszczeniu półwyspu trasa stała się dużo bardziej wymagająca ze względu na słabą nawierzchnię i dużo trudniejsze podbiegi. Na 6kilometrze usytuowano pierwszy wodopój. Słońce prażyło bardzo mocno, ale jakoś się nie odwodniłem. Kolejny punkt z wodą znajdował się w Boguchwałach, gdzie strażacy dodatkowo schłodzili nas zimną wodą. Najfajniejsze było to, że bieg tak mocno zakorzenił się w głowach mieszkańców, że wszędzie kibicowała nam masa ludzi, która wspomagała nas nie tylko dobrym słowem, ale również piciem i wiadrem wody na głowę… takiej zimnej prosto ze studni. Mogę powiedzieć, że biegło mi się dobrze gdzieś do 17km, problemy zaczęły się, kiedy wbiegliśmy na drogę szutrową. Temperatura zamieniła ten bieg w prawdziwe piekło i czułem mocne kołatanie pod wizerunkiem bobra na koszulce… zacząłem maszerować, na szczęście gdzieś po 100metrach uspokoiło się i znów mogłem kontynuować bieg… aż do samej mety. W Kretowinach witała nas masa ludzi, jak na jakimś dużym maratonie, niesamowita atmosfera… a na mecie kryształowa perła, arbuz do bólu (dosłownie), i bezcenna kąpiel w jeziorze. Niestety, perła uległa małemu uszkodzeniu i za rok muszę powalczyć ponownie :) 
Plusy:
Niesamowite widoki
Dystans, mimo, że krótszy, daje w kość jak maraton
Ciekawa perła na mecie (zamiast medalu)
Nie spodziewałem się, a dali koszulkę :)
Arbuz, kąpiel, dobre zabezpieczenie trasy, przyjaźnie nastawieni ludzie
Minusy: 
Obie perły mam uszkodzone (ale to przez moją nieuwagę)
Koszulka raczej tylko do spania :) (czepiam się)

Zdecydowanie polecam!!!

W niedzielę, podczas drogi powrotnej zajechaliśmy do Barczewa po Olsztynem, gdzie wraz z córką w wózku wystartowaliśmy na dystansie 6,2km. Mimo, że trasa dość krótka, to ze względu na totalną patelnię i ostre podbiegi zakorzeni mi się na jakiś czas w pamięci. Organizatorzy przygotowali fajną koszulkę techniczną i profesjonalny medal, a dodatkowo, czego wcześniej nie doświadczyłem, burmistrz udekorował medalem Marysię, która na pewno też ciężko zniosła trudy podróży w takim upale...
Leszek S.


Supermaraton Gór Stołowych
2015.07.04
W ekstremalnych warunkach odbyła się VI edycja Supermaratonu Gór Stołowych. Ponad pięć setek zawodniczek i zawodników musiało zmierzyć się nie tylko z dystansem około pięćdziesięciu kilometrów, przewyższeniami +2200/-2000m, ale również upałem sięgającym powyżej trzydziestu stopni Celsjusza. Dodatkowym utrudnieniem było przesunięcie godziny startu z 9.00 na 11.00. Było to spowodowane tym, że na odcinku trasy Supermaratonu po czeskiej stronie, odbywały się zawody MTB. Organizatorzy czeskiej i naszej imprezy musieli więc przesunąć godziny zawodów w taki sposób, żeby nie doszło do kolizji obu grup zawodników. W związku z tą zmianą, już przed startem było wiadomo, że bieg odbędzie się w najgorętszych godzinach dnia. W dużym stopniu rytm zawodów wyznaczył właśnie ten niezwykły upał. Błogosławieństwem były chwile, kiedy można było przebiec obok emanujących chłodem i wilgocią zacienionych skał. Każdy napotkany po drodze strumyk natychmiast był oblegany przez biegaczy. Lejący się z nieba żar sprawiał, że biegło się raczej nie do mety, ale do najbliższego wodopoju. Organizatorzy na szczęście sprostali zadaniu i przygotowali wystarczającą ilość wody, izotoników, owoców i słodyczy. Trzeci punkt odżywiania zlokalizowano na trzydziestym kilometrze trasy, przy schronisku PTTK Pasterka (w miejscu startu imprezy). Tam dodatkowo można było schłodzić się wodą czerpaną wiadrem z ogromnej drewnianej balii. Tam też niektórzy zawodnicy ulegli pokusie pozostania w tych przyjemnych warunkach na dłużej i zrezygnowali z dalszej rywalizacji. Ostatnie dwadzieścia kilometrów było polem popisu siły i wytrzymałości najbardziej wytrwałych biegaczy. Z podziwem patrzyłem na twardzieli, którzy biegnąc w szybkim tempie, wyprzedzali mnie na ostatnich kilometrach przed metą. Końcówka trasy, to przysłowiowy gwóźdź do trumny dla tych, którzy doczłapali do końca resztkami sił. Metę zlokalizowano na szczycie Szczelińca. Tak więc po pięćdziesięciu kilometrach morderczych zmagań, na finiszu trzeba było pokonać kilkaset stopni, aby niemalże doczołgując się na kolanach do mety, cieszyć się ukończeniem tego niełatwego dystansu. Pomimo wysokiego stopnia trudności uważam imprezę za bardzo udaną. Ból i cierpienie towarzyszące zmaganiom rekompensowało bajeczne piękno Gór Stołowych. Osiągnąłem założony cel na ten bieg, niewygórowany, ale uwzględniający totalny brak przygotowania. Najważniejsze jest jednak zdobyte doświadczenie, które spodziewam się wykorzystać na kolejnych imprezach tego typu. Oczywiście, zaznaczenie obecności nizinnych bobrów w wysokich górach nie pozostaje bez znaczenia! Na koniec kilka liczb, które mówią wiele o poziomie trudności tegorocznej edycji SGS:
Ilość osób na liście startowej: 552
Ilość osób, które dobiegły w limicie 9 godzin: 360
Ilość osób, które dotarły do mety: 378

Gabriel K.

IV Półmaraton Tradycji w Adamowie
2015.07.04

WYNIKI

NORDIC 5 km
Agnieszka Paź ( 23 open) - 39.18
Bogusia Gotowiec (39 open) - 42.10

BIEG 5 KM
Jacek Paź (15 open) - 22.16
Anna Przybysz ( 54 open) - 31.39
Marek Przybysz ( 54 open) - 31.39

PÓŁMARATON
Darek Gotowiec ( 57 open) - 01.38.37
Marcin Dymiński ( 71 open) - 01.41.09
Mariusz Michalik ( 130 open ) - 01.52.28 
Adam Lipiński ( 156 open) - 02.00.02 
Waldek Zdunek ( 161 open ) - 02.01.29
Kasia Marcinkiewicz ( 162 open) - 02.01.30

Na ten wyjazd do Adamowa, wyczekuje się z przyjemnością i spokojem. Tam nie jedzie się by gnac i ustalać nowe czasy. Tam przynajmniej dla mnie są biegowe wczasy i wyczesane klimaty. Nasza liczna ekipa przybyła na trzy samochody. Na parkingu w każdym kierunku roiło się od Bobrów. W ogóle frekwencja biegaczy w porównaniu z ubiegłymi latami była aż potrojona. Co dało się odczuć po długiej kolejce do biura zawodów. Z tego powodu doszło do 30 min. opóżnienia startu. Może i lepiej, im później tym więcej chłodu. Dla mnie miłą niespodzianką była obecność Marka z Anią. Wieki ich nie widziałem i dawno z nimi nie biegałem. Nawet żałowałem że nie wystarowałem z nimi i z Jackiem na 5km, bo po całym dniu gorąca, biegnięcie w piekarniku na 21km, wydawało się czystym masochizmem. Dzikowi, który robił się w tym czasie na rożnie było chyba wszystko jedno, ale myślę że bobry opiekane też smaczne nie są. Był też nordik na 5km, więc nie mogło się obyć bez Agnieszki i Bogusi. Trasa płaska, czysto leśna, nieznacznie piaskowa. Jak tylko ruszyli przed nami, to tumany kurzu wszystko zasłaniały. Jacek wypruł jakby biegł na rekord, Marek z Anią bez spięcia, na luźno rekreacyjnie i wspólnie w dobrym czasie ukończyli. Adamowo nie mogło się też obyć bez obecności naszego Adama, no bo tak nie wypada. Tak dla tradycji chciał przebiec kolejne 21km, w końcu to Półmararaton Tradycji (mogłaby być taka kategoria, najszybszy Adam - Adamowa!) I znów tradycyjnie, nieodłącznie z nami ostatnio bardzo często rozbiegani Darek, Kasia, Waldek i Mariusz, no i skład prawie cały, a jeszcze córki Bogusi i Darka może przyszłe biegaczki, teraz jednak wolały nam z boku pokibicować. Darek biegł od początku do mety tak mocno, jak zwyczajowo biega połówki, jakby w ogóle nie hamowało go te 30 stopni w cieniu. Za to mnie spowalniało, resztki tłuszczu ze mnie wypalało, aż skwierczało, do tego kurzu do łykania, było aż nadto. Za to wielkie dzięki młodzieży za aż 6 postojów z izo i wodą, za każdy kubek tak sprawnie przez nich podawany i za to, że ktoś musiał po nas las usprzątnąć. Kilometry wydawały się jakoś przy krótko odmierzone, albo gps wariował, za to ostani km coś był przydługi. Goniłem Darka, naiwnie myśląc, że może przysłabnie i myślałem o reszcie Bobrów, by tego samego co ja nie robili. Spokojny byłem o Adama, jego duże doświadczenie i zawsze rozważne tempo, na pewno go nie zmorze. Martwiłem się bardziej o Mariusza, Waldka i Kaśkę, bo choć dobrze ostatnio trenowali, to w takich warunkach nie biegali i żeby tylko nie szturmowali i broń Boże przysłabli. Obawy były bezpodstawne, na mecie najgorzej z nich wszystkich ja wyglądałem, a czasy ich były dużo lepsze niż zakładałem. Mariusz pobił swój rekord nawet o 3 min. i finiszował wyprostowany, suskami, jakby w ogóle się nie spocił i nie zmęczył. Dobrze że jednak nikt nie robił zakładów i nie stawiał na mnie pieniędzy, że będę przed Darkiem. Tym razem on był czarnym koniem i wygrał w imponującym stylu i super czasie, jak na warunki które panowały. Waldek z Kaśką dobiegli razem, również jakby w ogóle niestyrani. Wszyscy owacyjnie byliśmy witani przez resztę bobrowej drużyny i po nazwisku zapowiadani na mecie. Dawno nie czułem się tak utytłany. Na szczęście strażacy puścili wodę z węża. To nic że lodowata, z 10 min. z błogością się kąpałem. Dalej w planach naszych był skromny, niedługi piknik. Tymczasem organizatorzy nam to sami z dużym rozmachem zapewnili. Tradycyjnie ruszty, kiełbasy, steki, kaszanki, no i pieczony dzik. Musiałem go spróbować, by tak jak Darek, (smakosz tego mięsa ;)) czerpać siłę i biegać jak dziki;) Wręczanie nagród się wydłużało, za to nam i nikomu jedzenia i innych napojów nie brakowało. Katarzyna już też tradycyjnie wskoczyła na podium w postaci pieńka na drugie miejsce, w swojej kategorii - wielkie gratulacje! I bardzo oryginalna nagroda: domowa nalewka z paczkami żółtego serka pod zagrychę :) Dobrze, że Agnieszka nakłaniała mnie by zostać do kategorii drużynowych, bo na forum z pompą, ex aequo 5 z 6 miejscem zajęliśmy. Wielka radość z nas biła. Już dobrze po zmierzchu było, a impreza dopiero na dobre się rozkręcała. Muzyczkę szafa na full zapodała, zasilanie oświetlenia straż pożarna zapewniała. Środek polany otoczony zastawionymi stołami, cokołem lasu wokół zasłonięci, biesiadowania i tańców czas został rozpoczęty. Tak już tradycyjnie w Adamowie :). Nie powiem opierałem się jak mogłem, by nie porwać się muzyce ;/ Aż wszyscy drużyną wspólnie na leśny parkiet ruszyliśmy. Oj powyginaliśmy się i potańcowaliśmy z innymi biegaczami i strażakami ;*) Królowały obertasy, kręciołki i wygibasy. Tak się bawi! Tak się bawi, a nie tylko biega Bobrów Drużyna! I tak można by pewnie było hasać do białego rana, ale niestety wybiła północ i dla nas kopciuszków okopconych dymem z paleniska i zakurzonych pyłem klepowiska, była już najwyższa pora wsiadania do karet. Organizatorzy próbowali zatrzymać, tanie noclegi oferowali, ale dla nas i tak wystarczająco dużo zrobili. Stworzyli niepowtarzalny klimat i atmosferę - na medal! Za to wielkie wszystkim dzięki i Wam Bobrom za super zabawę. Zostają wspomnienia jednego z lepszych biegów na jakim byłem i całej wokół niego otoczki. Wytańcowane gnaty, następnego dnia, też pamiętały:)
MarcinD

Półmaraton w Adamowie to kolejna impreza biegowa, która była dla mnie prawdziwym świętem, najlepszym spędzeniem czasu. 
Nie wiem czy radość z tych biegów pozostanie we mnie czy zginie, ale obserwując swoich kolegów - starych bobrów :) raczej nie powinna. Dla nich też te biegi są radochą, chociaż biegają od wielu lat.
Chyba w tym wszystkim chodzi o tego bakcyla, robaka, którego się łapie zaczynając biegać. Darek tak mówił właśnie, że się łapie tego bakcyla :) i już koniec.
Szczerze powiedziawszy zwalanie na jakiegoś bakcyla wydawało mi się śmieszne. Ale obiektywnie trzeba przyznać, że jakieś COŚ, niewytłumaczalne, popychające do wysiłku, rywalizacji - istnieje !, więc czemu nie nazwać tego bakcylem :) To chyba on, ten bakcyl zaraża umysł i ciało. Kiedy biegnąc resztkami sił mówisz sobie - nigdy więcej, on karze ci zaraz po przekroczeniu mety myśleć o następnym biegu :) Ten robak to jedno, ale jest jeszcze coś, a raczej ktoś, a raczej ktosie :) Ludzie z którymi biegasz. Oni są motywatorem, bakcylem. Z nimi jeździsz na zawody, przeżywasz każdy start, wynik, zmęczenie. Oni biegną z Tobą, czują podobnie, rozumieją co to porażka, słabość, rekord. Dlatego wśród nich czujesz się dobrze. 


I tak było teraz, w Adamowie. Była nas spora grupa, wszyscy przyjechaliśmy w jedno miejsce, żeby się spotkać, pobiec, pobawić.I wszystko się udało.
Kto nie był, niech żałuje. Bawiliśmy się świetnie. Każdy z nas pobiegł lub poszedł jak potrafił najlepiej. Dla mnie ten bieg nie był trudny, nie był wycieńczający, nie miałam kryzysu, nie narzekałam na pogodę, chciałam biec, mijać kolejne kilometry i poczuć zmęczenie. Po to przyjechałam. Zmęczenie ustąpiło od razu po kąpieli pod wężem strażackim :) A sił jeszcze nam wystarczyło na tańce :) Kilkanaście super fajnych bobrów w jednym miejscu :) Żeby opisać to wszystko co się działo musiałabym 5 metrów kartek zapisać. 
Na pewno jest to bieg , który zagości w moim kalendarzu na stałe. Wiekszosc Bobrów tam była, wiec wie o czym mówię :) Taka gościnność jak w Adamowie jest rzadko spotykana. Prostymi środkami zapewnili super atmosferę. Niczego nie zabrakło. Woda, oznakowanie trasy, pieczone mięsa, kiełbaski, kompot z truskawek, soki, piwo, izodrinki, muzyka !!!, tańce. Medale piękne, ręcznie robione. Statuetki również. Gra na bębnach :). Nagrody niekonwencjonalne ( ser żółty i pół litra :). Wszystko to było zrobione dla nas, żebyśmy czuli się swobodnie.

A my Bobry jesteśmy po prostu fajni, umiemy się bawić i sami wnosimy dużo energii do takich imprez. Wszędzie nas znają rozpoznają , pozdrawiają. 
Tylu żółtych w jednym miejscu :). Dobrze mi wśród Was Bobrów. Teraz z Wami bieganie ma smak prawdziwy :) A dziewczyny Bobrowe jakie fajne, konie można kraść z nimi :) do tańca i do różańca. Mam nadzieje, że na Biegu Bobra pobawimy się znowu razem. 
Resztę ma opowiedzieć Marcin :)

Pozdrawiam
Kasia.

Półmaraton Skierniewice
2015.06.27

Czas 1:41:50 miejsce 56

NOCNY MAREK
dodano: 2015.06.28

Nordik 5km:
5m. 00:35:44 Sylwia Rejmentowska 
13m. 00:41:23 Agnieszka Paź 
14m. 00:41:36 Magda Kur 
20m. 00:44:07 Bogusia Gotowiec
Bieg 10km:
47m. 00:41:35 Marcin Dymiński
61m. 00:42:55 Darek Gotowiec
66m. 00:43:31 Leszek Stępień
108m.00:46:02 Jacek Paź
188m.00:49:51Kasia Marcinkiewicz
226m.00:51:26 Waldek Zdunek

II Bieg Nocny Marek jeszcze mocniej uwydatnił, jak trafionym pomysłem jest właśnie taka podwieczorna impreza biegowa. Zawsze to chłodniej i bardziej w porze treningowej zwyczajnego biegacza. Bardzo się cieszę na każdy taki start w okolicy, w tak licznej obsadzie bobrowej. Dzielnie powalczyły nasze zawodniczki na 5km nordik, (Sylwia była piąta - wielkie gratulacje), a miały mocną konkurencję i każdy z nas biegaczy wycisnął z siebie wszystko. Na dobre wyniki złożyła się szybka trasa, świetna pogoda, (lekki chłodzik, a nie ulewa jak w tamtym roku), super atmosfera i wzajemna motywacja. Obecność ponad 400 biegaczy, pozytywnie zaskoczyła mimo wszystko przygotowanych organizatorów. Po biegu na krytej hali, na sztucznej trawce zawsze emocjonujące wręczanie i losowanie nagród. Niestety nikt szczęścia, jak to w lotto nie miał, ale za to Kasia zajęła podium w kategorii samorządowców, a my jako drużyna uplasowaliśmy się na 7 miejscu. No i ubiegłem nowy rekordzik, taki miły dla mnie tego wieczora akordzić. 
MarcinD

Cross w Krubinie
dodano: 2015.06.22
wyniki:

Ela Rosa 54.33 K 51-60 / 1
Leszek Rosa 54.34 M 51-60 / 7
Waldek Zdunek 55.57 M 41-50 / 32
Kasia Marcinkiewicz 55.57 K 41-50/ 2

Kolejna, tym razem letnia, edycja wieliszewskiego crossingu zgodnie z przewidywaniami udała się doskonale. Na trasę jak zwykle wyruszyli rowerzyści i biegacze. Tym razem było też kilka biegów dla dzieci.
Do Wieliszawa pojechaliśmy z Kasią, a na miejscu mieliśmy spotkać się z Elą i Leszkiem. Rozglądaliśmy się za nimi przy odbiorze numerów startowych i podczas rozgrzewki. Niestety nigdzie ich nie było. Spotkaliśmy za to kolegów, stałych bywalców wieliszewskich crossingów, Darka Króla i Grześka Chojnackiego. Trochę zasmuceni faktem, że będziemy jedyną parą Bobrów w Wieliszewie zaczęliśmy zmierzać w rejon startu. A tam, ku naszemu zaskoczeniu, jak zwykle uśmiechnięci Ela i Leszek. Okazało się że przebiec dyszkę to dla nich za mało, dlatego wcześniej zrobili sobie przejażdżkę 20 km rowerem.
Start zaplanowany na godzinę 12:00 opóźnił się o dobre kilkanaście minut z powodu ostatnich, docierających do mety rowerzystów. Przyjechali jako ostatni ale w nagrodę witał ich szpaler wiwatujących biegaczy, bijących brawo i szykujących się do startu.
Zaraz po finiszu ostatniego rowerzysty, Wójt Wieliszewa przywitał nas i opowiedział o trasie a następnie dał sygnał do startu. Ruszyliśmy naszą czwórką razem i przez większość trasy tak się trzymaliśmy. Ela ustalała tempo a Leszek pełnił rolę przewodnika i opowiadał co nas za chwilę czeka i czy to już był najgorszy fragment trasy. Kasia sprawdzała czy trzymam się jeszcze przy tym tempie a ja myślałem kiedy będę musiał zwolnić.
Pierwsze dwa kilometry prowadzą piaszczystymi, można by rzec pustynnymi, drogami wśród nadnarwiańskich łąk. Biegniemy w tumanach kurzu, a pogoda od rana zmienna z dużą ilością chmur i chłodnymi porywami wiatru nagle stabilizuje się a słoneczko świeci ile ma sił. Teraz trasa skręca na 2,5 km do lasu, gdzie drzewa dają cień a powietrze nie jest takie gorące, za to mamy trochę niewielkich górek i dołków, jak to na crossie :) Nasza czwórka cały czas trzyma się razem i utrzymuje wysokie jak dla mnie tempo. Po wybiegnięciu z lasu mamy około 0,5 km asfaltu a potem trasa skręca znowu między przepiękne wieliszewskie łąki. Szkoda że nie mogę nacieszyć się tymi widokami, bo droga już nie piaszczysta, ale teraz nierówna. Trzeba patrzeć pod nogi. Pod koniec siódmego kilometra daje o sobie znać mała ilość biegów w słońcu i wysokiej temperaturze. Musimy z Kasią przejść na chwilę do marszu. Chciałbym iść dłużej, więcej odpocząć, ale Kasia mówi biegniemy, bo nas przegonią ci z tyłu. Nie mam wyjścia, biegnę. Na siódmym kilometrze punkt z wodą daje okazję do jeszcze jednej chwili odpoczynku. Ale tylko chwili, ruszamy dalej. Na ostatnim kilometrze, po prawej stronie w oddali widać już metę. Z Kasią postanawiamy razem przebiec linię mety ale wcześniej wyprzedzić jeszcze kogo się da :) . Na 300 metrów przed metą podbiega do nas z przeciwka Grzesiek i zachęca do szybszego finiszu, opowiadając jaki pyszny posiłek czeka po biegu :). Postanowił, zgodnie z zasadą Marcina, wybiec po kolejnych finiszujących Bobrów aby dodać im energii i zapału na tych ostatnich metrach. Tuż za linią maty witają nas uradowani Ela z Leszkiem, przybijamy piątki, cieszymy się ze wspólnego biegu, śmiejemy i wymieniamy naszymi odczuciami. Jest naprawdę fajna przyjacielska atmosfera.
Posiłek faktycznie jest dobry, makaron z mięsem i sosem pomidorowym, arbuzy, ciasto, woda z cytryną, kawa, herbata i to tyle, że ani rowerzyści ani szybsi biegacze nie zdążyli jeszcze zjeść wszystkiego :) A trzeba zaznaczyć, że za wieliszewskie crossingi nic się nie płaci.
Na koniec duma z naszych dziewczyn na pudle. Ela dwa razy, za drugie miejsce w swojej kategorii MTB 20km i pierwsze w biegu głównym 10km a Kasia drugie miejsce w swojej kategorii w biegu głównym 10km
Podsumowując, wieliszewski crossing to jak zwykle świetna atmosfera, niezwykle ciekawa, malownicza i za każdym razem inna trasa, doskonała organizacja i przede wszystkim okazja do wspólnego biegania.

Pozdrawiam
Waldek 

3 PÓŁMARATON RADOMSKIEGO CZERWCA "76
                                                                                        dodano 2015.06.21

Wyniki:
Marcin Dymiński  01:35:04 !!!! NOWA ŻYCIÓWKA  GRATULACJE !!!
Ryszard Mazurek 01:38:12
Adam Lipiński      01:56:07
Andrzej Białek    01:59:42 


To był już III Półmaraton Radomskiego Czerwca na pamiątkę strajków i dramatycznych wydarzeń z 1976 roku. Dobrze, że przez takie imprezy sportowe przypomina sie szczególnie młodszemu pokoleniu, kiedy to przez drastyczne podwyżki cen, ludziom nie starczało środków na podstawowe produkty i tłumnie postawili się ówczesnej władzy. Mnie do wystartowania w tym półmaratonie skłoniła właśnie cena - niska opłata.
Następnie, najlepsze niespodzianki na takich biegach wychodzą wtedy, kiedy niczego się nie spodziewasz, nie oczekujesz, po sobie i po organizatorach, Bóg wie czego :) Po prostu chcesz ukończyć, bez napinki, bez grubszego planowania. Nie czułem się tego dnia wypoczęty i jakiś byłem poprzykurczany, nierozciągnięty. Nawet jakoś pogody nie dało się przewidzieć i nagle wszystko w trakcie trasy spasowało. Jak się nie ma liczyć co na siebie, to się polega na przyjacielu. Rysiu ciągnął mnie od samego początku i dyktował tempo jak z automatu. Jemu nie potrzeba gps-u, wyznacznikiem jest samopoczucie. Jak ja to mówię, biega sercem. Więc i ja wsłuchałem się w siebie i uwierzyłem. To co czułem przed biegiem to byłu tylko chwilowe słabości drzemiące bardziej w głowie, a odpuszczanie tempa w tej formie jakiej jestem to tylko przejaw przesadnej tkliwości. Umiarkowana temperatura, ciekawa kręta trasa, deszczyk po drodze na otrzeźwienie i przede wszystkim w pełnej dyspozycji mój peacmaker Rysiek. To wszystko zagwarantowało mi osobiste zwycięstwo na mecie. W życiu mi tak kilometry szybko nie upływały. Kto wie może polubię te półmaratony. Długo nie mogłem uwierzyć, poprawiłem porzedni rekord o 3 min. Z wrażenia pierwszy raz, po biegu patrzyłem na posiłek regeneracyjny jak sroka w gnat i z zapowietrzenia tknąć nie mogłem. Chłopakom też dobrze poszło. Rozluzowani jak na zdjęciach widać, wbiegli na metę na rześkich nogach. Choć nieco bardziej przemoknięci, za to jacy uśmiechnięci. Adaś miał nawet przygodę po drodze, ale lepiej niech on o tym opowie:) Z kolei Andrzej trzymał się Adama i zakładany swój czas poniżej 2 godzin, jak w zegareczku uharatał. Ogólnie trasa, atestowana, super oznakowana, woda co prawie 2km, poza ładną koszulką techniczną, powiększony pakiet startowy o ręcznik, izo i dwie szklaneczki, a na mecie fajny medal. Wszystko za 30zł. Można taniej...można! Kto nie był - polecam!
MarcinD 

Triathlon Płock 2015
                                                                                  DODANO 2015.0617
Kamil na pudle !!!  .......czekamy na relację

zdjęcie ze strony NASZE MIASTO

Sztafeta Maratońska Ekiden 
dodano: 2015.06.15


Pierwsze wrażenie.
Bardzo ekscytująca impreza biegowa.Tak mógłbym napisać w jednym zdaniu o biegu w Białymstoku. Jednak pokrótce opiszę, bo zawody godne polecenia. Punkt pierwszy: inicjatywa mająca szczytny, charytatywny cel; zebranie środków dla nieuleczalnie chorych dzieciaczków, którym nie dane jest tak hasać jak nam, a z naszej strony, być może swoim symbolicznym wkładem wywołać uśmiech na twarzy, badź ulgę w cierpieniu. Punkt drugi: zebrać około 140 rozmaitych sześcio-osobowych drużyn, wydać im fajne pakiety.
Rozgościć na pięknej parkowej trasie wokół Pałacu Branickich, w centrum zabytkowego miasta. Ubarwić emocjonującą reakcją prowadzących, kibiców i porywającą muzyką (hit za hitem).
Nasza bobrowa obsada.
Jak zawsze wyjątkowa. Podaję kolejności w jakiej startowaliśmy: 
Mariusz Michalik Easy Raider, zwany też Szybkim Lopezem, zależy w jakim jest nastroju, przewodni topografista i tropiciel, wielbiciel schabowego z kapustką. 
Darek Gotowiec urodzony Ultras-Gotowy, człowiek po którym nie widać zmęczenia, jakby biegał od niechcenia i zawsze na wysokim poziomie, wielbiciel swojskich kiełbasek i dziczyzny.
Marcin Dymiński, El Capitano, zwany Nieśmiałym Zadymiaczem, zachodząca gwiazda muzyki disco polo, skutecznie poskramiany nawet przez niedługie dystanse, a niepoprawnie marzący o ultrabiegach, wielbiciel wszelkiego jedzenia, byleby smacznego i w dużej ilości.
Kasia Marcinkiewicz - Muzykantka, dusza towarzystwa, wschodząca gwiazda polskiej muzyki biesiadnej i wielbicielka regionalnych kulturalnych występów, uśmiech u niej w trakcie biegu to podstawa, wielbicielka szarlotki własnej roboty. 
Waldek Zdunek, jako Waleczny-Waldemar-Bandama (bo twarzowo mu w bandamce na głowie), wschodząca gwiazda polskiej lekkoatletyki, osobowość niezłomnie pogodna nawet w niepogodę, wielbiciel ciasteczek swojej żony. 
Mariusz Koperski, zwany Koperkiem, Fides at Ratio (tj. wiara i rozum) rozsądnego biegania, historyk sztuki i kulturoznawca, wielbiciel kebabów i młodych ziemniaczków z koperkiem.
Punktualność. 
Wszyscy byliśmy na czas w punktach odbioru, gdy Mario pokolei ładował nas do swego samochodu w kierunku na Tłuszcz. Potem przesiadka do Bobrobusa. Dzięki uprzejmości Kamila wypożyczony, a przez Mariusza w trakcie trasy dopieszczony. Pomimo mokrych warunków na trasie, dzięki super-hiper umiejętnościom naszego kierowcy docieramy pod Teatr Dramatyczny w Białymstoku w sam raz (półtorej godzinki wcześniej). W jednym momencie rozpogodziło się. Spokojnie pozwiedzaliśmy, śniadanie w knajpce zjedliśmy, numery startowe w odpowiedniej kolejności do startu przypieliśmy i kiedy odebrałem pałeczkę z chipem dla drużyny zostało tylko w napięciu oczekiwać startu. Przez cały czas z głośników rozbrzmiewały takie dynamiczne hiciory, że rwało mnie do biegu i do tańca, więc podrygiwałem i wypalałem energię ;) 
Szybkość. 
Pierwszy startował Mario-Szybki Lopez, w założeniu na 37 minut. Tylko ruszył, a znienacka naszły chmury i polało jak z przerwanej wodnej rury. Jedynie 34 minuty zmagał się na trzech pętlach nasz Easy Raider uważając przy tym, aby tylko nie wyłożyć się na śliskich odcinkach. My, w tym czasie zespołem ściśnięci pod parasolem w strefie zmian, szczerze współczuliśmy Mariuszkowi, że taka pompa z nieba mu się trafiła. Telebim wyświetlił, że zbliża sie do zmiany. Pod groźbą dyskwalifikacji, należało biec zgodnie z porządkiem numeracji na koszulkach. Tym co biegli deszcz zmył numery. Mój też trzymał się ledwo na włosku. Dobrze, że sędziowie przymkneli oczy. Szybki jak Lopez, więcej jak Bolt finiszował nasz Mario, przekazując zadowolony pałkę z chipem Darkowi. Ten wycina i gna jak najszybciej byleby uciec przed nadchodzącym słońcem, które przez 45min jego mocnej walki osuszy deptaki. Oczekuję go w sporych emocjach, bardzo skręcony i roztańczony. Nasz ultras Daro dobiega do mnie jak zawsze z wielką klasą. Kiedy tylko przejmuję pałkę od niego jak z kolców w blokach na 100m wycinam do przodu, lecz szybko puchnę za pierwszym zakrętem na lekkim podbiegu. Po drugim okrążeniu już zdycham, ledwo wentyluję i się przytykam;). Co jest? Przecież dyszka to moja specjalność, a ja ledwo tempo utrzymuję. Biegaczka w różowym stroju ostro na mnie krzyczy: za wolno, przyspiesz, 20 sekund masz straty:). Więc na każdym okrążeniu widząc ją i swoich żywo kibicujących Bobrów nadludzkim wysiłkiem przyspieszam tylko na ten czas na maxa, kiedy mnie widzą, a potem padaczka:) Głównym powodem takiego stanu rzeczy, był parów jaki powstał po deszczu i mój śmiertelny wróg - głód:). Na gorąc pomagają na chwilę kurtyny wodne i podawana woda. Czasowo była to moja najsłabsza dycha w ostatnich startach, ale wyminąłem na swojej zmianie z 20 osób, więc z ulgą oddałem pałeczkę zwartej i uśmiechniętej do lotu Kasi. Zdążyłem jeszcze resztką sił rzucić słowo, by biegła pierwszą rundkę wolno, bo przytyka. Prowadzący przez mikrofon żywiołowo komentował każdą zmianę, w tym szczególnie naszej bobrowej drużyny. Ja z wyjątkowym medalem dowlokłem się na trawę i ległem zraszany przez szlauf dziurawy:) Tymczasem nasza Muzykantka- Kasia, biegła jak natchniona, a zarazem z rozsądkiem jak na pogodę przystało. Z nieba żar,ale Kasia mocno ciągnie z nieodłącznym uśmiechem. Zanim wystartuję się, wszystko dłuży się. Wygląda się i z troską wyczekuje, a każdy z nas co biegnie stara się mimo kryzysów o jak najlepszy czas do końcowego rozliczenia. Waldek stoi już opanowany i gotowy do piątej zmiany. Ustawia sobie ostatnie poprawki w telefonie, (w programie endomondo), by narzucić sobie odpowiednie tempówki w trakcie trasy :) Bandama na czoło, pałka od Kaśki i już pędzi na czoło stawki. Po jego opaleniźnie widać, że w słońcu biega mu się najlepiej, coś jednak strzela mu w nodze i czuje, że go to hamuje, ale nie daje po sobie poznać. Mimo kryzysu wykręca dobry wynik. Ostania zmiana, chyba natrudniejsza dla zamykającego naszą sztafetę, Mariusza-Koperka, bo nadłużej w napięciu wyczekiwana. Przez ten czas troszkę zdążył pozwiedzać, z dziewczynami ubranymi w regionalne stroje zdjęcie zrobić sobie i od samego patrzenia na wysiłek biegających rozgrzać się do maksimum. Jak tylko przechwycił od pogodnego Waldka pałeczkę, wyciął takim sprintem do przodu, że aż tłum wraz z nami dygnął, a spiker zakrzyknął. Włączyłem stoper i zaczeliśmy obstawiać jaki zrobi czas. Pomimo niewielu treningów nie miękł nawet na drugim okrążeniu, więcej przyspieszył i jakże nas i siebie ucieszył wbiegając susami na metę poniżej zakładanego czasu. Trójka Kasia, Waldek, Darek dzień wcześniej biegali w Sulejówku, więc mieli taryfę ulgową i mieli się nie napinać. Mieli, a gnali jakby ich z procy wystrzelił :)
Siła w drużynie. 
Nasza ekipa Bóbr Tłuszcz pierwszy raz brała udział w takich zawodach sztafetowych. Ku naszemu zaskoczeniu uplasowaliśmy się na 25 miejscu na blisko 140 drużyn. Łączny wspólnie wywalczony czas to 03:26:44, czyli dla każdego z nas taki rekord w maratonie godny marzeń :)Radość i duma nas rozpierała! Fantastyczna zabawa, integracja, siła, moc i zaangażowanie. Dziękuję Wam Bobry za wspólny bieg wzmaciający przyjacielskie więzi. Jako kapitan jestem wielce usatysfakcjonowany waszym występem.
Koc-ing - czyli polegiwanie na trawie (zwykle na kocyku). Rozłożyliśmy się w parku kosztując pyszne ciasto Kasi, ciasteczka Waldka i zakupione przez niego tatarskie specjały. Na pragnienie mieliśmy smakowe napoje własnej roboty;). Kasi nie można było oderwać od tańców i śpiewów lokalnych zespołów, Koperka od historyczych dzieł sztuki:).Trochę sesji zdjęciowych, trochę rozchodzenia po pałacowych ogrodach i leniwie należało się zbierać do powrotu. Jak śpiewająco pobiegliśmy, tak też wracaliśmy rozśpiewani w repertuarze polskiej muzyki rozrywkowej i ponownie dzięki Easy Raider-owi, droga do domu upłynęła nam równie szybko, jak cała sztafeta biegowa.
MarcinD
wyniki:
7,195km 00:34:42 Mariusz Michalik
10km 00:45:56 Darek Gotowiec
10km 00:45:14 Marcin Dymiński
5km 00:25:10 Kasia Marcinkiewicz
5km 00:26:46 Waldek Zdunek
5km 00:28:56 Mariusz Koperski
Łącznie 42,195km 03:26:44

BIEG MARSZAŁKA
dodano: 2015.06.15
Bieg Marszałka w Sulejówku. Wszyscy zachwalali. Marcin straszył, że zawsze tam upał straszliwy. Na miejsce dojechaliśmy z Waldkiem po niewielkim błądzeniu. GPS uparł się że zawiezie nas do Halinowa :) Odebraliśmy pakiety, spotkaliśmy Agnieszkę, Bogusię, Jacka i Darka. To nasz skład na bieg !!!
Nastawienie miałam bardzo dobre. Psychika tym razem na 5. Gotowość do walki była, a konkretny cel – pobiec poniżej 50 minut. Impreza rozpoczęła się marszem pod pomnik marszałka Piłsudskiego. Taka tradycja od lat. A że słabość do orkiestry wojskowej mam, maszerowanie tuż za orkiestrą dawało mi duża frajdę. Bogusi i Agnieszce też, bo oprócz słuchania postanowiłyśmy wybrać jednego ładnego grającego pana z trąbą i się z nim sfotografować :) Telewizja, osobistości, lokalne władze miały swoje 5 minut. 
Ruszyliśmy spowrotem na metę. Ostatnia fotka i start. Mieliśmy do przebiegnięcia 3 pętle po około 3,3 km. Nie znałam trasy. Pierwsza pętla jakoś zleciała. Oglądałam trasę w poszukiwaniu drzew. Gdzieniegdzie rosły niewielkie drzewka. Można było wtedy zaobserwować jak sznurek biegaczy nagle kieruje się w stronę chodnika, żeby chociaż przez chwile znaleźć ulgę w cieniu. Waldek tym razem mnie nie ciągnął. Upał i jemu dawał się we znaki. Ze dwa razy czekałam na niego ale kazał mi biec, wiec go porzuciłam i zostawiłam :( Cały mój bieg to walka umysłu z ciałem a raczej upałem. Mózg był w porządku ale ciała nie pokonał. Organizatorzy zadbali o wodę, były kurtyny wodne i dodatkowo ludzie ze swoich posesji polewali nas wodą. Ale ulga była na chwilę. Potem znowu żar. Dystans w pewnym momencie pokonywałam metoda Galloweya :) bieg i kilka kroków w marszu. W tym czasie oglądałam się gdzie jest Waldek, gdzieś z tyłu migała mi żółta koszulka więc żył. Z przodu widziałam z daleka Jacka. Niestety Darka nie, ale cieszyłam się bo znaczy ze miał siłę.
Świadkiem mojej metody biegu i marszu był uśmiechnięty biegacz, którego mijałam, a potem on mnie :) Po kolejnym razie z uśmiechem na ustach zapytał, czy robię interwały :), na co mu odpowiedziałam że tak :) W biegu pomagali kibice, Agnieszka z Bogusią także zagrzewały do boju. Jeszcze czekał mnie ostatni odcinek. Po wbiegnięciu na stadion, oczekiwałam zaraz mety, a tu się okazało że do mety jeszcze ze 400 m, no i tym zachwycona nie byłam :) ale cóż, koniec końców udało się w tym upale cielsko dostarczyć na linię mety. Tam już czekali wszyscy oprócz Waldka i Jacka, który po drodze zgubił medalik i poszedł go szukać. Nagrodą za trud trasy był przepiękny medal. 50 minut nie złamałam ale zmartwiona tym nie byłam. Ogólnie cała atmosfera biegu przebiła wszystko. Pomimo upału. Po biegu w planach było jedzonko no i zwiedzanie dworku. Niestety Waldek został wezwany do pracy. Chciałam przyłożyć i Waldkowi i jego dyrektorowi, ale przyłożyłam im tylko w myślach :) Zwiedzanie dworku musi poczekać do następnego roku. Żeby zrekompensować sobie szybszy wyjazd z imprezy zjadłam dużo kanapek ze smalcem :) i odchudzanie szlag trafił.
Ale impreza przednia. Klimat. namioty, stoły, jedzenie. Dekoracja. No i marszałek Piłsudski, on był najważniejszy w tym dniu.


Wyniki

Darek Gotowiec 43.51 M40/22
Jacek Paź 51.57 M 40/62
Kasia Marcinkiewicz 52.49 K40/4
Waldek Zdunek 53.34 M50/26

Maraton Mazury
dodano: 2015.06.14
Upał i przepiękne mazurskie klimaty. Ciekawe, co opowie nam Janusz...

 5 CROSS MARATON NAD PILICĄ
                                                                                    dodano 2015.06.08.



Słońce daje życie… i zabija. Nas uczestników 5 CROSS MARATONU wytapiało z każdym kilometrem. Zabierało moc, chęci i oddech. Las, który daje rześkość i świeżość, dziś wyzwalał ze ściółki, liści, pyłków takie ilości gorących, eterycznych zapachów, że aż się w głowie zakręciło. Pierwsze z trzech kółek poszło przyzwoicie, na drugim mimo uzupełniania płynów zasychało w gardle. Tym samym zagęszczało ilość i tak krótkich oddechów. Sporą cześć trasy półmaratonu pokonałem z Maksymilianem, który okazał się zakonnikiem z położonego nieopodal klasztoru Braci Mniejszych Kapucynów. Razem wbiegamy na metę, na której czeka medal i Magdalena, która kibicowała i robiła zdjęcia. Po biegu podwieźliśmy Maksa pod klasztor, a sami pozwiedzaliśmy okoliczne atrakcje w Spale i Inowłodzi. To mój drugi start w tym biegu… miło mi się tu wraca, tym bardziej, że po biegu okolica zachęca do zwiedzania.
                                                                                                      Z biegowym pozdrowieniem
                                                                                                                                                                                                                                                                            rycho                                              
                                                                               

 Link do zdjęć
https://drive.google.com/open?id=0B9lV6Cp-sMP-fmxvaWVLREVoaW4xR0FkbW1CU0ZJcGhxWTJQWlVBdTNfQTQ3anVPSG42bk0&authuser=0

Wyszkowska Piątka na Piątkę
dodano: 2015.06.07
>>>galeria Facebook<<<

Na bieg skusiła ostatecznie mnie perspektywa jazdy na motorze Mariusza :) Ze swoim tatą jakieś 30 lat temu jeździłam na MZ etce i wspomnienie miłe pozostało. W tą niedzielę miało ożyć znowu. 

Niedziela przywitała upałem, ale ja zgodnie z instrukcją Mariusza zaopatrzyłam się w kurtkę przeciwwiatrową i długie spodnie.
Mariusz to niezwykle punktualny człowiek. Jak umawiasz się z nim na 8, spokojnie o 7.45 możesz wychodzić. On już czeka. Zawsze jest wcześniej:)

Jazda na skuterze na początku wzbudzała mój lekki niepokój. 
Gdyby nie wzbudzała to byłoby dziwne. Ale szybko przyzwyczaiłam się do pędu powietrza i do dużej prędkości. Nawet powoli przełamywałam lęk na zakrętach i starałam się nie odchylać w druga stronę :) o czym mi Mariusz przypominał :) Dojechaliśmy szybciutko na miejsce. Niedługo dołączył do nas Kamil.
Odebraliśmy pakiety i przebrani jeszcze krążyliśmy po terenie.
Każdy z nas miał swój cel. Kamil w swoim mieście chciał wygrać.Niestety, pojawił się jego rywal, Sylwek, no i szanse na pierwsze miejsce malały.

Mariusz chciał złamać 22 min. i zrobić życiówkę. Ja chciałam sobie jakoś dać radę, tym razem nie wspierana przez żadnego Bobra :) Mówiłam Mariuszowi że się nie spinam, że na luzie biegnę, ale on kilka razy pytał - ale poniżej 25 to chyba masz zamiar? No nie wiem... Jak tak mówi to chyba muszę mieć :) Ale sobie myślę, jak nie zrobię poniżej 25 to też się jakoś wytłumaczę, zwalę na upał i na kilka kilogramów więcej , które noszę :) albo zwalę na przemęczenie bo dzień wcześniej biegałam crosik w Wesołej. Dobrze będzie, jakby nie wyszło - wybrnę jakoś :)!


Przed biegiem zrobiliśmy rozgrzewkę. Potem start i biegniemy. Czekały
nas dwa okrążenia. Upał faktycznie duży ale wody nie brakowało. Po
pierwszym okrążeniu można było napić się do woli. Co też uczyniłam
z ochotą :) Kamil uciekł , Mariusz też biegł szybciej niż ja więc
byłam zdana na siebie. 
I co się okazuje ? ??? Jak Kasia jest zdana na siebie to radzi sobie
całkiem przyzwoicie !!!. Nie ma komu się pożalić, bo nikogo nie ma, nie
ma Rycha, nie ma Waldka, a obcym jęczeć? obciach !! 
Jak się wybiegło trzeba dobiec !, czym szybciej tym lepiej, trzeba
dawać do przodu ! Jak to Rycho powiedział mi na ostatnim biegu -
"Przyszłaś tu żeby biec to biegnij !" Mądry. Ale chyba tak jest. Po to
przyszłam. Żeby biec.

Może całkiem lekko nie było, bo faktycznie upałów nie cierpię ale w
upale biegli też inni, więc szanse podobne. Nie było najgorzej.Nie było
najlepiej. Dobiegłam jak mogłam. Złamałam 25, a nawet 24 :) więc plan
wykonany :)
Chłopaki tez bardzo dobrze dali radę, chociaż niedosyt pozostał. Kamil nie przegonił Sylwka ale II miejsce w open to powód do dumy. Mariusz życiówki nie zrobił ale niewiele mu brakowało wiec jak na takie warunki wszyscy spisaliśmy się wspaniale.
Medalami niestety organizatorzy nie zabłysnęli. Wielkości dwóch złotych medal nie powalił na kolana ale reszta organizacyjnie bardzo sprawna. 
Przebrani czekaliśmy na dekorację Kamila ale z ciekawości poszłam obejrzeć wyniki kobiet. No i radość moja ogromna bo okazało się że wskakuję na trzecie miejsce na pudło. Radocha wielka bo babek było 39 no i 37 wyprzedziłam !!! Biegusiem poleciałam po koszulkę bobrową, coby pięknie sie prezentować na pudle ! :) Rozdanie pucharów też przebiegło bardzo sprawnie i kolejny miły akcent, stojąc na pudle Pan wręczający mi puchar powiedział że lubi Bobry i Tłuszcz i brawo dla mnie ! Wszyscy nas Was lubią ! , bardzo miło widzieć jak ludzie reagują na bobrową koszulkę. Na każdym biegu mam tego dowody. Tym większa moja radość !!!

Odprężeni i zadowoleni mknęliśmy spowrotem do domu na motorku Mariusza.Upojona radością pozbyłam sie całkowicie lęku.
I teraz co mam robić? 
czy biegać na biegach z Bobrami, czuć wsparcie, rozczulać się nad sobą i liczyć na pomoc?
czy biegać samotnie i radzić sobie sama?
To miłe i to miłe.
Co tu robić? :) :) 

wyniki:
Kamil Gajewski - 17.47 ( II open)
Mariusz Michalik - 22.24 ( 14 open )
Katarzyna Marcinkiewicz - 23.49 ( III open K, 18 open )

Bieg Przesilenia na Hipodromie w Wesołej
dodano: 2015.06.06


Jeśli ktoś chce pokonać dość wymagający cross powinien się wybrać do Wesołej na bieg na hipodromie. 
W tym toku była druga edycja. Teren rozległy, z pięknym drzewostanem, przeszkodami dla koni. Trasa biegu trudna, prawie cała piaszczysta, trzy duże podbiegi na jednej pętli. Pętla około 2,5 km. Musieliśmy z Waldkiem pokonać ją 4 razy. Zwykle narzekam że muszę biegać w kółko jak koń w kieracie, ale tym razem przebieganie koło tych samych osób czterokrotnie sprawiało mi radość i dodawało energii, której nie miałam zbyt wiele.
Doping był wyjątkowy ( podziękowania dla kibiców ). Ponadto prowadzący witał imiennie wszystkich na mecie,, dopingował nas również, ponieważ widoczni byliśmy z daleka :) Cześć trasy prowadziła przez las, część po odkrytym terenie. Był upał, ale organizatorzy przygotowali się na 100 %. 
Na początku trasy siedziała pani z wężem i z daleka pytała - lać ? A my zawsze – Lać proszę Pani lać :) ! 
Strażacy natomiast stali na końcówce trasy, u wylotu z lasu, na jakieś 200 przed metą. Oni nie pytali się wcale czy lać :) wąż miał duże dziury i nie dało się go ominąć :), trzeba było przebiec przez strumień wody. W moim przypadku odbywało się to zawsze z wrzaskiem, ponieważ szok termiczny był ogromny, ale za to przyspieszenie też potem duże. Od drugiego okrążenia w miejscu tym była już dość duża kałuża , której przeskoczyć także nie bardzo było można, więc pojawiła się dodatkowa atrakcja, bieg przez błoto. 
Ponadto w lesie, prawie na każdym zakręcie stała młodzież z butelkami wody. Przebiegając metę kolejny raz też można było skorzystać z kubeczka wody. Nawodnienie na 6 !!!. W ogóle wszystko odbyło się wspaniale. 
Na trasie łatwo nie było, upał , bieg po piachu w górę robił swoje, musiałam zatrzymywać się na kilka kroków żeby odpoczywać i móc dać radę. 
Waldek był mocniejszy. Usiłował mówić do mnie językiem Ryśka – Nie jesteś zmęczona , dasz radę :) ale się nie dałam :) i robiłam swoje, czyli czasem zatrzymywałam się na marsz. Waldek podchodził ze mną. Z babą nie wygrasz :) Czasu przez te podchodzenia nie wykroiliśmy rewelacyjnego ale daliśmy radę. Godzina nam się zeszła ale 10 km nie było tylko mniej. 
Najbardziej rozbawił mnie kolega, który cały czas bieg tuż przed nami lub tuż za nami :). On cały czas biegł , a my w marszu odpoczywaliśmy , on nas mijał, potem my ruszaliśmy i go wyprzedzaliśmy :) Za chwilę znowu szliśmy, on znowu nas mijał, potem ruszaliśmy i znowu go wyprzedzaliśmy :) Sytuacja była zabawna, bo trasa wąska, piaszczysta, trzeba było się wzajemnie nagimnastykować :) Dlatego kolega po kolejnym wyprzedzeniu lekko się wkurzył i powiedział żebyśmy biegli albo szli bo ma dość już nas gonić i wyprzedzać :) Ale wszystko obróciliśmy w żart więc atmosfera do końca była fajna. Koniec końców pana zostawiliśmy z tyłu :) Bieg polecam, ciekawy bardzo. Jego trudność sprawia, że się go pamięta.
Oprócz głównego dystansu była również sztafeta i bieg sobótki na 2,5 km, były również biegi dzieci w bardzo wielu kategoriach. Niezwykle budujące jest parzenie na 3 latki które już czerpią radość z rywalizacji i chwała rodzicom, że chcą im to pokazywać.


Medale przepiękne. Po biegu można było zjeść drożdżówki, banany, czekoladę i lody. Spotkaliśmy wielu znajomych, więc była okazja pogawędzić. Nagrody niespodzianki były cenne, jednakże szczęścia nie mieliśmy w losowaniu. Ale za to mamy szczęście do biegania ! Dziękuję kibicom, czułam się jakby stała tam moja rodzina :) 

Ahoj
Katarzyna

Perły Małopolski
dodano: 2015.06.02
W poprzedni weekend wybrałem się wraz z rodziną do Szczawnicy na drugą Perłę Małopolski. Szczawnica położona jest w dolinie Grajcarka, prawobrzeżnego dopływu Dunajca pomiędzy pasmem Radziejowej a Małymi Pieninami na wysokości 440-560 m n.p.m.. Dzień przed biegiem wybraliśmy się do Muzeum Pienińskiego Parku Narodowego gdzie dzieci mogły zobaczyć walory parku, poznać zwierzęta żyjące w parku. Po południu wybraliśmy się na spacer i tak powolutku ruszyliśmy z hotelu. Po kolejnych schodach przez Park Górny dotarliśmy do drogi, która była przyozdobiona taśmami, moja żona wypatrzyła informację, że tędy będzie prowadziła trasa półmaratonu. I tak poszliśmy zgodnie z oznaczeniem, aż trafiliśmy na polanę gdzie można było zobaczyć panoramę Szczawnicy. Po trasie spotkaliśmy osoby, które sprawdzały jeszcze oznaczenie trasy, otrzymałem kilka uwag co do trasy. Pierwszą pętlę należy pobiec spokojnie, pomimo że podbieg jest wyższy ale jednak mniej stromy niż pozostałe, natomiast druga pętla jest trudniejsza. To potwierdzało słowa Leszka, który biegł tutaj rok wcześniej. 
Perły Małopolski są zawodami rodzinnymi, każdy może znaleźć bieg dla siebie i tak było i tym razem. W Parku Dolnym były rozgrywane zawody dla dzieci w różnych kategoriach wiekowych. Na dystansie 300 m wzięły udział moje dzieci, Szymek od samego początku bojowo nastawiony ustawił się w pierwszej linii, natomiast Julka trochę z tyłu. Szymon chyba wiedział że ścieżka jest wąska i najlepiej ustawić się w pierwszej linii ponieważ kiedy sprawdzałem jemu sznurówki wołał żebym zszedł ponieważ blokuję mu start. Kiedy padło słowo START dzieci ruszyły, emocje wśród rodziców wielkie, widzę że Szymon cały czas na przedzie prowadzi całą grupę z dwójką innych dzieci, ale niestety doping mamy, która krzyczy „Szymon, Szymon” spowodował, że zaczął się rozglądać czemu ta mama tak krzyczy coś źle, coś nie tak i tak uciekło pierwsze podium…. Julka dobiegła trochę dalej ale i tak tata i mama byli bardzo dumni. 
Kiedy emocje już opadły związane ze startem dzieci trzeba było zająć się swoim startem, musieliśmy przemieścić się z Parku Dolnego na most, gdzie Grajcarek wpadał do Dunajca ponieważ tam był start i meta. Do tego biegu byłem dobrze przygotowany mentalnie. Wiedziałem, że jest to najtrudniejsza Perła, zgodnie z radami pierwsza pętla spokojnie, bez szaleństw ponieważ druga jest trudniejsza, dodatkowo w sobotę wieczorem padał deszcz, który rozmoczył ścieżki. Dlatego ruszyłem z końca stawki. Tylko Julka przed startem zapytała: „Tato a dlaczego Ty startujesz na końcu?” ,ale to była moja taktyka. Ruszyłem powoli pod górę kontrolując tempo. Gdzieś wyczytałem, że biegi wygrywa się na zbiegach a nie pod gorę. Pierwsza pętla była poprowadzona przez Bereśnik, który od północy górował nad Szczawnicą, po około dwóch kilometrach wszyscy przeszli do marszu pod gorę całkiem żwawo wchodziliśmy, miałem dobre tempo, pomyślałem przydają się chyba schody po których się wspinam idąc do pracy a może tak zacząć chodzić po dwa stopnie? Po czwartym kilometrze zaczął się zbieg, tym razem już buty były lepiej zawiązane i noga nie latała w bucie jak na pierwszej Perle i o dziwo gdzie pod górę udawało się kogoś wyprzedzić teraz większość zaczęła mnie wyprzedzać, jak oni to robią ….. zbieg trwał do 8 kilometra, biegliśmy przez Park Górny, przez część uzdrowiskową Szczawnicy aż do Grajcarka i potem w stronę Dunajca gdzie bieg na 10 kilometrów skręcał na metę a my w lewo na drugą pętlę. Do tego momentu czułem się wyśmienicie i zaczęło się podejście pod Szafranówkę. Teraz była wąska górska ścieżka pełna błota, które przyklejało się do butów i powodowało że trzeba było jeszcze więcej sił włożyć w kolejny krok. W połowie 12 kilometra zaczął się ostateczny atak na Szafranówkę (741 m n.p.m), nachylenie zrobiło się duże, nogi coraz cięższe, ale udało się zdobyć górę. Pomyślałem sobie jaką mają moc Himalaiści, którzy zdobywają ośmiotysięczniki niebywałe. Teraz trasa prowadziła po szczytach Małych Pienin, mogłem zobaczyć z góry Kościół obok którego mieszkaliśmy. Teraz każda górka to już podejście i tak do 15 km. Tam po punkcie odżywczym zaczął się zbieg Doliną Jarmuta. Nogi zaczęły pracować i znowu zrobiło się ślisko, ale na zbiegu już mi to nie przeszkadzało i coraz więcej wody. Gdzieś w połowie 16 km biegliśmy już w potoku i tak przez kilkaset metrów woda i kamienie, studzenie nóg wyśmienite. Po tej odprężającej przebieżce w potoku znowu zaczął się podbieg, nogi automatycznie przeszły do marszu jakbym zaciągnął hamulec, górka zdobyta i zbieg, nogi już mocno bolą i teraz na zbiegu mam nową technikę, biegnę od lewego do prawego. Na 18 km jest ostatni podbieg na szczęście, na zbiegu dogania mnie biegacz i pyta o Bieg Bobra w Tłuszczu i tak razem wzdłuż Grajcarka biegniemy na metę. Mnie już łapią skurcze, ale staram dotrzymać kroku „sąsiadowi” z Łomży. Tuż przed metą Szymek mnie wypatrzył i razem przekraczamy linię mety. Bieganie po górach jest ciężkie, ale widoki są przepiękne i nie do opisania.

Leżajski Bieg Zośki
dodano: 2015.06.02

                                 SADOWNE
                                                                                       dodano 2015.05.31
II Bieg ku czci Błogosławionego Edwarda Grzymały.... wspaniała trasa,słoneczna pogoda i nastroje ,Kamil na pudle..... oj działo się....

Bieg w Sadownym to swojska impreza, klimat rodzinny, niewielu biegaczy, kiełbasa z grilla...
Trasa przepiękna, wiodąca prawie całkowicie przez las. Kilka solidnych podbiegów, dość długie odcinki piaszczyste. Trasa miała niecałe 10 km. Z pomiarów około 9 300.
Biegło mi się trudno, ostatnio ciągle biega mi się trudno :) wyzdrowiałam, noga trochę boli ale nie za bardzo, a mimo to nie mogę nabrać rozpędu, a może nie chcę? Może chce mi się na spokojnie teraz? Nie wiem sama.
W każdym razie jak biegniesz z Bobrami nie możesz marudzić. Kurde, nie dają ci ponarzekać ! Nie dają ci zostać !
Wyruszyliśmy w trasę z Waldkiem i trzymaliśmy się razem. Po chwili dogonił nas Rysiek. Adam i Kamil wycięli do przodu i nawet koszulek z daleka nie było widać. 
Było gorąco. Dla mnie za gorąco. No i gdzieś około 4 km zaczęłam już narzekać i zwalniać. Liczyłam, ze mnie zostawią i pobiegną dalej sami. Tak im zresztą kazałam. Ale oni - NIE ! czekają , ciągną :) Kilka razy próbowałam się odłączyć żeby mieć święty spokój i poumierać w samotności , to nie dali !. Zaczęłam marudzić że chce mi się pić !. To Rysiek na to, że wydaje mi się, bo pić mi się na pewno nie chce, tylko tak wymyślam. Ja mu na to że nie wymyślam, to kazał mi sobie wyobrażać co innego i nie myśleć o piciu ! Taki mądry !!! Jak ja właśnie zaczęłam sobie wyobrażać, że mam dużą butelkę wody i piję sobie i się polewam. Potem mówiłam, że jestem słaba i że nogi bolą. Na to znowu Rycho, że nie jestem słaba i nie bolą :) O rany !!! Chyba musze na psychoterapię się do niego wybrać ! Psycholog jeden :).

No ale wreszcie punkt kontrolny i jest woda !!! Rysiek z Waldkiem piją w biegu. Ja nie umiem pić w biegu, więc znowu idę. To mnie znowu poganiają, dawaj ! potem się napijesz ! Ustępuję :) a liczyłam że się zniechęcą i zostawią mnie. Nie zniechęcili się. Chcą mnie ratować ! 
No dobra, mówię sobie, szans na to że mnie zostawią nie ma , więc biorę się do kupy i biegnę :) no i dobiegłam, z boku Waldek, z przodu łydki Ryśka, na jednej była napisane 8 :), a na drugiej 7 :). I sobie myślę – 87 !, 87 !, 87 On wczoraj przebiegł 87, to ja błaźnic się nie będę , no i się rozkręciłam :) . A Waldek to dziwny osobnik. On niby nie ma siły, narzeka że też słaby, ale na biegach zawsze się spina. Wtedy nie narzeka, ciągnie do przodu i ciągnie mnie. A tu obecność Ryska go zmotywowała.
No i we trójkę wbiegliśmy na metę. Trzy bobry ! Potem to nawet byłam im wdzięczna, że mnie nie zostawili bo i satysfakcja była i miło jednak w towarzystwie do mety dobiec.
Ale ja Wam kiedyś jeszcze pokarzę !!! Przyjdzie moment że nei będziecie mnie ciągnąć ! Jak się wezmę w kupę ! wrócę do żywych , to zobaczycie :) Ja was jeszcze zaskoczę !!! Tylko na razie nie umiem :) Po biegu była kiełbacha i wręczanie nagród. Z tym było trochę gorzej. Mylono puchary, klasyfikacje pomieszane, kilka pucharów zostało, ale to taki chyba urok małych miejscowości, może braku doświadczenia ? ale to nic...

Żeby Rycho z Waldkiem przypadkiem źle się nie poczuli że tu tak narzekałam na nich :) to Dziękuję im, że nie odpuścili i dociągnęli do mety :)



Wyniki:
Kamil Gajewski 34,59 ( III w Open ) Pudło 
Lipiński Adam 46.17 
Mazurek Ryszard – 51,46
 Zdunek Waldemar 51.45 
Marcinkiewicz Katarzyna – 51.45



Bobrowianka Kasia
Ultramaraton Rykowisko
dodano: 2015.05.31
Wspaniała impreza, która swoim rozmachem zaangażowania organizatorów przerosła moje wyobrażenia. Chyba byliśmy najbardziej napaleni na ten start, bo w biurze zawodów stawiliśmy się z ranka jako pierwsi. Przed wystarowaniem należało się nieco posilić. Bogusia raczyła nas na miejscu pysznościami: coś dla mięsorzerców i coś dla wegan.Dodatkowo plecaczki nabite jadłem i piciem na drogę na wypadek gdyby przybrakło na szlaku. Ruszyliśmy wolno, wtapiając się w całą przyrodę wspaniałego lasu. Co 2,5km podchodziliśmy minutę prężnym marszem. Moc drużyny przenikała mnie i humor dopisywał mi nawet gdy zboczyliśmy z trasy i nadłożyliśmy z kilometr. Spodziewaliśmy się upomnienia ze strony sędziów na pierwszym punkcie kontrolnym. Jakież było nasze zdziwienie jak głośnymi owacjami powitali nas organizatorzy poprzebierani za leśnych mieszkańców Pojezierza Gostynińskiego, a sympatyczny pan w stroju żaboka okazał się sędzią. Takiej ilości pyszności dawno na żadnym biegu nie widziałem. Ekipa napełniła nam buķłaki, butelki i z pełnymi garściami smakołyków z konieczności ruszyliśmy dalej. Po 30 km zaczęło mnie kuć jakby gwoździem w krzyżu i odcieło zupełnie. Do tego momentu z Ryśkiem, Darkiem i Leszkiem czułem się jak prawdziwy ultras, póki dotrzymywałem im kroku. Spokojnego kroku w tempie 6:00-7:00min/km. W jednym momencie stałem się waciakiem nie mogąc bez wymownych bóli przetruchtać ciągiem 200m. Jak autsaider odstawałem od moich druhów. Zwalniali dla mnie, nie mogłem na to pozwolić i ich opoźniać bo czasy na punktach kontrolnych były wygórowane. Pożegnaliśmy się i chłopaki wypruli. Podłamany - szedłem, bo moim pierwszym celem było przede wszystkim trzymać się jak najdłużej drużyny. Musiałem pokonać w sobie sportową złość. Rozsądek przemawiał do serca: zdrowie przede wszystkim, jeśli dalej chcesz cieszyć się bieganiem. Postanowiłem dobiec do II punktu kontrolnego i na tym zakończyć. Tyle że zostało 18km, które w bólu ciągło się w nieskończoność. Mimo to dochodziłem innych, również w kryzysie. Wyostrzone zmysły pomogły w trzymaniu się właściwej trasy i nie błądzeniu. Węwnętrzny krzyk frustracji stopniowo koił wszechogarniający zadbany las. Żeby zupełnie nie iść wyznaczyłem sobie za cel że wyrobię się w limicie 6 godzin.Ale zaczęło brakować wody, a spore piaszczyste fragmenty powodowały mielenie stóp w piachu i zapadanie. Dla ochłody i orzeźwienia pochlapałem się w jeziorze, ratując się wodą podawaną przez ratowników z guada. Zbliżał się 50 km 2 minuty do końca limitu. Jasny gwint! Gdzie ten upragniony punkt kontrolny. Nagle wyłania się z obiektywem fotograf i krzyczy: Dawaj! Dawaj! 100m i zaliczysz. Resztką sprinterskich zacięć pognałem ku mojej mecie i wpadłem na nią w podskokach jakbym wygrał biegł, mieszcząc się co do sekundy w czasie. Radość moja była jeszcze większa, gdy zobaczyłem w komplecie moich przyjaciół Bobrów. Chyba byli zdziwieni, że dałem radę wyrobić się w limicie. Kończyli właśnie jeść i pić na znów świetnie przygotowanym punkcie obsługiwanym przez postacie z Gwiezdnych Wojen. Zwarci gotowi byli znów ruszyć.Nasze Bobry byly w moich oczach jak tytani, zozstało im aż 36km, ale widziałem po nich, że dobiegną. Tymczasem w mojej głowie toczyła się wojna. Biec, czy nie biec. Jak kolwiek duma przekonywała, niemoc od kręgów kręgosłupa nie pozwalała na nic więcej. Zamilkłem jak nigdy. Zabrałem się więc samochodem na metę, by potowarzyszyć Bogusi w oczekiwaniu na naszych ultrasów. Takie czekanie jest jeszcze trudniejsze niż bieganie, dochodzą emocje, czy wytrwają.Limit czasu bliski 11,5 godziny od momentu startu. Każdego z nielicznie dobiegających biegaczy wita specjalny komitet powitalny. W ogóle pasja ludzi tworzących Rykowisko, indywidualne podejście do każdego zawodnika, ciekawa urokliwa trasa, opieka na niej (przy tak niewielkiej opłacie startowej) i całość przygotowania zasługuje na duże brawa. W końcu w promieniach zachodzącego słońca, blaskiem chwały oświetleni pojawili się utrudzeni, ale jakże zadowoleni Leszek z Darkiem i zaniedługo Rycho.Szczęścia na ich twarzach nie da się wyrazić. Zadowolenie z ukończenia takiego biegu pomieniuje z człowieka jeszcze na długo, długo...Cieszyłem się ich powodzeniem, podziwiałem i dotąd podziwiam. Mam z kogo brać przykład. A moje trudne doświadczenie, by czasami odpuścić jeszcze bardziej mnie motywuje do treningu i wierzę że w przyszłości zaprocentuje. Za rok znów postawię krok na Rykowisku. Może nawet będę miał siłę zaryczeć do jeleni :) 

MarcinD

Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Albo po prostu miałem dobry dzień. Kiedyś do maratonu przygotowywałem się w miarę porządnie i pamiętam, że cierpiałem strasznie. Skurcze na trzydziestym kilometrze. A potem przez tydzień chodzenie po schodach bokiem. Innym razem pobiegłem maraton prosto z kanapy i było super. I ta właśnie optymistyczna myśl przyświecała mi gdy zapisywałem się na swój pierwszy ultra maraton. Tak się fajne złożyło, że ten ultra bieg był także debiutem organizacyjnym. I tu podziękowania dla Leszka, który wyczaił ten bieg. A także dla organizatorów Biegu Rzeźnika, którzy nie zakwalifikowali biegaczy z Płocka i dzięki temu postanowili sami zrobić swój jeszcze lepszy ultra maraton RYKOWISKO. I udało im się!! Już dawno chodził mi po głowie taki dłuższy bieg ultra, ale te biegi odbywają się przeważnie na południu Polski, co wiąże się z długim wyjazdem, noclegami, kosztami itp. Jak dowiedziałem się o nowym ultra maratonie, który odbędzie się w odległości na jaką można rzucić beretem od domu postanowiłem, że tam będzie mój pierwszy raz. Tym bardziej, że Leszek już widniał na liście startowej. Opłata za bieg symboliczna – 35 zł. Wartość pakietu była sporo wyższa. Do mnie i Leszka dołączyło jeszcze dwóch bobrów harpaganów – Rysiek i Marcin, Pojechała z nami jeszcze moja żona, w razie gdybym z powodu braku czucia w nogach nie był w stanie wracać samochodem Dotarliśmy na miejsce jako pierwsi zawodnicy. Prawie dwie godziny przed startem. Organizatorzy dopiero dmuchali bramkę startową. Przesympatyczni goście! W ogóle organizacja tego biegu była na najwyższym światowym poziomie. Tam każdy biegacz był traktowany jak Heniek Szost na Orlen Warsaw Maraton. A jakie wolontariuszki! Mieliśmy sporo czasu, więc wrzuciliśmy coś na ruszt, przebraliśmy się, spakowaliśmy plecaki i czekaliśmy na start. Ja, nowicjusz na takim dystansie nie wiedziałem co do tego plecaka zabrać, więc zabrałem wszystko – koszulka na długi rękaw, na krótki, skarpety, prawie dwa litry wody, chyba z dziesięć plastrów opatrunkowych, batony energetyczne, ibuprom w żelu i w pigułach, i cztery kanapki owinięte w sreberka. Gdybym wiedział, że na punktach kontrolnych będą stoły zastawione jak na weselu to nie brałbym tyle żarcia i trochę mniej wody. Miałem te kanapki zostawić na pierwszym punkcie, ale pomyślałem, że jak spotkamy jakieś dziki to będę w nie rzucał kanapkami. Zanim rozwiną sreberko to uciekniemy. Kilka minut przed startem sędzia zrobił odprawę, na której poinstruował nas o oznaczeniach na trasie, zasadach bezpieczeństwa, żeby nie drażnić dzików itp. START!! Z nas czterech czułem się trochę jak najsłabsze ogniwo. Chłopaki maja już na kacie takie dystanse, tysiące wybieganych kilometrów. A ja? Mój miesięczny kilometraż wynosi nie dużo więcej niż dystans, który mam pokonać teraz! Na raz! Ale sam chciałem, nikt mnie nie zmuszał. Trasa biegła urokliwym szlakami turystycznymi pośród, bagien, przez lasy liściaste i iglaste. Trochę pobłądziliśmy na początku więc biegliśmy także wzdłuż Wisły. Limity czasowe na poszczególnych punktach wydawałoby się są duże i spokojnie do osiągnięcia, ale tylko się tak wydawało. Raczej nie można było sobie pozwolić na dłuższy odpoczynek. Jak na tyle godzin biegło mi się dobrze, nie pamiętam żadnego kryzysu, żadnych skurczy. Punkty kontrolne były wypasione i niebezpieczne. Kusiły żeby zostać i nie biec dalej. Właśnie Marcina skusił drugi punkt na 50 km i tam postanowił nas zostawić i zakończyć swoją przygodę. Nad jeziorem. Nie wiem czy to normalne ale drugą część biegło mi się dużo lepiej. Może duma, że dam radę mnie niosła. No i daliśmy radę!! Wbiegłem na metę razem z Leszkiem. Rysiek zaraz za nami. Za metą czekała na nas niespodzianka. Bogusia oblała nas szampanem! Po chwili odpoczynku i zeskrobaniu z nóg grubej warstwy brudu udaliśmy się w drogę powrotną. I tak się zostaje ultrasem! Proste? Proste!

Darek

Rajd na orientację
dodano: 2015.05.26
Zasłyszałem od naszego prezesa Leszka o rajdzie rowerowym na orientacje w Wołominie. Miałem się nie wybierać, bo kompromitacja była pewna. Pomyślałem jednak, może kto ze znajomych będzie to się podczepię. Niestety nie było. Zresztą każdy startował, co minutę i znikał w gęstwinie lasu. Wszyscy mieli wypasione terenowe rowerki, kaski,strój, mapnik, kompas, a ja na trzeszczącym wysłużonym wolecypydzie z błotniczkami, bagażniczkiem, kutym zapięciem i nieodłączną nóżką :). Organizatorzy jakoś mnie doposażyli i dali mapę o średniej trudności trasie, niejako-że jestem miejscowy, to sobie poradzę. Jasne, że znam te tereny, wszystko to moje ścieżki biegowe. Po jakimś czasie nawigowania pierwsze lampiony odnalazłem,a potem zacząłem błądzić. Dzieci co też szukały wydawały się bardziej z orientowane, aż ze wstydu się zapadałem i udawałem że majowe grzybki zbieram. Raz pomógł miejsowy dziadek przy lesie mieszkający gdzie widział taki punkt kontrolny. Gdzie indziej zataczałem kręgi jak niedzwiedzica w rui przekonany, że ta lampeczka musi gdzieś tu być. Zrezygnowany przyczaiłem się na innego rowerzystę, by mnie podprowadził pod lampion z dziurkaczem by odhaczyć numer na karcie. Ledwo go dogoniłem. A jak super startujące dziewczyny się orientowały, ale ja już od dawna za dziewczynami nie ganiam:) Mimo nie małych trudności zabawa jest przednia i duża radość z odnalezionego miejsca. Dwa ostatnie lampiony odnalazłem najszybciej. O dziwo w gęstym lesie (bo w końcu rozgryzłem tą mapę). Uradowany z kompletem 15 znalezionych punktów gnałem na metę. Pierwszy raz w życiu byłem pierwszy, ale odkońca ;) Co się dziwić po 4 godzinach walki, w tym zbieraniu grzybków i wąchaniu kwiatków zupełnie straciłem rachubę czasu. A i tak rozpierała mnie duma.
P.S; Od dłuższego czasu myślę, że fajnie by było byśmy zorganizowali sobie swój własny rajd rowerowy badź biegowy na orientacje w tłuszczańskich lasach. Naprawdę wciąga...
MarcinD

Bieg Cichociemnych
dodano: 2015.05.24



Kto się z Krusza nie wykruszył ten na fajną trasę z nami ruszył.Tym co życie na to pozwoliło, to sobie w zdrowiu bieg ukończyło. Bobrów jak widać po wynikach sporo było i każdy z nas zaprezentował się morowo. Jedni z nas szybciej Adrian - drugi, Kamil - trzeci, debiutant w naszej drużynie Gabriel - czwarty, a my wszyscy za nimi odrobinę wolniej:), ale na tyle szybko by się porządnie zmęczyć. I też zająć podium tyle, że w swojej kategorii jak Ela, Kasia i Gabriel, a w nordik Agnieszka z siostrą wywalczyć 1 i 2 miejsce w open, nie dając szans konkurencji. Czuło się przyjacielską, rodzinną bobrową atmosferę. Najbardziej cieszę się, jak mogę przy okazji takiego kultowego biegu spotkać się z osobami, z którymi rzadziej się widzę: jak z Adrianem, z Tomkiem i jego synem Jakubem co nas zawsze dopingują. Wspólnie kibicować Ani, Kaśce, Waldkowi i Grześkowi jak bije od nich ciepła aura, gdy dla relaksu z uśmiechem na twarzy swobodnie biegną. Minusem było trochę pomyłek przy wręczaniu statuetek i to, że w końcówce nagrody w danych kategoriach wiekowych osoby same sobie wręczały, ale ogólnie impreza za niepowtarzalny klimat zawsze jest u mnie premiowana. Pomimo, że pogoda straszyła deszczem zapowiadany na forum naszej strony piknik bobrowy, odbył się planowo po biegu. Wyznaczone przez Rysia do ożywionego biesiadowania urokliwe miejsce na kocyki, nadawało się idealnie:) Waldek ze swoim procentowym wkupnym w pełni się z nami zintegrował. Dziewczyny napiekły słodkości. Prawdziwa sielanka! Szkoda, że była nas mała gromadka, bo ciasta i napojów było oj było, aż głowa bolała ;)
Marcin D.
Wyniki:
10km:
2m. 00:37:12 Zarzecki Adrian
3m. 00:37:20 Gajewski Kamil
4m. 00:37:30 Kozłowski Gabriel
21m.00:43:09 Dymiński Marcin
22m.00:43:17 Mazurek Ryszard
28m.00:44:13 Gotowiec Darek
45m.00:46:28 Łuczyk Janusz
47m.00:46:43 Rosa Leszek
69m.00:48:59 Lipiński Adam
73m.00:49:27 Paź Jacek
80m.00:49:54 Rosa Ela
88m.00:51:41 Laskowski Grześ
103m.00:53:18 Zdunek Waldek
104m.00:53:18 Marcinkiewicz Kasia
154m.01:07:09 Byczuk Anna
Nordik 10km:
1m. 01:25:51 Paź Agnieszka
2m. 01:25:56 Kur Magda
6m. 01:28:55 Gotowiec Bogusia

I NOCNY PÓŁMARATON CIECHANÓW
                    dodano dn.  24.05.15r
        Bardzo trochę po czasie, ale jednak zmogłem się aby napisać  kilka słow. Na półmaraton do Ciechanowa wybrałem się z Andrzejem. Przy odbiorze pakietów tłumów nie było, bo i startujących nie za wielu. W biegu uczestniczyło około 70 osób. Biuro zawodów zlokalizowano na błoniach obok ciechanowskiego zamku. Na miejsce startu, czyli na obwodnice dowieziono nas busem. Krótka odprawa przed startem i o godzinie 23:00 wystartowaliśmy. Atrakcyjność trasy można porównać do biegania wokół stołu przy przyciemnionym świetle. No za jedyną z atrakcji można było uważać to, że po północy przebiegaliśmy obok cmentarza hu ,hu ,hu. Od kręcenia tych kółek nawet czołówka biegaczy pomyliła trasę, a tym samym wypaczył sie wynik klasyfikacji.Po biegu posiłek, ognisko i losowanie nagród- dwóch rowerów dla kobiety i mężczyzny. Ciężko mnie zniechęcić do półmaratonów, mimo sporych niedociągnięć przy organizacji widać zaangażowanie miejscowych władz i biegaczy. Po dopracowaniu szczegółów może być to przednia nocna impreza, a takich jak na lekarstwo. Trzymam za to kciuki.
                                                                                                Z biegowym pozdrowieniem
                                                                                                                rycho


                                       

                        

BIEGIEM PRZEZ PUSTYNIĘ BŁĘDOWSKĄ
dodano: 2015.05.24

Nasz weekend biegowy 16-17.V.2015 r. zaczął się ciekawie:) najpierw w sobotę o 10.30 - I Półmaraton Szlakami Pustyni Błędowskiej a o godzinie 16.00
I Bieg Wadowicki a następnie w niedzielę o godzinie 16.00 - X Bieg Kraków Skotniki z okazji 95 urodzin Ojca Świętego Jana Pawła II. To był prawdziwie weekendowy maraton biegowy!!! :)
Półmaraton po Pustyni Błędowskiej zaczął się fantastycznie. Po tygodniowej przerwie w bieganiu i regeneracji aż chciało się pobiegać. Ze stadionu w Kluczach k/Olkusza wystartowała mała grupka zawodników około 70 osób, wydaje mi się, że nie każdy biegacz chciał się zmierzyć z warunkami pustynnymi. A nie było łatwo :) Na początku trasy przez około 10 kilometrów trasa biegła przez lasy drogą szutrową. Świeciło ładne słoneczko. Zdziwiłam się bardzo i w czasie biegu pytam Leszka gdzie ta pustynia? Piasku nie widać tylko piękne leśne alejki. Tak oczekiwany piasek i pustynia pojawiły się na 12 kilometrze i dobrze dały się we znaki. Nogi zapadały się w suchym piasku, nie było bardzo gdzie zboczyć, bo po prawej stronie rozległy piasek pustyni a po lewej gęsty las bez żadnych wytyczonych ścieżek. Słońce mocno przygrzewało. Gorąco i brak wody, - jak to na pustyni - nie ma, nie ma wody na pustyni... Tak więc "broczyliśmy" sobie w tym piasku. Wreszcie dobiegliśmy do niewielkiej rzeczki Białej Przemszy płynącej przez Pustynię, ale zamiast wody z rzeki napiliśmy się wody z" punktu odświeżającego". Tam też usłyszałam, że jeszcze ze dwa kilometry tej pustyni i będzie meta. To mnie podbudowało i nabrałam siły do walki z tą pustynią. Tak więc dobiegłam i ukończyłam pierwszy w życiu bieg pustynny z wynikiem 02.10.55 i to w Polsce!!!
dystans 21,097 km
Ela Rosa 02:10:55
Leszek Rosa 02:10:56
Ale to nie wszystko. Po szybkiej regeneracji wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Wadowic /ok. 70 km/ aby tam jeszcze o godz. 16.00 wystartować w I Biegu Wadowickim. I udało się trasa wynosiła 10 km, asfaltowa:) była bardzo piękna, ale ja już nie mogłam podziwiać, i pierwsze 5 km z podbiegami!!!A to była dla mnie niespodzianka! Ja już nie miałam siły, zważywszy na to, że już miałam 21 km w nogach, Leszek ciągnął mnie prawie za uszy. Dobiegłam he,he(: i prawie padłam, ale na mecie czekał medal, zupka i "kremówka papieska". Tak więc po zaliczonych 2 biegach w ciągu jednego dnia nie mieliśmy już sił na
" noc muzeów", które były jeszcze w planie.
dystans 10 km
Ela Rosa 00:57:05
Leszek Rosa 00:57:05
Po długiej przespanej nocy na kwaterach w Wadowicach, w niedzielę wyruszyliśmy do Krakowa. Jakby jeszcze za mało było nam biegania postanowiliśmy wystartować w X Biegu Kraków-Skotniki z okazji 95 urodzin Ojca Świętego Jana Pawła II. Jeszcze były wolne miejsca i zarejestrowaliśmy się. Bieg rozpoczynał się o godzinie 16.00, więc mieliśmy jeszcze czas aby posilić się i zjeść wielką pizzę. Byliśmy wypoczęci, najedzeni i przygotowani na start. Czekał nas dystans 13 kilometrów i trasa nie zaliczała się do prostych, łatwych i przyjemnych. Trasa była w większości asfaltowa ale z podbiegami. Jeden z większych podbiegów był do klasztoru w Tyńcu. Wbiegnięcie na teren klasztoru Benedyktynów wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Na dziedzińcu w Klasztorze otrzymaliśmy błogosławieństwo i wsparcie duchowe na drogę powrotną do Skotnik. Bieg fajnie przygotowany, trasa ciekawa, urokliwa i bardzo wymagająca. , Biegła częściowo przez Bielańsko-Tyniecki Park Krajobrazowy, Rezerwat Skołczanka. Nie zabrakło też na trasie kibiców mocno dopingujących zawodnikom. Dzieci na trasie przybijały" piątki". Medal bardzo ładny, pyszne jedzonko na mecie i duża ilość punktów z wodą na trasie. Po szybkim prysznicu, po dekoracjach, tak wypoczęci i zrelaksowani po weekendzie o godz. 18.10 wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu /przed nami było do pokonania ok. 400 km, teraz już tylko samochodem:)/.
dystansu 13 km
Ela Rosa - 01:10:57
Leszek Rosa- 01:10:57

V PÓŁMARATON SZELKÓW...były chmury.wiatr,słońce,pyszne ciasto i Kasia  na pudle.

                                                                                                                       Dodano dn.17.05.15.r


DyMnO 2015 Kosów Lacki

                                                                                                            Dodano dn.16.05.15.r
.... no to "zorientowałem" się biegiem i marszem...wyszło 55km.Przednie zawody.                                                                                                                                                                                           link do zdj.https://drive.google.com/open?id=0B9lV6Cp-sMP-fmRYdUpjbFRUcEE0SkU3NVRrUFBXOTFnTmRLRXZWLUd6UmxlU3JVSDhpRlE&amp;authuser=0

Międzynarodowy Maraton Lubczów-Jaworow
dodano: 2015.05.14
Przebiegliśmy nasz pierwszy międzynarodowy maraton!!! Hurra!!! Na ten maraton wcale się nie przygotowywałam i nie zamierzałam w nim uczestniczyć, ze względu na to, że niecały miesiąc temu przebiegłam maraton Dębno. Ale cóż, Leszek zarejestrował się wcześniej, a ja o tym nawet nie myślałam. Innego dystansu niż maraton na tym biegu nie było. Dopiero w dniu wyjazdu do Lubaczowa wpadłam na pomysł, że spróbuję przebiec maraton, bo cóż ja tam będę robić, patrzeć jak inni biegną - NIE!!! Chcę biec. Zarejestrować się już nie można. Dzwonię do Pani Naczelnik - koordynator biegu i pytam czy mogę się zarejestrować. Usłyszałam, że niestety już jest za późno, bo listy i numery paszportów przekazano na granicę. No to już mi się płakać chce, mówię, że mój mąż jest zarejestrowany, będzie biegł, a ja będę truchtać tylko do granicy i z powrotem? Chyba Pani Naczelnik żal się zrobiło mnie i postanowiła w jakiś sposób mnie jeszcze dopisać. Szybko przesłałam e-mailem dane i nr paszportu. W sobotę byliśmy przed 20.00 w biurze zawodów po odbiór naszych pakietów startowych, jeszcze zdążyliśmy na pasta party i na ognisko. Potem szybko trzeba było spać bo w niedzielę 10.05.2015 r. o godz. 5.30 wyjeżdżaliśmy autokarem na Ukrainę do miejscowości Jaworow. Tam startowaliśmy o godz. 9.00 czasu polskiego. Na Ukrainie była już 10.00. Słońce świeciło już od piątej rano. W Jaworowie najpierw strażnicy nas odprawili /sprawdzili paszporty i je zatrzymali/. Paszporty oddano nam w Polsce po zakończonym biegu. Na małym ryneczku w Jaworowie zagrano najpierw hymn Polski, potem Ukraiński oraz Unii Europejskiej. Były przemówienia przedstawicieli z Polski i Ukrainy a także złożenie kwiatów pod pomnikiem poległych żołnierzy w wojnie na wschodniej Ukrainie w Donbasie na terenie obwodu Donieckiego. No i przyszedł moment startu. Bieg kameralny. Około 170 osób z tego ponad 100 osób to Ukraińcy. Upał nie do wytrzymania i bardzo duszno. Przebiegliśmy chyba przez cztery miejscowości - wioski - i to bardzo biedne, domy małe drewniane niemalże zabytkowe jak w skansenie. Ludzie schludnie, czysto i odświętnie ubrani. Kobiety w białych chustach na głowach zmierzali do kościoła. W Większości widać było kościoły katolickie, zbudowane na wzór cerkwi. Nie zabrakło też kibiców. Wychodzili ze swoich podwórek, witali nas, pozdrawiali po ukraińsku "slawa Ukraine", bili brawa, a nawet zbierali się w grupki i śpiewali nam po ukraińsku swoje pieśni, częstując nas wodą i słodyczami.To nas podtrzymywało na duchu i dawało siłę aby biec dalej. Przebiegliśmy półmetek a tu Polski nie widać. Trzeba biec dalej, dobrze, że słońce schowało się za chmury i tak nie piekło, bo już martwiliśmy się jak to zrobić, aby dobiec do granicy, do Polski i do mety w Lubaczowie. W końcu to paszportów nie mamy, żadnych innych dokumentów- jesteśmy bezimienni- zostać gdzieś po drodze nie możemy, bo pilnowali, na poligon nie chcieliśmy skręcać, bo i po co?.... więc biegniemy dalej. Wreszcie po 29 kilometrze zobaczyliśmy przejście graniczne... Hurra! jesteśmy w Polsce! I już niedaleko meta. Chcę dodać, że biegłam z Leszkiem a przed nami i za nami żadnego maratończyka. Tak się rozciągnął ten peleton!:) Dwaj samotni biegacze..., he,he. Ale jeszcze nie ostatni!!! he, he. Przez przejście graniczne udało nam się przebiec, nie zatrzymali nas, tylko w biegu zerknęli na nasze twarze i na paszporty, na których były naklejone nasze numery startowe. Tak czekaliśmy na tę chwilę, że już wreszcie w Polsce, a tu niespodzianka. Pogoda zmieniła się diametralnie. Zaczął padać deszcz i wiatr prosto w oczy. Jak na złość. Czy mieliśmy zostać na Ukrainie? Czy co??? Z wielkim trudem, ale dobiegliśmy do Lubaczowa i na naszych szyjach zawisł piękny medal. Chcę dodać, że na dekoracjach biegu lunął taki deszcz, że prysznic co niektórym nie był potrzebny. Bieg fajnie zorganizowany, niedrogi /wpisowe 60 zł/ i nikt nie wyjechał do domu głodny. 

Wyniki:
Elżbieta Rosa 04.35.48
Leszek Rosa 04.35.48

VIII Bieg Piastowski Kruszwica - Inowrocław

Autobus z ożywionymi biegaczami ruszył. Za 21km miał dotrzeć na miejsce startu pod Mysią Wieżę; zamku Popiela w Kruszwicy. Razem z Ryśkiem wcale nie byliśmy jakoś jak inni specjalnie podekscytowani. Może składało się na to zmęczenie nocnym dojazdem. Rysiu spał tylko 2 godzinki, ale jemu to nie przeszkadza. Jest bardzo odporny - najwyżej milczy i oszczędza energię :). Ja też mało mówiłem (jak na mnie), zamknąłem nawet oczy nie chcąc widzieć długiej trasy, na jaķą zdążę się jeszcze napatrzeć. Postanowiłem w końcu spoważnieć i pobiec skoncentrowanym najlepiej jak potrafię. Pomimo bólu mięśnia dwugłowego nogi, biegło mi się łatwo, miło i przyjemnie. Trasa nie wymagająca, ale atestowana, więc z czasu na 15km wynikało że w założonym tempie skończę w 01:35...coś tam, coś tam. Tak przynajmniej wypadało, jak i padać tego dnia miało, a że słońce mocniej od 16km przypiekało to nas trochę przytkało. Odczuwałem, że ktoś przez większość trasy mnie obcina, ale że to Rycho tak dociskał za mną (zważywszy, że był bez formy, jak mówił), to mnie zaskoczyło. Ale jak mogłem cokolwiek spostrzec wokół, kiedy byłem skupiony jak mysz na Popielu, jak sokół na celu. Chyba widziałem tylko swój czubek nosa i długą prostą asfaltową trasę, przy tym nadwyraz byłem mało ochotny na zaczepki biegaczy do rozmów. Pomyślałem chyba coraz mniej w tym moim bieganiu zabawy, a coraz więcej rozwagi i powagi (oby nie przerodziło się to w przesadne nadymanie - coś te słowo pokrewne nazwisku mojemu:)). Nawet uważnie biegłem środkiem ulicy, by mojej jednej krótszej nodze bardziej dopomóc i wyrównać trajektorię biegu. Pomogło w 100%, od kręgosłupa nic mnie nie paraliżowało, ale na 18km udo znowu się odezwało i dogorywałem do mety. Jak tylko zawisł na mojej szyi nie za piękny medal z zawrotami głowy padłem na murawę (chyba udar cieplny). Zdjąłem buty i przez długi czas chodziłem jak za dzieciaka na bosaka. Ziemia mnie schłodziła, a każdy kamyczek błogo masował stopy. Za jakiś czas wpadł Rysiu, wyglądał źle, ale nie gorzej ode mnie ;) Mimo chwilowego wyczerpania nieporównywalnie wielka była satysfakcja z ukończonego biegu. Dodatkowo doszły do głosu hormony szczęscia i jak po narkotyku odleciałem choć nigdy żadnych odurzaczy nie próbowałem. Samo bieganie wystarczającym jest uzależnieniem. Po inhalacji w inowrocławskiej tężni ruszyliśmy z synami Ryśka na upragnione rowery. Dwa dni spokojnego pedałowania, malowniczym szlakiem piastowskim. Zwiedziliśmy m.in: Wenecję, Biskupin, Żnin, Gniezno, Ostrów Lednicki. Po tak aktywnym weekendzie akumulatory elan vita (sił życia) naładowane na full:)
MarcinD 
Wyniki :
Marcin Dymiński 01:39:05
Ryszard Mazurek 01:50:06 

Bieg Wiosny
dodano: 2015.05.10
WIOSNA TO
forsycje, krokusy, mlecze, niezapominajki, bzy i kasztanowce ....WIOSNA TO TEŻ ULEWA BURZA GRAD :) :) :) 

Żeby podkreślić na biegu Wiosny - wiosnę :), postanowiłam upleść wianki dla siebie i Egipcjanina ( Waldemara Z.), który po powrocie z egzotycznych wojaży opalony jak szejk arabski Jest :) Nawet w planach.... miałam pomysł na pomalowanie gołych części naszych członków w kwiaty i liście, aby i w ten sposób oznajmić światu, że wiosna nadeszła :) Zamiar ten potwierdziłam zakupem farb do ciała :) A że Egipcjanin artystą malarzem Jest :), a i mnie niczego w malowaniu nie brakuje - mogłoby wyjść ciekawie :) Na szczęście, Na szczęście !!! z powodu braku czasu do malowania cielesnego nie doszło :) Jak to czasem dobrze jest z czymś nie zdążyć :)

Krocząc po łące - Egipcjanin - (Waldemar), niczym Józef Tolibowski dla Basieńki z " Nocy i dni " zrywał mi mlecze (Nie nenufary :) ), a ja siadłwszsy na kamieniu plotłam wianek :) A że wprawy wielkiej nie mam, zdołałam jeden tylko skończyć :) Potem na głowę go kolejno włożywszy sesję fotograficzną czyniliśmy :) Godzina prawie 12 wybiła i czas było udać się na start biegu :) Od rana czarne chmury krążyły po niebie, złowieszczo ostrzegając przed deszczem, ale za każdym razem jak o tym wspominałam - Egipcjanin uspokajał - One wszystkie przejdą bokiem :) No i przechodziły :)

Udaliśmy się na start
Dużo pogodnych ludzi, Kilkoro z nich zaczepiało nas pozdrowieniami. Koszulka Bobrowa :) jest rozpoznawalna razem z właścicielem jak się okazuje :)

Pożegnałam się z Egipcjaninem z zamiarem ucieknięcia mu tuż po starcie :) Zostało ze dwie minuty do startu, ogromna chmura zawisła nam nad głowami, Nawet już nie pytałam Bobrowego Szejka co on na to, bo wiedziałam że Ta chmura raczej bokiem nie przejdzie :)

Zaczęło się odliczanie -10, 9 , 8 ,7 , 6 ........ i........ na 5 - Strzelił piorun !!!. I tak zaczęliśmy bieg ! :) Egipcjaninowi uciekłam może ze 200 metrów :) ściana deszczu skutecznie ostudziła mój zapał ucieczki :) walące pioruny wywołały lęk i postanowiłam umrzeć od pioruna w towarzystwie Bobra Waldemara :) Tak więc cały biegliśmy razem :) Szara kurtyna deszczu, wiatru, no i gradu na dokładkę, a wszystko to okraszone piorunami. Pole widzenia minimalne, oddychania też. 
Rany !!! dobrze że się nie wymalowałam farbami !!! niezła tęcza byłaby ze mnie !!!

Łapiąc oddech i wycierając oczy zwróciłam się do Egipcjanina o zrozumienie tej naszej jakże ciężkiej, potowrnej sytuacji :). Wydusiłam, że jest koszmarnie!! !, że nic nie widzę!!! że oczy szczypią !!!, liczyłam na zrozumienie !!!. Waldemarze !!! Pomóż ! Ponarzekaj ze mną !!! Powiedz że tez cierpisz !!!
Na to Waldemar mi odrzekł " Ale przynajmniej nie jest gorąco" :) No kurde !!!, Fakt , gorąco nie jest, ale co z tego jak nic nie widzę !!! :) Koniec końców, około 3 km deszcz zmalał, dobiegliśmy do mety kilka kilogramów ciężsi :) Pocieszające jest to, że wszyscy wyglądaliśmy jak zmokłe kury ! Szczęśliwe zmokłe kury !!! Całe stado szczęśliwych zmokłych kur, uchechanych że dali radę !!!
Próbowałam zdjęciami oddać skalę zniszczeń, grozę, potworność :) ale nie udało się, nawet w kałużach wyglądamy na szczęśliwych :)

Biegi w Wieliszewie wszystkie są super !!! 
Wójt tej Gminy kocha bieganie i zaraża tym wszystkich Cudownie było patrzeć na dzieci, młodzież, która pomimo deszczu ruszyła 4 litery z domu.
I ci wszyscy ludzie, których już się zna, którzy się uśmiechają jeden do drugiego, pozdrawiają I te wszystkie przemoczone twarze po tej ulewie, przemoczone ale szczęśliwe Kurde !!! 
No właśnie - Kurde ! to jest to !

Ps. Wiem, że kobiecie nie wypada tak publicznie kurde i kurde, ale kurde chciałam podkreślić podniosłość chwili :) no i wzmocnić relację ! Kurde !
Ps. Relacje ma napisać też Waldek :) Ale już wam powiem co będzie :) Napisze że było pięknie :) a ten malutki deszczyk go ostudził nieco, bo rozgrzany jest po tych egipskich wakacjach :)
Kasia M



wyniki w kategorii Masters ( czyli powyżej 40 lat :))

Katarzyna Marcinkiewicz 24:45 M1 (K)
Waldemar Zdunek 24:46 M18 ( M)

Oblężenie Jasnej Góry
dodano: 2015.05.09
Trochę po czasie i z „pewną dozą niepewności”, bo to mój literacki debiut na „bobrowej stronie” zamieszczam streszczenie z wyjazdu na 7 Bieg Częstochowski. Odbył się on 11 kwietnia 2015r. Liczba startujących 1100 ( w tym jeden Bóbr z nr 1080 w mojej osobie). Dystans 10km (dwie pętle ulicami miasta wokół Klasztoru Jasnogórskiego. Po odebraniu pakietu startowego w biurze zawodów, krótka rozgrzewka w formie spaceru na wieżę klasztorną. Start o godzinie 14.00. Ciekawostka w biegu uczestniczył przeor Jasnej Góry, o. Marian Waligóra z nr 30, który z czasem 00:38:38 zajął bardzo dobre 45 miejsce(okazuje się, że duchowny też potrafi, oby takich „Sług Bożych” więcej). Przed startem w ramach rozgrzewki duchowej krótka modlitwa i błogosławieństwo dla wszystkich startujących. Atmosfera na trasie trochę pielgrzymkowa w ruch poszły przydomowe polewaczki, chłodzące biegowe towarzystwo bo pogoda dopisywała. Kilka podbiegów a dokładnie z tego co naliczyłem to 8 na dwóch pętlach trochę dało w kość. Mój czas 00:54:40. Na mecie medal oraz do wyboru posiłek regeneracyjny wegetariański lub mięsny . Z racji ograniczenia czasowego pozostała mi tylko „strawa duchowa” w postaci spaceru przed obraz Czarnej Madonny i krótkiej modlitwy. Pozdrawiam wszystkie Bobry i polecam ten bieg (zwłaszcza jeśli traktuje się go jako formę pielgrzymki).

Andrzej B.

W pogoni za węgorzem, Półmaraton Węgorza
dodano: 2015.05.05
02.05.2015r. Węgorzewo, po ,,starcie honorowym’’ wokół węgorzewskiego rynku (pętla ok. 400m) jedziemy do Sztynortu (podstawionymi autobusami lub indywidualnie) na ,,ostry start’’ 
XI Półmaratonu Węgorza. Na miejscu spotykamy się z Leszkiem i Elą, którzy też startują przy okazji majowego wypoczynku w okolicy. Szybko ustalamy taktykę jak rozpracować Kenijczyków, tak żeby oglądali nasze plecy do samej linii mety (to oczywiście żart) ale taktykę ustalamy. Moim wyzwaniem jest dobiec z czasem 02:00:00 o łamaniu tej bariery niema nawet mowy. Ela i Leszek poświęcają ten start dla mnie i zobowiązują się pomóc mi w osiągnięciu tego założenia. Dostaję krótkie wytyczne od wytrawnych BOBRÓW (nic nie „gadać ‘’ tylko biec i trzymać tempo). Startujemy w samo południe spod Pałacu Rodu Luhndorff . Jest dość ciepło ale od strony jeziora powiewa chłodny wiatr. Trasa dość malownicza (szczególnie przesmyk pomiędzy Jeziorem Dargin i Mamry zapada w pamięć) ale za sprawą kilku dość długich podbiegów dość wymagająca dla takiego nowicjusza jak ja. Mimo wszystko pierwsze kilometry mijają sielsko i anielsko. Leszek ostrzega aby nie wpadać w zbytnią euforię bo o tym kto faktycznie biegnie przekonamy się dopiero na 18 kilometrze. Posłusznie biegnę więc w wyznaczonym tempie. Na trasie ciągła roszada ktoś kto przed chwilą wyprzedzał za chwilę zostaje z tyłu by po chwili znowu wyprzedzać a my na to niewzruszenie robimy swój plan na 02:00:00, tylko czy na pewno…..? Po 10 kilometrze pytam nieśmiało czy na pewno nie biegniemy za szybko jak na ustalony czas bo wydaje mi się(a mój stoper to potwierdza), że podkręcamy obroty . Leszek i Ela twierdzą jednogłośnie, to tylko złudzenie, więc naiwny jak dziecko znowu pokornie przemierzam za nimi krok w krok nie patrząc już na swój czasomierz. Na trasie dość sympatycznie woda na punktach odżywiania, gorący doping miejscowych kibiców i służb porządkowych. W takiej atmosferze przekraczamy 15 kilometr i czuję, że nogi zaczynają pomału płonąć. Na 18 kilometrze rozum zaczyna coś wspominać o odpuszczeniu ale serce gorące do walki nie pozwala zawieść moich „zajączków’’. Postanawiam walczyć do końca. Moją determinację zauważa Leszek, który wprowadza technikę biegu zaadoptowaną rodem z Giro d’Italia. Sam biegnąc pierwszy przecina powietrze a za nim niczym w próżni biegnie Ela ze mną. Od czasu do czasu Leszek również korzysta z takiej osłony „podczepiając ‘’ się pod plecy biegnących przed nami. Tak mknąc niczym zawodnicy Tinkoff-Saxo (tylko bez rowerów) prowadzeni przez „naszego Majkę” (czytaj Leszka) przekraczamy 20 kilometr. Tablica z symbolem 
20 kilometra okraszona jest , tak jak wszystkie wcześniejsze, wymownym hasłem „Życie zaczyna się po 20 - tce” . Niestety wydaje mi się, że nie dla mnie. Nogi zaczynają mi pomału eksplodować. Tylko gorący doping Leszka i Eli pozwalają mi przebiec ostatni kilometr. Na metę wbiegamy razem całkiem niezłym sprintem (adrenalina jednak robi swoje). Pozostaje jeszcze kwestia czasu. Założone 02:00:00 zmieniło się w 01:55:49 co w porównaniu z poprzednim Półmaratonem Warszawskim ukończonym z czasem 02:03:36 jest dla mnie sporym osiągnięciem . Tak oto zostałem oszukany przez moich prowadzących. Ela i Leszek dzięki wam bardzo za wspólne pobieganie i pracę na mój wynik. Czapki z głów przed takimi zawodnikami, mam nadzieję, że kiedyś osiągnę wasz biegowy poziom.
Pozdrawiam. 
 Andrzej B.

Wyniki XI Półmaratonu Węgorza:

Elżbieta Rosa 01:55:49

Andrzej Białek 01:55:49

Leszek Rosa 01:55:50 

Bieg Konstytucji 3 Maja
dodano: 2015.05.03

wyniki:
Bieg 5 km
192. GOTOWIEC Darek - 00:20:32 M40/41
713. MARCINKIEWICZ Katarzyna - 00:23:27 K40/8
2523. ŁUCZYK Janusz - 00:30:27 M30/731
2964. BYCZUK Anna - 00:32:54 K40/147
Bieg dzieci (700m)GOTOWIEC Aleksandra - 00:03:49

Bieg Flagi
dodano: 2015.05.03

wyniki: 
68. DARIUSZ GOTOWIEC 00:42:54 M40/16
190. KATARZYNA MARCINKIEWICZ 00:48:13 K40/4



"Jedna była - gdzie? Pod Tobrukiem.
Druga była - gdzie? Pod Narwikiem.
Trzecia była pod Monte Cassino.
A każda jak zorza szalona,
biało-czerwona, biało-czerwona,
czerwona jak puchar wina,
biała jak śnieżna lawina,
biało-czerwona."

(K.I Gałczyński Pieśń o fladze)

Może nie wyglądam, ale jestem patriotką, jestem zdecydowanie niedouczoną patriotką, nie znam dokładnie historii (błędy młodości) ale czuję się patriotką i staram się teraz nadrabiać luki w wiedzy.
Uwielbiam wszelkie imprezy o charakterze patriotycznym i właśnie z tego powodu pognałam na bieg flagi, Pognałam a raczej pognaliśmy :), bo było nas czworo, Darek z żoną Bogusią i córcią Julką i Ja :) Pogoda przepiękna, dodatkowo wiosna :), inny świat, wreszcie zielono,kolorowo :) po zimie taki widok to szok, człowiek nie może się napatrzeć :) Już samo to wprawiało nas w dobry nastrój. Na miejscu byliśmy dość wcześnie. Bramy cytadeli zostały otwarte dla biegaczy.
Cytadela. Miejsce straszne. Dawniej odbywały się tam przetrzymywania,przesłuchania więźniów, to miejsce gdzie wykonywano wyroki śmierci. Również zbocza cytadeli przesiąknięte są krwią bojowników o wolność. To miejsce tak niezwykłe dzisiaj było dawniej przekleństwem dla wielu skazanych i straconych, było miejscem ostatnim. Właściwie dopiero dziś pisząc tę relację zastanawiam się dlaczego ten bieg odbywa się w tak strasznym historycznie miejscu. Moja pierwsza reakcja, to bunt, że jednak ten bieg nie powinien się tam odbywać, bo krew, bo cierpienie, bo trzeba to uszanować, może to tak jakby bezcześciło się pamięć o tych co tam skonali. To miejsce, gdzie powinna panować cisza, skupienie. Pierwsza myśl taka. Ale za nią zaraz druga. Może jest okazja żeby zmienić to miejsce, trochę uratować, oczyścić, zmienić energię, może radość biegaczy, kibiców zatrze, trochę zmieni historię tego miejsca. Myślę i wierzę, że jest to możliwe.

Plac pośrodku murów -niewielki, ale ileż rzeczy tam zgromadzono. Scena, na której przez cały czas śpiewano pieśni patriotyczne. Obok -biuro zawodów, szatnie i depozyty. No i dalej stoiska, rekwizyty.... Chodząc kolejno mogliśmy się zapoznać z historią Polski z różnych okresów.
Na placu były również samochody i ekwipunek straży pożarnej, policji.
Zmagaliśmy się z maskami gazowymi :) bronią :) młotami , przecinakami.
Siedzieliśmy w policyjnym wozie :) Przymierzaliśmy czapki :) Panowie policjanci byli dla wszystkich bardzo wyrozumiali :) Mogliśmy posiedzieć w samochodzie strażackim :) Ja pocieszałam ranną, która cały dzień w tym dniu musiała leżeć w łóżku :) Przymierzaliśmy się do strzelania z broni z różnego okresu. Można było dotykać wszystkie eksponaty :) Więc korzystaliśmy z tego bawiąc się jak dzieci :) Można było napić się kawy, zjeść kiełbasy. Był także pokaz wojskowej orkiestry ! :) Oj działo się !!! a wszyscy zadowoleni, słońcem ugoszczeni.
Powiem szczerze, że sam bieg był po prostu dla mnie dodatkiem, nie celem samym w sobie. Przyjechałam chora i siły marne na bieganie miałam.
Cały ten piknik był świetny i nasza dobra na nim zabawa :) właziliśmy gdzie się dało :) Bogusia nam namalowała flagi na policzkach :) Julia też miała bojowe zadanie bo wciąż robiła zdjęcia z dwóch aparatów
:)
A bieg był dla mnie ciężki, trzy pętle, trzy podbiegi, nie straszne, ale gardło zawalone, katar, mało siły, biegłam na przymus, trzy razy zatrzymywałam się na kilka kroków w bramie bo nie dawałam rady, szczerze... to chciałam w ogóle zejść z trasy ale honor mi nie pozwolił :) czas wykręciłam jak na chorobę i tak nie najgorszy ale życiówka została dawno w tyle. Cóż, zdrowie najważniejsze. Ostatnio coś inny cel mi przyświeca a propo biegania. Chciałabym naprawdę biegać bezpiecznie, bez kontuzji, bo jak ją złapię to będę dopiero płakać bez biegania :( Za to Darek zniknął mi z pola widzenia szybko :) I on chłopak Bobrowy życióweczkę zrobił :) Po biegu spotkaliśmy kolegę Roberta Michalskiego (specjalistę od rozwodów :)) , oblecieliśmy z nim wszystkie stoiska, żeby i on miał fajne fotki.
Był lekki bałagan z wynikami. Czekaliśmy do końca bo były nagradzane kategorie, a Bogusia mówiła, że babek w moim wieku nie widziała :) więc może szanse mam :) Jednak babki były:) dokładnie trzy :) mocarne !!! gdzie mi do nich :) więc pudła nie było. Ale za to dorwaliśmy starego :) choć duchem młodego byłego Bobra - SZEFA WSZYSTKICH SZEFÓW
:) , który nas obściskał i zdjęcia z nami porobił :) POLECAM WSZYSTKIM TEN BIEG - Radość !zabawa! historia! święto!
Jeszcze chce podkreślić, że w dobrej zabawie towarzystwo jest najważniejsze !!!! wtedy nawet drobne defekty nie przeszkadzają. A towarzystwo super !!!
Bogusia - do gadania do rana :) Darek też i nawet córka Julka była ożywiona :) choć ze starymi prykami czas spędzała :) ( mówię o sobie
:)

Pozdrowionka
Katarzyna z Bobrów rodzina :)

ORLEN WARSAW MARATHON
dodano: 2015.04.27

Nareszcie nadszedł długo oczekiwany dzień wielkiego święta biegowego. Miesiące przygotowań, by jeszcze raz stawić czoła i nie dać się pokonać kryzysom na tym królewskim dystansie. Po każdym ukończeniu przyrzekam sobie, że to ostatni raz. Nigdy więcej takiego katorżniczego dystansu. Jak to zwykł Rycho mówić, maratony wcale nie muszą wychodzić na zdrowie. Duma i ambicja pchneła mnie jednak do tego ostatniego maratońskiego startu, bo wierzyłem, że stać mnie na więcej, niż jak ostatnio maszerowanie po 30km. Skrycie liczyłem urwać najmniej 5 min. Atmosfera podniosłości i napięcia w jelitkach towarzyszyła nam już w bobrobusie. Kamil w szczytowej formie, był naszym pewniakiem i jego miarkowania na zakładany czas, budziły nasz podziw. Leszek, jako że czuł się nie w formie, nie napinał się na czas tylko na ukończenie, a jako że jest dla mnie polskim Scotem Jurkiem wiedziałem, że łyknie ten dystans swobodnie. Kasia, swoimi wypiekami osładzała nam dzień i najbardziej zdrowo-rozsądkowo podeszła do tematu wybierając wraz zrzeszą ponad 15 tyś. biegaczy dystans 10km. Mariusz K. nasz nieprzewidywalny boberek znad Wisły, a ściślej z Józefowa (rzutem na taśmę zapisał się na dyszkę), czekał już na nas zwarty i gotowy na umówionym miejscu. Ten mój bliski kompan ze studiów jest godnym podziwu spokojnym, (a zarazem z nutą szaleństwa) wyluzowanym biegaczem, który swoim przykładem pokazuje, że pomimo niewielu treningów i niekiedy problemów zdrowotnych, wolę walki, hart ducha, taki bobrowy pazur z miłości do biegania ma w genach. Nawet tak przy okazji, w miasteczku biegowym przebadał się pod kątem poziomu tłuszczu zawartego w jego modelowej sylwetce. I jak na prawdziwego Bobra z Tłuszcza przystało o 10% więcej mu się przybrało. Prawdziwym, więc jest stwierdzenie, często przez innych biegaczy do nas wykrzykiwane ,,Bóbr Tłuszcz spala tłuszcz" (co też i ja zaszłyszałem podczas maratonu). Mamy do siebie szczęście, że w tym tłumie ludzi udało nam się namierzyć i zrobić tradycyjnie wspólne zdjęcie. Dla mnie najlepsza pamiątka, niezwykłego biegu zawsze z wyjątkowymi ludźmi. Balony poszybowały w górę i my z wolna wystartowaliśmy w tempie 5:30min/km i tak prawie do 21km. Od początku trzymałem się mojego peacemakera Leszka, który pomimo że czasami odstawałem, ciągnął mnie i motywował. Nawet po, 30 km gdy zostałem z 200m. z tyłu zwolnił i zaczekał na mnie. Prawdziwych przyjaciół, poznaje się w drodze. Kolejnym oczekiwanym zastrzykiem wzmaniającej obecności był mój wierny druh - Rysiek, który odnalazł nas na trasie i pokrzepiał słowem, colą i udzielał mi cennych wskazówek technicznych z pozycji rowerowego siodełka. Pstrykał nam przy tym zdjęcia, wcześniej wyhaczył nawet Kamila naszego bobra- pędziwiatra. Od początku delikatny deszcz odpowiednio schładzał przegrzewane ciała, ale zarazem powodował, że nawierzchnia wyczuwalnie była śliska i trochę zabierała z wybicia. Do 37 km nawet to mi nie przeszkadzało i nadal biegłem jak nigdy. Oddechowo czułem się w porządku, ale żeby nie było za pięknie znowu od wady kręgosłupa podrętwiały mi nogi i ręce. Normalnie to bym już szedł, ale towarzysze - bobry mocno mnie zdopingowali. Ostatnie 2km wypadało przeżyć sam ze sobą w mojej jaskini bólu. Wciąż prosta postawa Leszka, wskazywała najlepszej maści arabskiego konia, dałem mu znak, by sobie przyspieszył, a ja przeszedłem na dobre w moją znienawidzoną technikę łysiejącego, koślawego konika garbuska. Na 41km, ktoś z boku ujmująco podnosi na duchu. Patrzę, a to dobry znajomy naszego św. pamięci Stasia, starszy już wiekiem, ale wciąż młody duchem biegacz p. Wiesław. Był na posterunku, tak jak w Falenicy, zagrzewał mnie i teraz. Pomyślałem sobie, że gdyby Stasio żył, stałby i on z bobrowym transparentem i kibicował do boju tak jak kiedyś.Przeszło mnie wzruszenie... Dlatego nie mogę teraz iść, muszę mimo bólu biec, nie obchodził mnie już nawet limit czasowy na losowany mercedes, tylko realna meta. Na ostatniej prostej, bije mi brawo żywiołowa bobrowianka Kasia, (ileż miała wytrwałości i cierpliwości, że nas wszystkich w niepokoju wyglądała), więc pomimo padaki nieco sie zrywam. W końcu niewymownie szczęśliwy wpadam na metę i upadam od jeszcze bardziej wymownych skurczy. Założenie wykonane 5 min. urwane. Wielka radość, mogę już więcej nie biegać - maratonów. Wszystkie Bobry się spisały. Leszek nie miał nawet większych kryzysów, Kamil zrobił niesamowitą życiówkę, Kaśka pomimo, że dokońca nie wyleczona, a i tak nie odpuszcza i tym razem pobiegła równie mocno, nawet Mariuszowi poszło lepiej niż myślał i fragment swojej daty urodzin ubiegał 03.03 (co długie zdrowie mu wróży). 
Losowanie samochodów i innych nagród chybiło nasze numery, ale najważniejsze co mogliśmy tego dnia dostać, to satysfakcję z pomyślnie ukończonego biegu i to co najcenniejsze - przebywanie w gronie wiernych osób na które można liczyć.
Marcin Dymiński:
10km:
2409m. 00:49:34 Kasia Marcinkiewicz
8342m. 01:03:03 Mariusz Koperski
42,195km:
533m. 03:11:07 Kamil Gajewski
2700m. 03:47:17 Leszek Stępień
2805m. 03:48:35 Marcin Dymiński

Bieg Rycerza Okunia
dodano: 2015.04.25
Po powrocie do domu z biegu zrobiłem sobie... jedną kulkę, wylosowałem i wypada coś napisać.
W Okuniewie żółty byłem tylko ja i kilka forsycji, które jeszcze nie przekwitły. Na szczęście żona powiedziała, że chętnie ze mną pojedzie, więc nie byłem sam.
Na biegu Rycerza Okunia byłem w zeszłym roku ale wtedy padał deszcz i nie było takiej atmosfery jarmarku. W tym roku zupełnie inaczej. Tłumy ludzi, masa straganów, zapach grillowanych kiełbasek... Piękna, słoneczna pogoda zapowiadała udany jarmark, ale także ciężki bieg.
Jeżeli ktoś jeździ na zawody tylko dla medali, to mógł wracać do domu zaraz po odebraniu pakietu startowego. Ponieważ w pakiecie oprócz numeru, wody i batona był medal.
Ja nie biegam dla medali tylko dla przyjemności, więc z przyjemnością staję na linii startowej.
Startujemy punktualnie o 11:30. Mamy do pokonania pięć kółek po 2 km.
W tym roku niestety nie biegło się przez podwórko, ale za to dystans wynosił pełne 10 km.
Trasa nie łatwa. Kilometr po asfalcie, ale drugi kilometr po ostrych, chyba nie dawno wysypanych
kamieniach. Jakby się biegło po torowisku kolejowym.
W połowie pierwszego okrążenia jedna grupa, jak by się mnie przestraszyła, uciekła do przodu i straciłem ich szybko z pola widzenia. Gdy obejrzałem się za siebie, także nikogo nie widziałem!
Przez cztery okrążenia czułem się jak bym biegł sam. Nawet dzieciaki, które przyszły kibicować w połowie biegu, gdy koło nich przebiegałem krzyczały - ...o ten pan jest pierwszy!
Taaak pierwszy! Jak pierwszy zawodnik (Sylwek Kuśmierz) wbiegał na metę, to ja dopiero zaczynałem ostatnie kółko.
Gdy zrobiłem tą ostatnią pętlę ( w samotności) i wpadłem na metę, to żona w nagrodę udekorowała mnie medalem... wyjętym z plecaka.
Po przebraniu jeszcze mała sesja zdjęciowa i pyszna grochóweczka!
W drodze do samochodu przechodziliśmy pomiędzy straganami, gdzie unosił się zapach pięknie wyglądających wędzonek i innych ciast. Kupiliśmy sobie wszystkiego po trochu z tych regionalnych wyrobów i mieliśmy na kolację niezłą wyżerkę!
Podsumowując. Żałujcie, że nie byliście! Był to fajny, kameralny bieg.
Tylko następnym razem muszę zrobić coś, żeby ta pierwsza grupa mi nie uciekła, albo nie patrząc na czas poczekać na pozostałych. 

Samotny wilk McBóbr.

Test Coopera Wołomin


MÓJ PIERWSZY PÓŁMARATON  w .....



W piątek godzinę przed wyjściem do pracy dowiedziałem się, że będę miał dodatkową wolną niedzielę. Klik, klik.. Maratony polskie, klik… kalendarz biegów, 19.04 Półmaraton Lubliniec. Zapisy są i dodatkowo niskie wpisowe, godzina odpowiada.Przed zapisaniem powstrzymuje mnie myśl o sposobie dotarcia na miejsce. W takiej sytuacji można liczyć na portal Bla Bla Car. Polecam odwiedzić ta stronę.Powiem krótko. Ktoś jedzie stąd dotąd w tym dniu o tej godzinie. Za podwiezienie chce tyle i tyle. Szybki przegląd ofert. Zaklepałem sobie wyjazd z Warszawy do Częstochowy za 24zł, zaraz po pracy którą kończyłem późno w nocy. Powrót z Lublińca 14 zł, warunek: pomoc przy opiece nad dwójka dzieci. Decyduje się. Myślę,że nie będzie to para filmowych Kevinów. Wracam do zapisów, szybki przelew i
już jestem na liście startowej. W sobotę po pracy ruszyłem z całym majdanem biegowym. Około południa dowiedziałem się, że osoba z która miałem jechać do Częstochowy zaniemogła . Chwila nerwów. Bla Bla Car. Jestem uratowany, jadę z kimś innym i to jeszcze taniej. Umawiamy się przy
Pałacu Kultury. Na miejscu są już pozostali pasażerowie korzystający z takiego sposobu podroży. Droga mija na wspólnych rozmowach. Późna godzina wyjazdu zmienia moje plany noclegu. W każdym mieście są miejsca, które Cie przygarną na kilka godzin. W mojej tułaczce sprawdzały się nieraz.Przekoczowałem te 3 godziny. Słowo wyspany będzie na wyrost ale był to stan, który określiłbym na letarg, czyli czuwanie z zamkniętymi powiekami w pozycji nie do końca leżącej. Świt. Poranny
spacer przez miasto ‘’medalików’’ w kierunku wylotówki na Lubliniec orzeźwił mnie. O dziwo po kilku machnięciach ręką udaje mi się złapać stopa. Na odcinku 40km takich stopów musiałem
złapać trzy, ale do celu dotarłem.Przypomniały mi się młodzieńcze podróże .Pierwsze i niezmienne prawo autostopu nadal działa: „Uśmiechnij się, prędzej czy później coś się zatrzyma”. Na miejscu jestem dużo wcześniej.Wita mnie las, duża polana i piękna leśniczówka. Odbieram pakiet. Chłodno ale
grzeje słoneczko. Rozciągam się na drewnianej ławie. Czekam na bieg, którego jestem bardzo spragniony, po tym jak ostatnio: „uciekł mi” półmaraton w Rzeszowie. Leże, muzyczka gra, drzewa szumią, pachnie wiosną. Błogość. Zwłaszcza po nocy, której kilkukrotnie budzony byłem przez panią, która właśnie dzisiejszej nocy postanowiła, ze jej poczekalnia będzie lśnić jak sułtański pałac
i nie przeszkodzę jej nawet ja – intruz terrorysta o talibsko, cygańsko,rumuńskich rysach. Szur, szur…. zmywanie na mokro…. Szur, szur zmywanie na sucho. Złapała chwilę oddechu. Szur, szur… polerka. Stoi prawie zadowolona. Zobaczyła chyba niedoskonałości w swojej pracy. Szur, szur …poszły poprawki. Godzina 6:00 koniec. Ona była po ciężko przepracowanej nocy a ja tylko po ciężkiej nocy. Z rozmyślania
wyrywa mnie glos speakera mówiącego, że do startu 15 minut. Zwlekam się na rozgrzewkę.Poruszałem się. Słyszę następny komunikat… Pierwszy startuje półmaraton a następnie 5km nordic walking. Przybiegam pod linie startu, a tam wszyscy stoją z kijkami. Pytam gościa: Czy półmaraton to już pobiegł? na to gość: Nie teraz startujemy. Do mnie dalej nie dociera. Pytam dalej czy to jakiś wymóg czy moda aby startować z kijkami. Gość poirytowany ale nadal spokojny odpowiada: Panie no chyba wypadałoby aby w półmaratonie Nordic Walking startować z kijkami. Głowa pulsuje. Dotarło do mnie! To nie półmaraton i nordic walking tylko półmaraton nordic walking(bez „i”). Niczym doszedłem do siebie
usłyszałem. Start. Wszyscy ruszyli i zaczęło się charakterystyczne klekotanie kijków. Mi klekotało, ale w głowie. Setka osób ruszyła z kijkami, tylko ja jeden bez. Czułem się jakbym stanął na basenie pełnym ludzi w okularach do pływania ale bez kąpielówek( w jednym i drugim przypadku chodzio „kijek”). W myślach bluzgam na siebie. Nie będę tego cytował. Chciałem nawet zrezygnować, byłem wściekły. Ewidentny brak czytania ze zrozumieniem. Od dłuższego czasu miałem podejrzenia i obawy, teraz byłem pewien.
Stało się. Cofam się w rozwoju.
Pozostało zamknąć powieki i westchnąć.
Matko Boska, z którego bądź kościoła – ratuj.ÓWSTECZNIAM SIĘ.
Po chwili marszu jeden z organizatorów pyta mnie, gdzie mam kijki. Tłumaczę mu …myślałem, że to będzie bieg. Odpowiedział, że nie ja jeden i pożyczy mi kijki. Mam kijki. Idę. Żadnego doświadczenia w maszerowaniu, żadnej techniki. To co z boku wydawało się proste i łatwe w praktyce bywa zdecydowanie trudniejsze. W pośpiechu i z braku techniki co raz dziabie się ostrą końcówką kija w stopę. Przed oczami stanął mi obraz moich nóg po zawodach wyglądających jak po biczowaniu . Starsza pani idąca za mną informuje mnie, że za szeroko się odbijam i dobrze by było gdybym
założył kijki prawidłowo na dłonie. Patrzę na nią z otwartymi ustami. Lukam na kijki z góry na dół. Są takie same. Chyba zorientowała się, że jestem laikiem. Jak dziecku tłumaczy, że ta uprząż jest na tą dłoń a ta na tą. Podziękowałem za troskę i poradę. To by dopiero było jak bym w domu dzieciom musiał tłumaczyć….. że Tatuś od tego biegania to pęcherzy na dłoniach dostał. Otrząsnąłem się .Doszybkiego marszu motywuje mnie to, że muszę zdążyć na umówiony kurs powrotny. Daję z siebie wszystko. Czas i las to wyborni lekarze. Cieszę się zawodami, dodatkowo ta wyśmienita pogoda. Zmęczony i zadowolony docieram do mety. Speaker i zarazem osoba od której pożyczyłem kijki nie odpuściła pożartowania z mojej biegowej osoby… Od niektórych dostałem nawet brawa. Wspaniali ludzie, niesamowicie pozytywna nordicowa społeczność. Michał z dziećmi, z którymi miałem wracać odbił od swojej trasy i podjechał po mnie pod leśniczówkę. Dzieci okazały się śpiącymi cała drogę aniołkami a Michał wybornym kompanem do rozmów. W domu byłem po wieczorynce. Jak by nie patrzeć  to z wyjazdu są same pozytywy:

1.Ówstecznianie, które rozpoznałem u siebie jest nieodwracalne !!! ale mogę je spowolnić. Muszę tylko rozwiązywać krzyżówki ,rebusy i obrazki typu znajdź różnicę.
2.Nabrałem szacunku do tej dyscypliny sportu, plecy ,ręce i pośladki na drugi dzień tak mnie bolały jak bym z jakiegoś gej party wrócił.
3.Od żony nie usłyszałem żadnego słowa krytyki. Chodzi po domu i tylko symuluje ruchy jak przy nordiku. A ma przy tym ma ubaw i radość jak z najlepszego prezentu.
3.Może nie mam mistrzowskiej formy jak nasze dziewczyny ale za sukces uważam to, że na trzech
pozostałych okrążeniach ani razu nie dziabnąłem się w stopę.
4.Startowałem w nowym miejscu z przepiękna trasą.
5.No i esencja takich wyjazdów -poznawanie siebie i innych.

                                                                                                      Z biegowym pozdrowieniem
                                                                                                    rycho biegacz specjalnej troski.

P.S.
Z kim przystajesz takim się stajesz” nie odtrącajcie mnie to nie jest zaraźliwe! ….chyba ?

Bieg Wojciechowy
dodano: 2015.04.19


Serocki III Bieg Wojciechowy

Bobrowo i żółto było w tej edycji Biegu Wojciechowego … 
Tłuszczański klub biegowy reprezentowało tym razem aż 10 zawodników, a wszyscy w żółtych, charakterystycznych koszulkach z bobrem w herbie.
Niebo trochę postraszyło nas przed startem czarnymi chmurami, na trasie deszcz lekko ochłodził, ale na szczęście nie rozpadało się na dobre.
Wyniki super – Kasia i Ela na pudłach. Kasia wybiegała II miejsce w kategorii K-40, a Ela - I miejsce – w K-50. Brawo dziewczyny!!! Marcin i Darek zrobili kolejne „życiówki”, a trzeba dodać, że Ela i Darek zaledwie tydzień temu startowali w 42. Maratonie Dębno.
Nordic Walking, niestety, potraktowany został przez organizatorów po macoszemu – gorsze medale, brak podium, posiłków itp. Trochę to dziwne, bo zawodników startujących z kijkami było sporo – na listach startowych ponad 50 osób (pełnoletnich), a do tego duża grupa młodzieży oraz goście specjalni - dzieci i opiekunowie z Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych w Laskach. Piękny i poruszający dla wszystkich był za to moment, kiedy ci wyjątkowi uczestnicy kończyli i jednocześnie zamykali trasę marszu.
W losowaniu nagród niebywałe szczęście miał tego dnia Waldek, który wygrał… lot na paralotni!
Bogusia za to, wygrała wizytę u wybranego lekarza specjalisty w prywatnej przychodni w Serocku (a pracuje w szpitalu ). 
Miło mi było móc znowu się z Wami spotkać Bobrowa Rodzinko – pozdrawiam i do zobaczenia następnym razem!
Agnieszka P.

Wyniki:
Nordik Walking 5km:

m.1 00:32:12 Agnieszka Paź
m.9 00:35:56 Bogumiła Gotowiec

Bieg 10km:

m.40 00:41:45 Marcin Dymiński
m.50 00:43:02 Darek Gotowiec
m.69 00:45:41 Leszek Rosa
m.87 00:47:46 Adam Lipiński
m.1 (K-50) 00:48:32 Ela Rosa
m.101 00:48:40 Mariusz Michalik
m.2 (K-40) 00:48:44 Kasia Marcinkiewicz
m.115 00:50:19 Waldemar Zdunek

Gratulacje dla wszystkich Bobrowianek, naszych Harpaganek :)

Bieg Wąskotorowy 
Karczew - Otwock - Józefów
dodano: 2015.04.18

Jesienią biegłem w Karczewie na 15km i bieg zaliczyłem do jednego z najbardziej udanych w AD2014, dlatego też z niecierpliwością czekałem wiosennej edycji. W międzyczasie dowiedziałem się jeszcze o jednym biegu tego samego dnia – Wąskotorowym Biegu z Karczewa do Józefowa. Zapisałem się na oba i po cichaczu liczyłem, że tego dnia przebiegnę 25km, bo rozkład biegów na to pozwalał. Pogoda jednak nie rozpieszczała i stanąłem przed ciężkim wyborem – albo pojadę sam i zaliczę dwa biegi, albo zrezygnuję z Karczewa i pojadę z rodzinką. Jak widać na załączonym obrazku, wybrałem tę drugą opcję. Kilka minut po 12.00 stawiliśmy się w Józefowie i dosłownie w chwilę po wyjściu z samochodu przestał padać deszcz, który mocno nas niepokoił podczas jazdy. Biuro zawodów umieszczono w szkole, odebrałem pakiet (właściwie sam numer startowy), rozłożyłem wyścigówkę (wózek biegowy) i przetruchtałem się z moimi uczniami, którzy mieli biec w momencie naszego odjazdu na start… odjazdu, bo w tym biegu nie biega się w kółko. Na mecie czekały na nas autobusy miejskie, którymi pojechaliśmy do Karczewa, na miejsce startu. Tam, przy ogromnym eksponacie ciuchci, z której buchała para czekaliśmy na sygnał startera. W międzyczasie pojawiło się mnóstwo osób w strojach z początku XX wieku, było bardzo klimatycznie. Ku uciesze mojej pupilki wszędzie rozdawano jakieś jedzonko – ciacha, chleb, nuggetsy i inne. Można się było najeść do syta jeszcze przed startem. Kilka minut po 14.00 (zgodnie z rozkładem kolejki) nastąpił strzał. Pierwsze kilometry prowadziły drogą asfaltową więc mogłem pociągnąć nieco szybciej. Marysia standardowo ucięła sobie drzemkę i na 2 kilometrze nie miałem z nią już kontaktu. Byłem w błędzie myśląc, że trasa będzie w całości asfaltowa. Przez kilka kilometrów ciągnęliśmy się szutrami i lasem, trochę asfaltem… i tak od nowa. Wszędzie widziałem pozytywnie nastawionych ludzi, którzy pozdrawiali nas i strzelali focie. Na mecie oprócz ręcznie zrobionego medalu (takiego w stylu Rysia) czekała na nas masa smakołyków. Organizatorzy zadbali o każdy szczegół i przygotowali w szkole nawet kącik dla malucha, z którego skrzętnie skorzystaliśmy. Miłe panie z piekarni uraczyły nas bochenkiem pysznego, domowego chleba. Było naprawdę warto!!!
Plusy:
Brak wpisowego (jednak można zorganizować super bieg)
Medal na mecie
Ciekawa, zróżnicowana trasa (trochę trudna dla osób z wózkami)
Niesamowity klimat, autokary wiozące na start, ciuchcia, masa atrakcji.
Minusy: 
biegi dzieci i dorosłych w jednym czasie.
Ogólnie bieg super!!!
Leszek S.

Perły Małopolski
12 kwietnia wybrałem się do Ojcowskiego Parku Narodowego , który jest najmniejszym Parkiem Narodowym w Polsce na pierwszą Perłę Małopolski w tym sezonie. Godzina startu bardzo wygodna ponieważ bieg rozpoczął się o 12, można spokojnie dojechać. 
Na miejscu byłem dość wcześnie, ponieważ byłem umówiony z panem Kustoszem parku, że zostawi mi materiały dotyczące parku u pana z ochrony, niestety pan z ochrony oświadczył mi na miejscu, że nic nie wie na ten temat. Wróciłem trochę smutny do samochodu, ale po powrocie do Warszawy jeszcze raz skontaktowałem się z panem Kustoszem i prześle mi materiały pocztą. 
W drodze powrotnej na miejsce startu zobaczyłem mały Kościółek, który mnie zaintrygował 
i właśnie odbywała się w nim msza. Okazało się, że jest to Kaplica św. Józefa Rzemieślnika, zwana też Kaplicą na Wodzie. Powstanie Kaplicy związane jest z zarządzeniem cara Mikołaja II, który zakazał budowania obiektów sakralnych na ziemi ojcowskiej, dlatego mieszkańcy zbudowali ja na wodzie tzn. na filarach osadzonych w dnie Prądnika.
Posilony dobrym słowem udałem się do Skały, start i meta były zlokalizowane w Hali Widowiskowo-Sportowej, która znajduje się poza miastem na wzgórzu. Tego dnia było dość wietrzenie 
i podmuchy wiatru sprawiały, że odczuwalna temperatura nie była zbyt wysoka i miałem rozterki jak się ubrać. Wybrałem wariant z wiatrówką. Jak się okazało w trakcie biegu w dolinie Prądnika było trochę za gorąco. Ale wracając do biegu, start odbył się na wzgórzu, pierwsze trzy kilometry do zbieg, bardzo przyjemnie, nogi lekko pracują. Cały czas powstrzymuję się, żeby za bardzo się nie rozpędzić i na początku za dużo nie stracić energii, ale puls mam wysoki. W dolinie osłoniętej od wiatru a może 
z wiatrem robi się gorąco, zaczynam się rozbierać i tak walczę przez kilometr z wiatrówką, od siódmego kilometra zaczyna się podbieg, ale nie taki krótki (jak w moim lasku 150 m) przypominam sobie. Lekko pochylony, ręce mocno pracują i tak do przodu, droga trochę kręta, na podbiegu wyprzedzam kilka osób, może nie będzie tak źle. Dopiero na 10 kilometrze okazuję się, że podbieg się skończył, na punkcie trochę rodzynek, woda dla ochłody i dalej. Teraz ścieżka prowadzi polami, nie jestem osłonięty od wiatru, jest lekki zbieg, już nikogo nie wyprzedzam, jakoś wszyscy mi uciekli. Ścieżka skręca w las, robi się coraz bardziej pochyło, coraz bardziej stromo, coraz szybciej, staram się nie rozpędzić, żeby nie zjechać z góry. Moje luźne wiązanie butów jest teraz minusem, palce mało nie wyrwą mi czubów, ale udało się, jestem na dole, biegnę po płaskim. Teraz biegnę pod wiatr, staram się cały czas biec za kimś, mijam Bramę Krakowską, kolejny punkt z wodą. Droga ostro skręca w prawo i dalej już pod górę, staram się biec, ten podbieg nie jest długi ale jednak stromy. Dochodzę do wniosku, że mogę tak samo szybko iść pod górę co biec, więc przechodzę do marszu. 16 km jest najdłuższy, pokonuję go ponad 8 minut, wreszcie się kończy, ruszam, nogi ciężkie jakby z ołowiu, powoli „rozpędzam się”, kończy się las, mocno wieje, szukam kogoś żeby biec za nim, ale niestety odległości porobiły się jakieś duże, trudno już kogoś dogonić, po 18 km ścieżka skręca w lewo, przez pole, prosto pod wiatr. Jakiś wyższy biegacz wyprzedza mnie. Myślę sobie: albo resztą sił utrzymasz jego tempo albo będziesz sam szedł pod wiatr. Mobilizuję się, staram się biec za nim, utrzymuję jego tempo i tak udaje mi się dotrzeć do lasu, teraz to już mogę biec sam, został mi kilometr do mety, tłum kibiców, doping, trasa lekko z górki robi swoje. Ostatni kilometr biegnę parę sekund poniżej 5 min/km. Jestem na mecie, pierwsza perła zaliczona, w szatni dowiaduję się, że ten bieg w cyklu jest najłatwiejszy, najtrudniej powinno być w Szczawnicy. Na drugi dzień bardziej bolą mnie ramiona niż nogi, dziwne …….
Pół maraton w Skale pod względem organizacyjnym stał na wysokim poziomie, jest bardzo rodzinny, każdy może znaleźć dystans dla siebie od przedszkolaka do starszaka.

Maraton Dębno
dodano: 2015.04.12
Maraton Dębno 2015

Krótko i na temat! Było zajefajnie!!! Na maraton Dębno wybraliśmy się "czwórką bobrów" - ja, Leszek, Jacek i Darek. Wyjechaliśmy już w sobotę o godz. 8.30. Wiedząc, że będziemy mieli piękną pogodę, bo już wcześniej się o nią mocno modliliśmy, nastawiliśmy się na zwiedzanie. Autostradą Wolności przemknęliśmy do Słubic / 580 km z Tłuszcza/ w pięć i pół godziny. Kto by kiedyś pomyślał o takiej jeździe:) :) :)
W porze obiadowej już przeprawiliśmy się przez Odrę aby pobyć choć trochę za granicą w Bundes-republik Deutschland i zwiedzić Frankfurt. Niestety nic nie kupiliśmy na pamiątkę, nikt nie chciał naszych złotówek:):):) Po zwiedzaniu i spacerze wróciliśmy do Polski i udaliśmy się do Dębna aby poczuć już atmosferę biegową, odebrać pakiety, zakwaterować się, posilić się na pasta party i wzmocnić się "wodą mineralną" w Barze "Pod Lipą" i na ławeczce nad jeziorem Lipowo. Jacek z Darkiem miał nocleg u księży. Łóżeczka, wykrochmalona pościel, poduszeczki, łazieneczki i ciepła woda. A ja z Leszkiem - śpiwory, materace, małe jasieczki pod głowę i czekała nas noc na hali sportowej. Myślę sobie - co to będzie za noc? A tu niespodzianka. Czekały na nas przygotowane sale lekcyjne a w nich łóżka polowe, kołdereczki i poduszeczki:)jaka miła niespodzianka, ale to nie dla wszystkich!!! To tylko dla wybranych - jak dobrze być policjantem-emerytem:):):) Po dobrze przespanej nocy "bobry" przygotowały się rano do biegu. Byłam nie przygotowana do tego maratonu, chorowałam i nie czułam się wybiegana, ale myślę sobie - dam radę - przecież przez cały tydzień przed maratonem trenowałam codziennie. Leszek mnie strofował i mówił, że przed maratonem to już się nie biega, tylko odpoczywa. Myślę sobie, ja odpoczywałam przez miesiąc, a teraz "dla świeżości" pobiegnę maraton. Już dawno umówiłam się z Darkiem i Jackiem, że zrobimy KORONĘ MARATONÓW i zaczynamy od Dębna. Słowa dotrzymuję. Wystartowaliśmy o godz. 11.00. Pogoda była wyśmienita, w sam raz do biegania, nie było upalnie jak w sobotę przed maratonem, lekki wiaterek ochładzał nasze ciała. Kibice dopisali, tłumy ludzi witali nas w mieście a przebiegaliśmy tak kilka razy. Leszek towarzyszył mi za zająca do 9 kilometra potem wrócił się do miasta na mega kawę i po godzinie "wyglądał" na mnie po pierwszej pętli, która wiodła przez Dargomyśl i Cychry. Ten mój mąż zrobił się ostatnio leniwy, ale kondycję i formę to ma!!! Oszczędza się, czy co??? No nic, muszę go pochwalić, bo dołączył do mnie po półmetku i z wielką "świeżością" robił za "zająca". Dobiegł do mety i jeszcze powiedział, "wcale się ni spociłem":) A ja - super mi się biegło - utrzymywałam tępo średnio 6 min na kilometr. Do 20 kilometra podczepiłam się do "zabieganych Częstochowa" i z Basią i Edkiem gadaliśmy cały czas. Niestety na następnych kilometrach buzie nasze się zamknęły. Po 30 kilometrze to już Leszek cały czas mówił, a ja tylko słuchałam. Zdawał mi na bieżąco relacje, jak biegnie Jacek, jak Darek, że ich widział, że dają sobie radę a Darek chyba zrobi dobry czas. Marzyłam, żeby był już 40 kilometr i zobaczyć metę i żeby już przestać biec. Wiedziałam, że dam radę, że wytrzymam i że nie zrobię w Dębnie rekordu, ale cieszyłam się na samą myśl, że ukończę ten maraton. I ukończyłam z miłym zaskoczeniem! 2 miejsce w kategorii K-5. Statuetka i nagroda pieniężna była dla ukoronowaniem mojego wysiłku. Chciałam zaznaczyć, że sukces też osiągnął Darek. Ustanowił swój nowy rekord. Zaraz po biegu z Leszkiem ustawiłam się w kolejce na masaż. Było to ukojenie bólu i poczułam się jak nowo narodzona i mogę dalej biegać:):):) Potem jeszcze ciepły posiłek, nabranie sił i w drogę do domu. Kierunek - Autostrada Wolności A2 i przed północą dotarliśmy do domu, wcześniej oddając w dobre ręce Darka i Jacka. Specjalne podziękowania dla naszego bobrowego kierowcy-Leszka! Hej!
PS: Super bobrowy wyjazd. Już z Darkiem i Jackiem umawiam się na maraton do Poznania i Wrocławia:)

Wyniki bobrów:
Darek Gotowiec 03:44:21
Jacek Paź 04:05:44
Ela Rosa 04:13:42
Leszek Rosa 00:00:00

Biegam, bo Lubię... w Książenicach
dodano: 2015.04.12
Osiedle Książenice pod Grodziskiem Mazowieckim to wymarzone miejsce do zamieszkania. Piękne domki jednorodzinne, nowoczesna zabudowa i wspaniała szkoła zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Biuro zawodów zorganizowane w sposób profesjonalny, a ludzie bardzo sympatyczni i pozytywnie nastawieni. Miałem pewne wyobrażenie o tej miejscowości i chyba sprawdziło się wszystko… no, prawie. Na bieg wybrałem się wraz z rodzinką oraz moją podopieczną, która miała startować w kategorii rocznika 2002. Dosłownie rzutem na taśmę zapisałem do biegu na 400m również moją małą Marysię, która po raz pierwszy bez większych problemów (duma mnie rozpiera) dała sobie założyć numer startowy. Zwarci i gotowi czekaliśmy na komendę spikera, gdyż w biurze nikt nie potrafił powiedzieć, kto startuje pierwszy (młodsze czy starsze dzieci). Ostatecznie jako pierwszy wystartował bieg na 1000m, w którym wspólnie dopingowaliśmy Anitę. Po strzale startera dzieciaczki wystartowały… jak to młodzież (… gorąca krew), a my czekaliśmy, gdyż trasa wiodła tam i z powrotem. Po około 3 minutach i 40 sekundach Anita wpadła na metę jako zwyciężczyni i kiedy dotarła do nas, po krótkich gratulacjach zaczęliśmy objadać się ciastkami. Kiedy w najlepsze czekaliśmy na bieg dla najmłodszych, nagle strzał i poszli…. a my daleko od linii startu, ale daliśmy radę, a na mecie czekał super medal i obietnica muffinków w stołówce. Około 11.00 wystartował tata, znaczy ja. Stanąłem z wózkiem na szarym końcu i czekałem na sygnał startu na dyszkę. Co chwilę ktoś mnie zagadywał i przestrzegał, że korzenie, błoto i piach uniemożliwią mi bieg. Po którymś z ostrzeżeń rzeczywiście zacząłem się zastanawiać nad zasadnością biegu z wózkiem, ale w końcu dałem radę w „Biegaj z Kobyłką” :) więc dam i teraz. Przez pierwsze 3 km podziwialiśmy Książenice. W tempie 4.40 sunąłem wciąż wyprzedzając kolejnych biegaczy. Pozytywnie nastawieni mieszkańcy kibicowali nam i dodawali sił na kolejne metry. Wiedziałem jednak, że zaraz zacznie się las… i zaczął się. Było ciężko. Wózek kołatał się na wszystkie strony i trząsł, ale, o dziwo, moje dziecię poczuło senną błogość i ucięło sobie drzemkę. Las ciągnął się aż do 9km, tempo spadło do ponad 6min./km. Na ostatniej prostej dosłownie wszędzie dał się słyszeć doping, a na mecie na biegaczy czekał makaron i ciacho. Bieg, mimo małych niedociągnięć, należy zaliczyć do ciekawych. Gdyby było nas więcej, na pewno uwalczylibysmy coś w klasyfikacji drużynowej.

Moja ocena:
Medal – bardzo udany – 8/10
Koszulka – rewelacyjna – 10/10
Bogactwo pakietu – 7/10 
Klimat – 8/10
Organizacja – 7/10
Leszek S.
Filmik z biegów dla dzieci (i młodzieży)
Filmik z biegu głównego

Wieliszewski Cross Wiosenny
dodano: 2015.04.11
Byłem już w Wieliszewie na zimowym crossingu, kiedy to organizator zafundował nam ekstra podwójne kilometry :). Znana trasa, łatwa, największy podbieg to wał przeciwpowodziowy, więc bez żadnych obaw czekam na dzień startu. Dopiero, gdy w piątek przed biegiem zajrzałem na stronę organizatora, okazało się że trasa wiosennego crossingu ma być inna, podobno bardzo wymagająca. Pojawia się lekki niepokój, ale nic to. W sobotę jestem umówiony z Marcinem. Przyjeżdża punktualnie i razem ruszamy po Grześka do Zielonki. Kasia też miała z nami jechać, ale wybrała hasanie po Tatrach, po śniegu, w jeszcze zimowej scenerii. Nie dziwię się, też bym tak zrobił. W końcu wszyscy kochamy nasze góry. Zielonka jak zwykle zakorkowana i znowu niepokój, że nie zdążymy na start. Ale dalej drogi luźne, więc dojeżdżamy bez problemu. Wszystko dobrze oznakowane a strażacy kierują na parking na łące. Idziemy po odbiór numerków i okolicznościowych kubków „200% normy”. Taka nagroda dodatkowa dla uczestników edycji zimowej :). Po drodze spotykamy Darka i Kazika, kolegów z Aktywnego Relaksu. Przed startem rozgrzewka, robimy kilka fotek, Marcin wymyśla fajne pozy :) i START! Początek biegu po równej utwardzonej drodze, ale zaraz skręt do lasu, od razu pod górkę i tak już cała trasa. Piękny las, cała masa górek i zakrętów. Niektóre naprawdę ciężkie, strome podbiegi. Trudne okazują się małe dołki, za duże żeby przeskoczyć, więc trzeba przebiec małymi kroczkami co wybija z rytmu. Ale ogólnie biegnie się bardzo fajnie. Po jakimś czasie zaczyna dokuczać ostre słońce i suche powietrze. Na odcinkach biegnących leśnymi drogami nie jest lżej, albo praży słońce, albo piach wsysa buty. Jednak piękna okolica rekompensuje te trudności. Początkowo zwarta grupa biegaczy, teraz rozciąga się. Nie tracę z oczu tych przede mną, ale z tyłu nikogo nie widzę. Na szczęście czasem słychać tam jakieś głosy, więc nie jestem ostatni. Po drodze mijam kilka osób, niektórzy przeszli w marsz, górki dają mocno w kość. Na szóstym kilometrze punkt z wodą, niestety jestem za późno, wszystko wypite. Później jeszcze strażak rozdaje wodę ale dla mnie też zabrakło. Mówi że jeszcze tylko 2 kilometry. To niedużo, ale za chwilkę wbiegam na łąkę zalaną słońcem. Dawno nie marzyłem tak o łyczku wody. Za łąką znowu las, który daje trochę cienia. Teraz zaczynam naprawdę tracić siły. Ale zaraz zdziwienie wielkie mnie ogarnia. Z przeciwka biegną Marcin i Grzesiek, więc Marcin zrealizował swoje postanowienie z ostatniej relacji i wybiegł naprzeciw następnemu Bobrowi na trasie. Chłopaki maja wodę, dają mi pić i polewają, zagrzewają do biegu, mówią że już bliziutko, że dobrze mi idzie. To daje wielkiego kopa. Jakby nowa siła we mnie wstąpiła. Bez problemu wbiegam na Wójtową Górę a za nią już tylko łagodny zbieg i meta. Słyszę jak komentator krzyczy „i kolejny zawodnik, walka do ostatnich metrów”. Tak, ale to dzięki chłopakom, którzy bardzo mi pomogli na tych ostatnich metrach. Po biegu organizator częstuje makaronem z sosem (bardzo dobry), ciastem i snickersami. Na koniec Grześkowi dopisuje szczęście i zostaje wylosowany do nagrody dodatkowej, co potwierdza Marcinową teorię, że szczęście dopisuje zwycięzcom. Wrażenia po imprezie bardzo dobre, w czerwcu będzie edycja letnia crossingu, zachęcam wszystkich do udziału.
Pozdrawiam 
Waldek

Nie spodziewałem się, że ten wieliszewski cross, da mi jakoś wybitnie w kość. Dał i nie dał, ot tak dwie rozbieżności, bo zaskoczył trudnościami technicznymi, a zarazem był piękny w tej karkołomności. Tak mi się podobał, że aż dostaliśmy z Waldkiem skrzydeł i oderwaliśmy się od ziemi. Inaczej nie dało się go pokonać, jak tylko użyć całej gibkości swego ciała, na bardzo, bardzo zakręconej trasie. Od momentu startu, nieustannie coś się zmieniało w ukształtowaniu terenu i tak do samej mety. Nie było sekundy na monotonię, czy żeby się nudziło. Falowanie i spadanie, w prawo, w lewo ostre skręcanie po skosie wbieganie i zbieganie pod niekiedy strome górki, a na płaskim hopek przeskakiwanie. Ścieżka jak oszalała, ciągle lawirowała jakby kręćka dostawała, do tego wertepki, piachy, wąskie między drzewami gardełka nie dawały utrzymać stałego tempa. Doskonałe oznakowanie, obanderowanie. Mając z poprzedniego dnia 33km w nogach pomyślałem, że dziś nie poszaleję. 4:30min/km na początek, to było aż nadto, ale sama trasa tak niosła. Dałem się jednak wyprzedzić, z deka zwolniłem widząc, że przy tej temperaturze szybko zdechnę. Wystarczy, że reszta trasy już znacznie modyfikowała przyspieszenie, a serce waliło jak oszalałe. Byle do 6 km, będzie woda co zaleje moje pustynne gardło. Jeden chłopaczyna, z jednego baniaka zalewa wodą kubki. Wątpię czy starczy dla innych. Uśmiechałem się sam do siebie po drodze, jak nigdy, czułem się w swoim żywiole. Patrzyłem po innych, nie ukrywali zadowolenia pomyślałem o Waldku - wyprówa żyły...może kiedyś tak było, teraz z tak rosnącą formą, biegł jak baranek po halach. 12,5km co za dziwny dystans. Pewnie wcześniej startujący rowerzyści cieszyli się, że to tylko tyle, bo w tym zawiłym jak na rower, za stromym labryncie, umęczyli siebie i maszyny chyba znaczniej niż my. Ja rozkładałem siły, zagadałem miejscowego biegacza co tu często hasa i przytrzymałem się go, jakbym gonił zająca. Ostanie 3km tylko przyspieszałem, mijając tych co mnie z początku biegu wzieli. 500m. do mety, której nie widać, a słychać. Dzieciaczki przybijają piątki, z
zangażowaniem odliczają, który jesteś przed końcem. A tu jeszcze dwa mocne podbiegi. Podoba się mi, więc wyciskam z siebie ciut więcej i mijam jeszcze kilku biegaczy. Z błogim wyrazem zachwytu nad trasą wpadam na metę 36, a myślałem że nie zmieszczę się w pierwszej 100, a tu jeszcze zdobyte 65 punktów. Zgodnie z obietnicą z poprzedniej relacji mam zaraz po mecie wybiec ku biegnącemu jeszcze bobrowi. Jako, że tuż obok było jedzonko, migiem wchłonąłem michę makaronu i ruszyłem z kopyta z harpaganem Grześkiem Ch. pod prąd w stronę Waldka. Dopiero z boku jak się patrzy widać ogromny wysiłek dobiegających. Jedynie po Waldku nie było widać zmęczenia i dość niedaleko ubiegliśmy, gdy go ujrzeliśmy. Daliśmy mu trochę wody dla ochłody, poczym spiął jeszcze mocniej pięty i odszedł znami jak torpeda.Też zmieścił się w setce i zdobył punkty. Zrobił na mnie wrażenie. Impreza godna najwyższych pochwał (choć, mogłoby być więcej wody na trasie). Dla rowerzystów, biegaczy super zaplecze gastronomiczne, mierzony elektronicznie czas, dużo kategorii, losowanie nagród i to wszystko za free. Kochany Boże, daj mi zdrowie i możliwości, bym jeszcze kiedyś mógł pobiec, tą jedną z najlepszych tras, którymi biegałem.
MarcinD

wyniki - 12,5km.
36m. 01:01:46 Marcin Dymiński
96m. 01:14:33 Waldemar Zdunek

Półmaraton Warszawski
dodano: 2015.03.30



PZU PÓLMARATON WARSZAWSKI
Jak zwykle krótko nie będzie...
Byłam bardzo dobrze nastawiona na ten bieg, nie bałam się jakoś. Miałam pilnować Waldka żeby nie padł po drodze, bo ma mniej doświadczenia i obiecałam, że razem przebiegniemy trasę. Był nieco spanikowany i czułam się odpowiedzialna za niego (tak mam, lubię matkować  )
Trochę rozczarowana ubiegłorocznymi MASOWYMI biegami nie nastawiałam się Że będzie super fajnie. Zazdrościłam trochę Pabianickim Bobrom. Mała impreza, klimat, no i podróż Bobrobusem  Ale cóż, za późno żeby zmieniać plany.
Dzień wstał piękny. Szybki dojazd do Warszawy. Chłodno ale świeci słońce. Jest w sam raz. Pod pomnikiem zgodnie z umową zbierają się Bobry  Leszek, Adam, Janusz, Andrzej no i my. Jest wesoło, robimy zdjęcia rozmawiamy. Nawet telewizja nas dopadła . Rozchodzimy się , każdy do swoje strefy umawiając się na zdjęcia po biegu.
Założenie mam jedno. Wielkim sukcesem ma być nie czas (chociaż złamanie 2 godzin mi się marzy), ale to, że przebiegnę cały półmaraton bez zatrzymywania.
Ruszamy. Na początku okazuje się, że po raz kolejny mój odtwarzacz muzyki ma mnie gdzieś. Trudno, trzeba znaleźć pomysł na te dwie godziny. Jak się okazuje nie ma tego złego. Zaczynam czerpać radość z tego co mnie otacza, piękne słońce, ludzie wokoło, mieszkańcy, którzy tłumnie wiwatowali na ulicach. Biegniemy spokojnie, równo, bardzo dobrze. Kilka razy mijają nas ludzie krzycząc „ cześć Bobry ! „ „ O Bobry, pozdrówcie resztę ! „ „, Cześć, lubimy Bobry ! „
Cieszymy się z Waldim , Mówię do Waldka, trzymaj się, bo jedziemy na dobrej opinii, nie możemy dać plamy ! No i nie dajemy !
Te wszystkie pozdrowienia wprawiają mnie w bardzo wesoły nastrój. Niosą mnie emocje. Obserwuję Waldka czy żyje, a sama mielę językiem prawie cały czas, opowiadam, pytam… A że mówię głośno inni komentują, jest naprawdę wesoło  Mija mnie zając, a raczej zajęczyca z flagą 1.55 i karze pozdrowić Grześka z Bobrów ! Znowu gęba od ucha do ucha zadowolona
Jak się okazuje, Nie ma czasu na nudę ! Kapele stoją prawie na każdym skrzyżowaniu ( sponsor bogaty !) , grają, Krzyczą, przebiegamy koło jednej. Dostrzegli nasz napis na koszulkach i krzyczą -” Bóbr tłuszcz spala tłuszcz ! „ Znowu śmiech. Myślę sobie , jak dobrze, że padł odtwarzacz .
Co chwila spoglądam, Waldek żyje? Żyje ! to dobrze !
W międzyczasie podbiega młody chłopak i pyta mnie o co chodzi z tym Bóbr Tłuszcz na koszulce  tłumaczę, że to klub  ze taka nazwa, taki herb, podziękował, pierwszy raz w biegu  , nie wie co i jak  słodkie. Przez chwile przed nami biegnie gość w piżamie, trzyma misia , za chwile widzimy chłopaka ubranego w różowa bluzkę i rajstopy. Ma napis na plecach – „Przegrałem zakład, muszę biec na różowo ! „ Znowu śmiech. Potem biegnie wiosna, w słodkiej zielonej sukience, wymalowana na zielono. No i Spartanie !!! Kto ich nie uwielbia ? , Cóż za widok i energia. Są boscy. Grupę prowadzi rowerzysta wiozący głośnik z muzyką rzymskich legionów. Biegną śpiewają, tupią ! . Krzyczę do nich że są wspaniali, Kobiety spartanki chcą mnie zwerbować do grupy 
Gdyby biegli ciut szybciej , najchętniej biegłabym cały czas z nimi, ale Waldek trzyma tempo , mijamy spartan i ruszamy dalej.
Mija godzina biegu, 11 kilometr. Myślę sobie o Pabianickich Bobrach. Właśnie Ruszyli.
A Może to moje dobre samopoczucie, to wysyłana dobra energia przez Marcina  zgodnie z umową  Wierze ze tak jest. On wysyła nam przez godzinę a potem my oddajemy  Nie mam prawa więc czuć się źle !.
Patrzę na Waldka, żyje? Żyje ! to dobrze !
Nadal mielę językiem, coś pytam, opowiadam. Jest dobrze, nie zatrzymujemy się na picie, mamy swoje. Równo podążamy do przodu. Niedługo tunel pod Wisłą. Może będzie chłodniej? Jest za gorąco. Ale Mariusz ostrzegał ze ten tunel jest nieprzyjemny i powoduje złe samopoczucie. Trochę się obawiam, ale tyle nas jest, damy radę. No i bez obaw ! W tunelu chłodno, fajnie ! i jest echo !!! co oczywiście cała grupa wykorzystuje  !!!, krzyczymy ! nawołujemy.
Za Tunelem lekki podbieg. Lekki, bo po Falenicy i Wesołej i po małej trasie Bobra każdy lekki. Nie robi wrażenia. Na Waldku też 
Dalej sytuacja zmienia się zasadniczo ! Dla mnie, ……nie dla Waldka . Jest 18 km. Już nie mam ochoty na rozmowy, nie zachwyca mnie wiwatujący tłum, ani grające kapele. Marzę, żeby stanąć chociaż na chwilkę. Ale nie mogę !, nie jest tak źle przecież!, to tylko zmęczenie, które ma być ! i z którym mam walczyć !. Nie żeby bolały nogi, siły gdzieś uciekły i zabrały chęć do dalszego biegu. Teraz Waldek spogląda na mnie, chyba go dziwi ze przestalam gadać i szybko orientuje się, że Ja to nie Ja. Ale ON, tez nie ON ! Powinien jak JA już narzekać ! Padać ! Ale nie narzeka i nie pada. Nie wiem skąd jego siła jest teraz większa… prawie 20 kilometr, może euforia, że to już tylko chwila i że taki sukces , że dał radę, …może siła bo ja słabnę i teraz on ma mi pomagać. Nie wiem, nawet nie pytałam, ale role się odwróciły. Teraz Waldek jest matką . Pyta czy dam radę, czy zwolnić, że już niedaleko, że damy radę. Rozgadał się  ! Patrzę na zegarek, chyba nie damy rady złamać 2 godzin, chociaż tak niewiele brakuje, ale nie mam siły na szybciej. Chrzanię 2 godziny !, chce tylko dobiec i nie stanąć. Waldek przyspiesza, pewnie pomyślał , że damy radę złamać dwójkę. Ale ja go nie gonię, nie mam siły, nie chcę !. Niech biegnie, niech łamie, ja nie chcę !. Zostaję w tyle. Przez ułamek sekundy przemknęła mi myśl, że pobiegnie i mnie zostawi. Sam chyba dałby radę. Niosło go coś czego ja już nie miałam. Pewnie myślał że dotrzymam mu kroku, ale po chwili obejrzał się i zobaczył że mnie nie ma, że zostałam. Zwolnił, dorównał do mnie, i pocieszał, że już blisko, że jeszcze 300 metrów  Daliśmy radę a raczej ja dałam, jeszcze na mecie udało się ręce do góry podnieść  żeby zdjęcie wyszło piękne  Jeszcze ktoś przed metą stał i krzyczał Kasia !, ale kto ? nie wiem. Ale dziękuję. Niecałe dwie minuty za nami wbiegł Andrzej. Szkoda ,mogliśmy biec razem.
Ten bieg był inny niż zakładałam. Pomimo tego że na końcu poczułam się słabo, źle - to Zyskałam cos znacznie lepszego. Miałam okazje się przekonać, że nie ma ludzi słabszych i mocniejszych. Ten który jest słabszy teraz nagle ma siłę tam gdzie ty jej nie masz i najważniejsze - że jeszcze chce ci pomóc ! I że właśnie chodzi o to, żeby razem to uzupełniać. Waldek miał być słaby, miał nie dobiec, wymyślał, bał się, a jednak w ostatecznej rozgrywce był silniejszy. Myślę że jego tez ucieszyło to że mógł mi pomóc. Grupa biegaczy ze strefy 2 godzin to ludzie którzy nie mają ogromnego parcia na wynik. Chcą przebiec i pomagają sobie wszyscy na trasie uśmiechem i słowem. To się czuje. Ten półmaraton był piękny. Wszystko od początku do końca. Moje zmęczenie też.

Kasia Bobrowianka Nowa ( za rok nie będę pisała że Nowa )
wyniki:
Janusz Łuczyk 1:39;44 
Adam Żubrowski 01.44
Leszek Rosa 01.44.42
Waldemar Zdunek 02.01.43
Katarzyna Marcinkiewicz 02.01.44 
Andrzej Białek 02.03.36

Półmaraton Pabianice 
dodano: 2015.03.29
Uwaga! Relacja w 95% na faktach, fragmentami podkoloryzowana :) Kto nie lubi czytać (szczególnie długich opowiadań), niech przeleci gałeczkami słowa w P.S przy końcu opowiastki :) i wystarczy. 
Nie ma że boli, że zaspane powieki nie chcą się otworzyć, żeby się pod kołderką ciepłą jeszcze poleżało, gdyż za niedługo chłopaki bobrobusem podjeżdżają. Na wycieczkę zabierają. Jejku, a tu jeszcze godzine przesuwają, więc nauczony traumatycznym niedoszłym przypadkiem Ryśka (z Wiązownej) zapobiegawczo budzik na czwartą i na piątą nastawiłem. Rano i tak byłem niepatomny ze wszystko mi się pomieszało. Godzina do przodu, czy do tyłu, zaraz jak to było...Jeszcze tylko kontrolny telefon do Rycha (żeby już wstał :) i zsynchronizował zegarek z moim) i cała maszyna ruszyła. Tylko wsiadłem do busa Kamila, wszyscy moi koledzy drodzy, pobudzeni żywo rozmawiają. Mówię, apeluję - drogie bobry, zdrzemnijmy się jeszcze trochę, bo kawał drogi i naszego kierowcę rozpraszamy ;) Raptem na 15 min posłuchali, może dlatego, że w gestej mgle jak mleko, żeśmy jechali ;) Testowany wóz jako bobro-bus tak sprawniutko pomykał, że nim pasażerowie się obudzili (w ogóle spać nie dali, cały czas się śmiali i gadali) na prawie dwie godzinki przed startem już przybyliśmy. Na spokój przynajmniej zaparkowaliśmy i pakiety startowe dość nietypowe odebraliśmy. Były to dość pokaźne ręczniki i w kolorowe wzorki raczej kobiece skarpetki (byłoby wesoło gdybyśmy całą drużyną w nich pobiegli :)) Przyznaję z Kamila wszyscy na początku trochę dowcipkowaliśmy (ale tak z życzliwości i troski), bo jakieś dziwne mikstury sobie przyrządzał, a potem nam kopary opadły, jak wynik godny naszych marzeń ubiegał. Racje Kamilkowi po biegu zwróciliśmy (i honory oddaliśmy), a po powrocie do sklepów z oddżywkami ruszyliśmy (no prawie wszyscy ;)). Podczas, gdy myśmy półmaraton zaczynali, druga ekipa bobrów (w Warszawie) swoją połówkę w połowie już zaczynała. I tak we wspólnym wysiłku, z zaciśnietymi kciukami i gorącymi myślami, żeśmy ich wspierali. Bo co dla nas starszych wyjadaczy rutyną, to dla młodych bobrów jakby nieznaną krainą. Więc, gdy oni na oparach kończyli, telepatycznie witalne nasze siły ich wzmocniły. Gdybym jeszcze miał dar bilokacji, mógłbym być w dwóch miejscach jednocześnie (może to za dużo na raz, raczej jak świętym zostanę:)). Tymczasem tu w Pabianicach, ruszyliśmy z Darkiem z kopyta. Nastawilismy tempomat, jak w aucie dobrej klasy na 4:40min/km i trzymaliśmy wartę. Bo oto sprawa i z lewa od samego startu wszyscy prowokują i tempa nad-dają. Motywatorki biegaczki i motywatorzy studiów trzeciego wieku nas wyprzedzają. Pytam - Darku co się dzieje? Masa ludzi na 10km przed nami, prawie nikt za nami. Odpowiedź prościutka, pogoda i trasa idealniutka. Bardzo szybka, płaska, z niewielkimi wysokości (npm.) odchyleniami (dla warunku atestu biegu), stąd większość zwietrzyła szansę na pewny rekord. Chociaż wiaterek momentami nie pomagał. Biegliśmy parkami ja z Darkiem, Jacek z Ryśkiem i Adam z Mariuszem, poza Kamilem naszym bobrowym asem co biega z zapasem. Zawsze to raźniej biegnie się z drugim bobrem, od tak przyjaźniej, a i tempo motywacyjne bardziej pokaźne. I biegło nam się noga w nogę, ręka w rękę, głowa w głowę, gdy tu nagle...coś mi pykło...coś mi strzykło w kregosłupie...ja nie mogę...ucisk kręgu spowodował, żem gwałtownie wyhamował. No i wszystko w dół, od pasa - podrętwiało! 18 kilometr, a tu normalnie iść mi się chciało (tak samo odczuwał to później Mariusz), lecz biegł urósł nam w oczach do rangi prestiżowych, bo za kuta nikt nie szedł, więc jak tu nie biec. Darłem więc zelówy za Darkiem pomimo dyskomfortu, a że biegł pierwsza klasa to nowy rekord sobie zrobił. I w tej umówionej między nami ucieczce, tym samym i mi pomógł (ostatecznie wynik poprawiłem i pomimo opuchłych stóp, bardzo się ucieszyłem). Widać znakomicie biegło się też i Jackowi, bo tak biegł długim, lekkim krokiem końcowe okrążenie stadionu, jakby na 400metrów sprintem z najlepszymi finiszował. Nawet kontuzjowane kolano Ryśka dało za wygrano i mogłem z przyjemnością obserwować jego dynamiczne ostanie wysokie podciągnięcia kulaskami. Przyspieszał cicho jak to on bezszelestnie, jak taki polski indianin, a raczej jak z jego ostaniej relacji wynika jak taki ,,żołnierz wietkongu" (z czapki jego wynikało, że z polskiego kontygnentu), zachodził od tyłu Pazia (nie mylić z ptakiem) tzn.Jacka, ale ten mu uciekł. Potem tylko żałuję że z wychłodzenia nie dotrwałem jak bieg kończyli Adam z Mariuszem. Chociaż pierwszego z wymienionych przez płot widziałem, jak dostojnie pomykał (zresztą nie sposób go niezauważyć:)), ku mecie, jak struna wyprostowany (nie tak jak ja-czyli jak koń garbusek). O Mariusza już się martwiłem, że może gdzieś sobie na trasie spaceruje i koleżanki biegaczki zagaduje, a zupełnie niepotrzebnie, bo na luzaka dwie godziny rozmienił i to bez prawie trzech minut reszty (nie mieli na mecie jak mu wydać). Za to dawali bardzo ładne medale i posiłek regeneracyjny który był równie przyzwoity (ziemniaczki, kotlecik, surówki, pajdy ze smalcem i ogórkiem, pączki i coś do popitki). Wszystko zjedliśmy i efektów tego w trakcie powrotu się obawialiśmy. Losowali też atrakcyjne nagrody i jak się nie było do końca, to pocztą wysyłali. Między innymi podobno karnet nauki tańca na rurze (4godziny). Ku naszej przykrości ominęło nas to szczęście. Może i dobrze, choć wygięta pani na ulotce bardzo zachęcała...No cóż, czas przyszedł, że trzeba wracać i jak to zazwyczaj bywa, każdy do pisania relacji i tym razem nam się wyrywał. Każdy, też jednak z owej przyjemności, a zarazem uprzejmości na rzecz drugiego zrzekał się z tej godności. Wstępnie, więc był proces weryfikacyjny, czyli konkurs, który polegał na tym, że kto lepszy pomysł na czołowe zdjęcie na stronę wymyśli, temu sen o pisaniu relacji z wyprawy się nie ziści. Entuzjazmu nie było, bo każdy chciał coś na stronie zamieścić. Dobrze, że Jacek się zlitował i taki fajny pomysł na zdjęcie zaproponował (wyżej załączone). Poświęcił się dla dobra reszty, która dalej swoją szansę na napisanie choć trzy-zdaniowej recenzji biegu miała. W drodze więc powrotnej, by było sprawiedliwie zrobiliśmy losowanie. Kulki z listków papieru (toaletowego, bo niestety nie było innego) w zupełności się nadawały. Komora maszyny losującej była pełna (czyli moja czapka). Znajdowały się w niej 5 pechowch i 1 szczęśliwa kulka. Nastąpiło zwolnienie blokady...czyli na pełnym gazie...Kamil zaciągnął ręczny...czapka poleciała górę...kulki pofrunęły...co niezłapaliśmy, to odnaleźć trzeba było. Jakaż radość moja była, gdy tą jedyną wygraną znalazłem. Jako, że chłopakom się smutno zrobiło, w ramach pocieszenia od następnego startu nową tradycję u siebie wprowadzam, na kolejnym biegu gdy już wpadnę na metę, wybiegam z automatu ku moim bobrowym braciom i siostrom, którzy jeszcze biegną i towarzyszę im do końca, aż padnę (o ile w ogóle wcześniej nie będę za nimi :))
P.S: To wszystko co opisałem, to tylko słowa, słowa, słowa :) Warto słowa przemienić w czyn. Tak naprawdę bardzo polecam, być w Pabianicach, bądź tu na PZU w Warszawie i ze swoją drużyną po prostu pobiec :)
MarcinD
wyniki:
78m. 01:26:42 Kamil Gajewski
284m. 01:37:31 Darek Gotowiec
300m. 01:38:03 Marcin Dymiński
432m. 01:43:41 Jacek Paź
442m. 01:43:52 Rysiek Mazurek
709m. 01:53:41 Adam Lipiński
820m. 01:57:34 Mariusz Michalik

Bieg Zielonych Sznurowadeł w Puławach.



Ciężko się biegnie z głową zapchaną wszelkimi troskami i zmartwieniami. I oczywiście te nasze są o ile nie najważniejsze to na pewno drugie w kolejności. Tak było i ze mną. W piątek przed startem wyszczerbiłem sobie ząb dwójkę. Uwierzcie,wszystko schodzi w takiej chwili na drugi plan. Mówiąc krótko „powietrze ze mnie uszło”. Jeden, drugi, trzeci telefon do gabinetów i słyszę: …zrobimy, ale dopiero w poniedziałek. Mając perspektywę zaglądania przez cała sobotę co pięć minut w lusterko, decyduje się wybrać na bieg. W sobotę o czwartej pociągiem do Wileniaka , dalej na Wschodni i pociągiem do Dęblina. Podróż osobówką trwała sporo, ale pyszna książka Zygmunta Miłoszewskiego uprzyjemniła czas podróży. W Dęblinie byłem po ósmej. Do Puław pozostało 25km, które pozostało pokonać rowerem. Pogoda wyśmienita, wyszło słoneczko, spory wiatr, temperatura na delikatnym plusiku. Co chwile zatrzymuje się aby robiąc zdjęcia, a to bramie Lubelskiej w twierdzy Dęblin, a to olbrzymiemu dębowi Jagiełły, a tuż za rogatkami Dęblina, przejechałem wieprza, a dokładniej: rzekę Wieprz. Na drodze ruch minimalny, cieszę się spokojem. Moją uwagę przykuwa krzyż stojący w polu. W pierwszej chwili myślałem że na jednym z ramion krzyża usiadło wielkie ptaszysko. Jakież było moje zdziwienie, gdy z bliska okazało się, ze ktoś mojemu Panu na ramieniu krzyża zamontował panel słoneczny… Próbuje jakoś wytłumaczyć sobie to co widzę. ….pewnie chcieli podłączyć lampkę nocną dla Jezuska, a może zamontowali jakąś grzałeczkę na chłodne dni, a może klimatyzatorek na gorące. Rozmyślania przerywa mi wewnętrzny głos mówiący:Ryszard, Ryszard szyderco  w piekle będziesz się smażył za ten twój niewyparzony ry[ś]. Dojeżdżam do Puław, zajeżdżam na Marinę,prawie bez słownie udaje mi się odebrać pakiet startowy. Ludzie prowadzą rozmowy, gestykulują, śmieją się… a ja szczerbaty mruk, wskoczyłem w legginsy i czekam z boku na bieg. Start odbył się z mostku przy Marinie i prowadził wzdłuż wału wiślanego w kierunku Bochotnicy. Następnie nawrót. I o ile do półmetka wszystko było Ok. to po dwóch dniach stresu, natura przypomniała sobie o wypróżnieniu. Jak biegłem wcześniej to uważałem, że wał skutecznie zabija panoramę na Wisłę, teraz było wybawieniem i balsamem dla moich oczu, ponieważ jak tylko wzrok zobaczył jakieś krzaki mózg krzyczał ...tak to jest wyśmienite miejsce., „kukułka” pulsowała z częstotliwością skurczów tuż przedporodowych … Nie poddaję się walczę.          O naturo złośliwa… STAŁO Się........                                                               Krzaki po lewej i po prawej. Nie było gdzie uspokoić wzroku. Skapitulowałem, chusteczki w garść i… Siedziałem tam przyczajony jak żołnierz wietkongu. Dalszych szczegółów Wam oszczędzę.Powiem wam tylko, ze wyleciałem z tamtych krzaków z lekkością bombowca, który wraca po bombardowaniu.Dalsza trasa bez przygód. Na mecie pamiątkowy medal w kształcie buta z zielonymi sznurówkami. Wymyty i przebrany ruszyłem na stołówkę zaspokoić głód i ruszyłem rowerem w drogę powrotna. Po drodze zajechałem do Muzeum Nietypowych Rowerów w Gołębiu i zwiedziłem miejscowy kościół. Myślę, że biegu swoją osoba nie wzbogaciłem, ale i tak cieszę się, ze mogłem tam
wystartować, a z Wami podzielić się tą relacją.


                                                                                          Z biegowym pozdrowieniem rycho. 

FALENICA - I PO FALENICY
dodano: 2015.03.14





Wyniki:
3,3 km
27m. 00:18:01 Leszek Stępień
6,6km
9m. 00:32:16 Katarzyna Marcinkiewicz
9,9km
73m. 00:44:31 Marcin Dymiński
99m. 00:46:01 Jacek Paź
102m. 00:46:10 Darek Gotowiec
166m. 00:49:44 Leszek Rosa
Mógłby pozostać smutek, że kolejna ekscytująca przeprawa po falenickich pagórkach, odpłynęła już w siną dal, za siódmą wydmą. Lecz w pamięci pozostają wspomnienia jak żywe; ciężkich zmagań z każdym podbiegiem i wesołych bobrowych spotkań, ubogaconych wzajemną życzliwością i motywacją. Pomimo pochmurnego, dżdżystego dnia finału, pogoda nie zmąciła naszego zapału. Miało być lajtowo, a trójka z nas pobiegła wzorcowo-rekordowo (Kasia, Jacek, Darek),a nasz Prezes i tym razem nie odpuścił biegu na orientację. Bądź co bądź w sumie najważniejsze było apetyczne zakończenie. A to za sprawą Kasi co nas domowym pysznym ciastem i własnej roboty winem uraczyła. Jakoś migiem, od każdego łyka, każda chwila jeszcze milszą była. Tak, oto na słodko i z procentami w nasze łaski sympatyczna Kasia się wkupiła, choć od pierwszego jej ,,TAK - (chcę być z Bobrami)", już w naszej Drużynie była. Tak, więc już dalej... jeszcze bardziej biesiadnie i zabawnie się zrobiło, ,,medale się same wręczały", a myśmy powitanie Kasi i zakończenie biegów w Falenicy ŚWIĘTOWALI ;-)
P.S Dobrze, że Agnieszka z nami była, bo się z nami ubawiła, a my z Nią. No i fajne foto razem z Leszkiem nam pstrykali :)
                                      MarcinD

To jeszcze ja , Nowa bobrowianka
POWIEDZIEĆ COŚ CHCIAŁAM :)Znowu

Wszystko się zaczęło od Falenicy. Tzn. moje ZOBACZENIE wielu Bobrów NARAZ:)
WSPOMNIENIE Pierwszej Falenicy - wpadam na metę, za chwilę widzę Elę, Leszka, witają się ze mną jak ze swoją :), całusy…, zgarniają do zdjęć. Nie jestem żółta przecież :) ale czuje się żółta :) , zadowolona :)
KOLEJNE WSPOMNIENIA.
Marcin, który twierdzi, że zabiera mi resztki energii  żeby zabrać ze sobą na bieg :) , uwierzyłam. Leszek, wśród swoich dzieci, spokój, uśmiech, klasa. Żółty Bóbr, którego widzę z daleka, więc bez względu na to kim jest , podaję mu rękę, żeby szło mu dobrze, oddajemy uśmiechy. Potem okazuje się że to Mariusz, którego chciałam po biegu nakarmić ciasteczkami ale gdzieś uciekł. Darek, który na ostatniej pętli wygląda jakby dopiero wystartował. Janusz , Jacek, no i Agnieszka :) . Leszek, Ela to moja ulubiona para, obydwoje uśmiechnięci, wspólna pasja, zazdroszczę ! 
Od pierwszej Falenicy po skończonym biegu lecimy do samochodu, Waldek, Ola, przebieramy się, ubieramy i z powrotem na trasę , dopingować, krzyczeć żeby było im lepiej:) . Żółtym.
I jest lepiej :) tak twierdzi Marcin , Darek, Leszek
A finał rzeczywiście wyjątkowy
Deszcz i pierwszy raz Bobrowa koszulka na Falenicy, Marcinowa, którą miałam przekazać mu na mecie ze swoją energią. Przekazałam. 
Padał deszcz, ale dobrze, chłodno. Biegłam. Przez chwilę pomyślałam o chłopakach - „może przyjadą trochę wcześniej i krzykną choć z raz „. Przyjechali :)…. Marcin i Darek. Przed ostatnim najgorszym podbiegiem. Byli. Pomogli  Krzyczeli , biegli :) Jednak doping pomaga :), rzadko mam okazję się o tym przekonać. Dwie dziewczyny , których nie mogłam dogonić – dogoniłam, przegoniłam  Pokonałam.
Meta…. wymiana koszulek, przebranie się… i na trasę do Bobrów.
I jak zwykle- czekanie… aż wyłonią się żółci. Okrzyki, żeby było im lepiej, łatwiej. Czekanie do ostatniego Bobra na trasie. I powrót.
No i nowa żółta osoba :) - Agnieszka :), uśmiechnięta fotografka  która z drugiej strony krzyczała do Żółtych :)
No a potem winko, na przyjęcie do Bobrów :), na zakończenie Falenicy, na rozpoczęcie nowego. Faktycznie… medale rozdawały się same :) , kto odebrał mój? Nie wiem, nie ważne, trafił na moją szyję :)wreszcie.
Więcej nie powiem. Kto był - to wie, kto nie był, może być !!!
Poznałam Agnieszkę :), myślę że dobrze nam się gadało nie tylko z powodu winka :). Ale fajnie znaleźć Bobrowiankę :) zawsze baby to baby :).
Z Żółtym Ahoj ! Katarzyna z Bobrów dziewczyna !

WESOŁE BIEGI GÓRSKIE 2015r.
dodano: 2015.03.09


Zapraszam wszystkie Bobry do Wesołej, KONIECZNIE !!!
To wspaniały cykl biegów górskich w pobliskiej okolicy.
Zasady prawie identyczne jak w Falenicy, ale zdecydowanie mniej osób, mniejsze opłaty, a nagrody , medale, puchary bardzo ładne.
Trasa - to pętla w lesie. Trzy naprawdę długie i strome podbiegi, jeden mniejszy. Trasa wymagająca jak w Falenicy. Pętla ma 2 km. Wybiera się dystanse – 2 km, 6 km lub 10 km.
Jest 5 rund, wszystkie klasyfikowane, nawet ostatnia. Do klasyfikacji wybierane są też najlepsze trzy czasy. Nagradzane są na koniec wszystkie dystanse jednakowo, bez wyróżniania najdłuższego dystansu. 
Atmosfera wspaniała, bardziej kameralna niż w Falenicy. 
Trudność tras porównywalna. Niskie opłaty, bieg z wcześniejszym zapisem kosztuje 5 zł a w dniu zawodów 7 zł.
Z ogromną przyjemnością brałam udział w tym cyklu, nie opuściłam żadnego biegu. Każdy bieg przynosił lepszy wynik, no i udało się dwa razy wskoczyć na podium. Najbardziej cieszy mnie 3 miejsce w open kobiet. Niełatwo mierzyć się z młodymi dziewczynami wiec tym bardziej odczuwam satysfakcję. 
Jeździliśmy się ścigać w kilka osób, Waldek, Darek, Kazik, Robert, Gizela, Leszek... Wszyscy się poprawiali z biegu na bieg. Tak to już jest.
Już czekam na cykl letni, bo ma być organizowany. Myślę też o tym, żeby wybrać się tam treningowo, bo miejsce piękne.
AHOJ :)
Bobrowianka Kasia

Bieg Piastów
dodano: 2015.03.03
Było cudownie i zimowo, oj, zimowo, zimowo!! Śniegu pod dostatkiem i pięknie przygotowanych 50 kilometrów tras biegowych! Biegało by się biegało ale trzeba było wracać na wiosenne Mazowsze:) Na ten bieg wyruszyliśmy z Leszkiem już w czwartek 26.II.2015r, gdyż w piątek ja już startowałam w biegu na 15 km, Leszek startował w sobotę na 50 km a ja jeszcze w niedzielę przed wyjazdem do domu zrobiłam 26 km:) jak się okazało nie było wcale tak ciężko:). Na drugi rok, jak tylko ruszą zapisy na XL Bieg Piastów, to się szybko zapisujemy. Bardzo fajna impreza sportowa, super organizacja, raczej nikomu nic nie zabrakło, nawet posiłki gorące i herbatka dla kibiców i gości, dużo obcokrajowców z różnych państw. Powiedziałabym, że może nawet więcej niż Polaków:( Niestety nasza technika biegania na nartach pozostawia dużo do życzenia, jednak oboje z Leszkiem jakoś daliśmy radę. Nie było żadnych zakwasów, czy bólu nóg, czy rąk od "pchania kijami", bo chyba to nam wychodziło najlepiej:) Wszystko składamy na brak treningu, gdyż zima całkiem nas opuściła a w tym roku to chyba zupełnie zapomniała o nas. Leszek po przebiegnięciu 50 kilometrów czuł się wspaniale, gdyby nie meta pewnie pobiegł by dalej:) zrobił pięćdziesiątkę w czasie 05:17;56. To rewelacyjny wynik! Ja chciałabym się też pochwalić, że 15 km zrobiłam w czasie 01:30;23 i byłam 7 w kategorii K-50 i jednocześnie 2 miejsce wśród kobiet w Policyjnym Biegu Piastów. Natomiast w niedzielę trasę 26 km w zawierusze i iście śnieżnej i zimowej aurze pokonałam w czasie 02:28;00 zajmując 9 miejsce w K-50. Chciałabym tylko zachęcić naszych "bobrów" do tak pięknego sportu, jakim są narty biegowe, dającego wiele satysfakcji, relaksu, pozytywnej energii, uśmiechu i zabawy na świeżym powietrzu, w tak pięknych Karkonoszach i górach Izerskich.
pozdrawiam, Ela

Wiązowna 2015 
dodano: 2015.03.01
Wiązowna 1 marca 2015r.
Po skończonym czwartkowym treningu zostałam obdarowana Mariusza koszulką Bobrową, żeby pierwszy raz jako Bóbr zaprezentować się w niej w Wiązownej.
Założenie koszulki lubianej osoby jest bardzo miłe, dodatkowo posiadanie koszulki, która już tyle wypociła biegów do czegoś zobowiązuje, więc podświadomie wierzyłam, że chociaż parę sekund uda się urwać, mając na plecach kawałek Mariuszowej historii.
Koszulka nie wytrzymała bezczynnie do Wiązownej niedzieli, bo dzień wcześniej w sobotę wdziałam ją na bieg w Wesołej. Ubrał ją również Waldek i świetnie się w niej czuł, a nawet powiedziałabym, że przez chwilę oszalał, bo skakał w niej po drzewach i po leśnych drogach.
Tak więc Mariuszowa koszulka pobiegła 2 sekundy szybciej niż zwykle na wesołych górkach.
Niedziela w Wiązownej też przyniosła wiele radości. Przede wszystkim nastawiona byłam na małą lokalną imprezę, a tymczasem zjechało się mnóstwo osób. Było tyle ludzi, że zaczęłam już wątpić czy uda mi kogoś znajomego wypatrzeć i poznać Rysia i Janusza, bo takie było założenie. 
Ale że swój na swego zawsze wpadnie, więc na początku wpadłam, a raczej wpadliśmy z Waldkiem na Leszka otoczonego gromadą rozradowanych dzieciaków, potem wpadł na nas Janusz z Ryśkiem. Było wesoło, tłumnie, głośno, muzyka, wręczanie nagród dzieciom. Wszyscy zadowoleni uśmiechnięci, czyli tak jak być powinno.
Sam bieg na piąteczkę był łatwy, trasa prosta, pogoda piękna ale trzeba zaczynać szybko i utrzymać tempo, więc tak całkiem lajtowo nie było. Lubię zawrotki, lubię biec do połowy i wracać do celu, widzieć kto jest przede mną, pomachać tym którzy za mną, więc trasa moja.
Drobne niedogodności w stylu popsutego na samym początku odtwarzacza muzyki, z którym walczyłam parę razy żeby go ponownie uruchomić i tak nie przeszkodziły mi urwać 16 sekund z życiówki, wiec jestem bardzo zadowolona.
Ile w tym mojej pracy a ile to koszulka Mariusza nie wiem, wszystko razem dało wynik. 
Na mecie ledwo wzięłam wodę, zamieniłam trzy słowa z kolegą i poszłam wypatrywać Waldka. Patrzyłam patrzyłam i nie wypatrzyłam. Zdenerwowałam się nieco i ruszyłam na poszukiwania. Zguba się znalazła. Machnęła trasę w 24.35 więc niestety nie mogę sobie już pozwolić na gadanie na mecie tylko biegusiem muszę się wracać po kolegę.
Zadowoleni, przebrani, najedzeni ruszyliśmy wypatrywać Rysia z Januszem. Janusza zobaczyliśmy z daleka, dzielnie zmierzał do mety, natomiast Rysiek biegł kilka metrów tuz za nim, cicho niewidocznie. Sam do nas zawołał ( ale obciach, on zmęczony nas wypatrzył). Nie wiem jak to się stało ale ani ja ani Waldek go nie zobaczyliśmy, cichy oddech cichy bieg i nawet żółta koszulka nie pomogła. Byłam zła ale próbowałam nadrobić swoje gapiostwo podbiegając kawałek z Ryśkiem w kierunku mety ale odpadłam szybko , jak się okazuje nie biegł wolno wiec szybko zostałam w tyle. 
Zmęczony Janusz zaraz z mety zawrócił się żeby szukać kolegi. Ucieszył się jak powiedzieliśmy, że Rysiek wbiegł tuz za nim. Potem wszyscy szukaliśmy Ryśka martwiąc się jak się czuje i czy gdzieś nie padł ze zmęczenia. Rysiek się znalazł, jak się okazuje punktem zbornym była stołówka z dobrym żurkiem i kiełbasą, no i kawałkiem mojego ciasta.
Tam ich z Waldkiem zostawiliśmy, bo półmaraton to nie piątka , odpocząć trzeba, na pogaduchy przyjdzie czas.
Pomimo zmęczenia i przebiegnięcia tak wielu kilometrów Janusz zaraz zapytał jak mi poszło, a Rysiek zrobił tak samo. Dbacie o siebie nawzajem Bobry i to bardzo bardzo miłe. 
Rozgadałam się  A jeszcze nie opisałam mrożącej krew w żyłach historii chłopaka, który ostatkiem sił wyprzedził mnie parę kroków na mecie i padł , żyje , ale lekarza potrzebował. Męska ambicja 
Było mi bardzo miło pogadać.
Bobrowianka Kasia M

Jeszcze ja…. czyli Wiązowna w nocy i w dzień.


.
Zaspałem ,niech to szlak zaspałem ….może uda mi się zdążyć.
Szybko się ubieram , kluczyki, dokumenty i w drogę. Przecież to nie tak miało być …gdzie spokojne pyszne śniadanko, kawka inka, wypróżnienie po „deche”
.Pędzę. Jadę na skróty a tu jak na złość mostek zablokowany przez kombajn do zboża .Myślę co on tu robi w środku zimy? Podchodzę do policjanta pytam co i jak. Okazuje się że facet wziął na przejażdżkę wnuki i zahaczył o barierkę …trzeba mięć fantazję aby konika zastąpić kombajnem! Od policjantów dostaję kubek herbaty i kierują mnie na objazd który przypomina przeprawę przez dżunglę skodzianka co chwile trze o koleiny. Jakimś cudem udaje mi sie dotrzeć. W dali słyszę odliczanie do biegu,wpadam do biura zawodów ,dostaje numer pani pyta czy kolega z klubu to nie staruje. Matko Boska!!! zapomniałem zabrać na bieg Adama. Normalnie jakaś puszka Pandory się otworzyła. W biegu przypinam numer i krzyczę w kierunku
startu jeszcze ja!, jeszcze ja! Właśnie miała ruszać karetka zabezpieczająca koniec biegu .Na starcie sędzia zadaje mi dziwne pytanie o stopień wojskowy zdyszany odpowiadam że starszy szeregowy on na to że w dokumentach ma kapral. Tłumacze ze mu że miałem ale mnie zdegradowali i że to nie czas na tłumaczenie. Ruszyłem. Od pierwszego kilometra biegło mi się wybornie tempo 4:15. W życiu nie wyprzedzałem tylu biegaczy celebrujących bieg. Mknę kilometr za kilometrem .Z naprzeciwka widzę pierwszych biegaczy pędzących do mety.  Biegnę nie czuję zmęczenia. Bez śniadanka całego tego rytuału biegowego …a może to ta herbata od policjanta ? W pewnym momencie mignął mi Adam pędzący do mety pozdrowił mnie po słowacku [ ahoj ]a może tam zamiast[ o ]było [ó]… nieważne biegnę. Tylko od początku biegu te przeklęte majty mnie uwierają .Chyba w pośpiechu odwrotnie je ubrałem i nie chodzi tu o lewo prawo tylko tył przód.
Ale co tam biegnę. Na półmetku międzyczas na nową życiówkę czuję się wyśmienicie tylko w twarz mi z chwili na chwile co raz bardziej gorąco. Biegnę nie zatrzymuje się nawet w punktach żywieniowych. Kibice dopingują słyszę… biegnij, biegnij możesz wszystko!!!....obym z tego możesz wszystko tylko w ciąże nie zaszedł. Rozmyślania przerywają mi majty uwierające „rów „ Ale co tam biegnę. Ostatnie kilometry pamiętam jak przez mgłę …niepatrzę na zegarek biegnę...będzie nowa życiówka. Wpadam na metę i tuz za nią poślizguje się …leżę na foli. I w tym momencie OBUDZIŁEM SIĘ                                                                               
z  twarzą na
książce która czytałem przed snem …gumka od piżam podciągnięta pod same cycki klin mało nie przetnie mnie na pół, no i głowa koło kaloryfera pewnie za półmetkiem załączyło się ogrzewanie i stąd to gorąco w twarz. Zawsze jak mi się śnią piękne dziewczyny i oczywiście budzę się w najmniej odpowiednim momencie to zamykam ponownie oczy myśląc Boże może wrócą ….nigdy nie wracają. Dziś tych powiek nie chciałem opuścić choćby o milimetr .Dalej była już tylko zwykła normalna wyjątkowość. Śniadanko, kawka inka, po „deche”, zdążyłem na bieg, nie miałem zabrać Adama, bardzo męczyłem się podczas biegu, majty nie uwierały, nie było życiówki, Byli za to kibicujący do końca Kasia i Waldek.      Bieganie jest CUDNE. Biegajcie w dzień i w nocy, ale bardziej w dzień …chyba:)                                                                                                             Z biegowym pozdrowieniem Rycho. 

Wyniki z Wiązownej
Dystans 5km
Katarzyna Marcinkiewicz 22:10 I miejsce Kat. GRATULACJE
Dystans 21,097
Janusz Łuczyk 01:43:29
Ryszard Mazurek 01:44:38
Pełne wyni http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=3&amp;action=5&amp;code=32411&amp;bieganie

Bieg Niezłomnych w Ząbkach
dodano: 2015.03.01
Było nas trzech (Bobrów). W każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel :) Upamiętnić i uczcić Żołnierzy Wyklętych, Niezłomnych Bohaterów naszej Ojczyzny. W tym dniu bardziej trzeba o Nich przypominać, brać wzór i przykład, by hartować ducha (bo czasy niespokojne...) W miejscu startu, a zarazem mety pobrzmiewały z głośników patriotyczne piosenki. Biegacze otrzymali koszulki upamiętniające wybranych żołnierzy i bojowe zadania na karteczkach od harcerzy. Na trasie prawie 4km biegu było kilka punktów, gdzie wykonywało się rozkaz np: wsparcie grupy atakującej w celu odparcia wroga, dostarczenie meldunku, przeniesienie rannego itp. Przed startem mocna rozgrzewka prowadzona przez ,,fitness lady'', potem zapalono race, nastąpiła minuta ciszy i ponad 300 osób wtórowało trzykrotnie zawołnie: ,,Cześć i chwała bohaterom". Było trochę jak na manewrach, bo specjanie wytyczona leśna ścieżka lawirowała dla większej trudności pomiędzy drzewami, krzakami i rozwalonymi gałęziami. Niedogodności owe jak i nadane zadania, skutecznie wybijały z tempa. W sumie po co było tak gnać, skoro pomysł na tak urozmaicony bieg, był bardzo trafiony. No chyba, że mocno zależało komuś, na naprawdę ładnym medalu (ograniczona ilość). Nie było nawet ogólnej klasyfikacji. Miejsce na mecie się nie liczyło, bo w gruncie rzeczy chodziło przecież o to, by uczcić pamięć i oddać hołd bohaterom w aktywny sposób; marszo-biegowo, a zarazem bojowo!
MarcinD

I Bieg Żołnierzy Niezłomnych w Wołominie
dodano: 2015.03.01

Marszobieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Tłuszczu

Wilki (Zbigniew Herbert)
Ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
pozostał po nich w kopnym śniegu
żółtawy mocz i ten ślad wilczy
szybciej niż w plecy strzał zdradziecki
trafiła serce mściwa rozpacz
pili samogon, jedli nędzę
tak się starali losom sprostać
już nie zostanie agronomem
„Ciemny”, a „Świt” - księgowym
„Marusia” - matką, „Grom” - poetą
posiwia śnieg ich młode głowy
nie opłakała ich Elektra
nie pogrzebała Antygona
i będą tak przez całą wieczność
w głębokim śniegu wiecznie konać
przegrali dom swój w białym borze
kędy zawiewa sypki śnieg
nie nam żałować – gryzipiórkom -
i gładzić ich zmierzwioną sierść
ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
został na zawsze w dobrym śniegu
żółtawy mocz i ten trop wilczy
W sobotni wieczór rodzice z dziećmi, młodzież i niezawodni harcerze ruszyli w biegu oddając hołd Pamięci Żołnierzom Niezłomnym. Dystans biegu miał charakter symboliczny, bo 1963m i odnosił się do roku śmierci ostatniego z żołnierzy Józefa Franczaka ps. Lalek. Migające latarki i elementy odblaskowe rozjaśniły jedną z ulic na Wilczeńcu. Wszyscy w dobrej formie ukończyli bieg, a na mecie otrzymali mały pamiątkowy medalik. Dodatkową niespodzianką był harcerski tort, którym zostali poczęstowani wszyscy uczestnicy. Serdecznie dziękuję wszystkim za wspólne bieganie.
 
Z biegowym pozdrowieniem, Rycho 

FALENICA, etap 5
dodano: 2015.02.22
Pogoda iście wiosenna. Warunki do biegania wyśmienite, tym śmielej o wysiłek jeszcze większy można się raczyć-pokusić, bo a nuż się rezultat podgoni. Takie zupełne warunki bez śniegu i lodu sprzyjają szybkiemu zbieganiu z górki na bobrowe pazurki, ale i tak nie jednemu w tym biegu podcięły się nóżki (upadki, zwichnięcia). Tak w ogóle to przecież wynik nie jest najważniejszy, ale choćby to, że spotkaliśmy się dla jednej pasji, by wspólnie pobiegać pośmiać się i po wspierać. I jakże raduje się serce, znów widzieć Leszka-naszego kamerzystę na trasie i Elę w pełnej formie z całą tak liczną, bardzo dynamiczną - naszą Drużyną! 
MarcinD
Wyniki:
6,6km
25m. 00:31:15 Leszek Stępień
45m. 00:34:40 Mariusz Michalik
9,9km
96m. 00:44:03 Marcin Dymiński
160m. 00:46:24 Jacek Paź
162m. 00:46:27 Janusz Łuczyk
164m. 00:46:33 Darek Gotowiec
215m. 00:48:17 Leszek Rosa
299m. 00:51:26 Ela Rosa
Filmik Leszka (z biegu na 3.3 oraz 6.6km)

Półmaraton Leśny
dodano: 2015.02.14

Kolega traktorzysta wypatrzył „…szatnia w stodole, toaleta w potoku…”, krótka decyzja: jedziemy!!!

Zamiast święto zakochanych spędzić tradycyjnie i romantycznie, czterech Panów postanowiło wybrać się w swoim towarzystwie i pobiegać. Ja natomiast, wyczytawszy w regulaminie 
że organizowane będą biegi dla dzieci oraz kulig postanowiłem wybrać się z całą mą najbliższą rodziną.
Dla dzieci w ramach pakietu przygotowane były wielkie ilości różnych materiałów związanych z lasem (ku uciesze chłopców). Jednak największą radość sprawiła im przejażdżka 
na saniach za Ursusem.
Była to jedna z niewielu okazji w tym roku aby pobiegać po śniegu, pogoda była idealna 
do biegania – ciepło i słonecznie, a po zakończonej rywalizacji wszyscy biegający zostali zaproszeni na bigos, kiełbaski z ogniska, pierogi.
Podsumowując bieg zorganizowany perfekcyjne, oznaczone kilometry, woda, czekolada, ogniska przy starcie/mecie, medale i to wszystko za jedyne 20 złotych (tylko od dorosłych).
AdLi
wyniki:
8 Mazurek Ryszard 01:41:48
9 Dymiński Marcin 01:42:02
16 Łuczyk Janusz 01:45:24
24 Laskowski Grzegorz 01:54:04
26 Lipiński Adam 01:56:32

Falenica, etap 4
dodano: 2015.02.09


Kolejny wymagający bieg górski za nami. Czasami w danych zawodach nie pójdzie nam na miarę oczekiwań jakie sobie wygórowaliśmy. Tym bardziej nie ma co tracić ducha. Ostatecznie przecież taki start można traktować jako jeden z najlepszych treningów, jaki może nas wzmocnić przed kolejnym wyzwaniem.
MarcinD
Wyniki: 
6,6 km:
58m Mariusz Michalik 00:36:47

9,9 km:
135m Marcin Dymiński 00:44:37
200m Jacek Paź 00:47:01
207m Janusz Łuczyk 00:47:17
264m Darek Gotowiec 00:48:56
276m Leszek Rosa 00:49:19

X BIEG WEDLA czyli czekoladowe szaleństwo...



Bieg Wedla jak sama nazwa mówi należy do biegów słodkości. Grzesiek z Mariuszem jako łasuchy wybrali się prężnie na ten bieg, przed samym biegiem już się oblizywali i rozglądali za przepyszną gorącą czekoladą. Mario ruszył prężnie do biegu na 5km i myślał tylko o pysznej czekoladzie i słodkościach jakie się dostaje po biegu, Grzesiu mu dzielnie kibicował i rozmyślał o swoim dystansie 10 km jaki jest przed nim, przy tym masował swój brzuszek nie mogąc się doczekać gorącego napoju jaki czekał na niego na mecie.
 
5km
73m Mariusz Michalik 00;26;45

10 km
148m Grzegorz Laskowski 00;45;32 

 I PÓŁMARATON KSIĘŻYCOWY W OZORKOWIE....

Relacja mrożąca krew w żyłach? Jedynie co było mrożące, to lekki minusik w powietrzu i mroźny wiaterek, co w plenerach i po plerach gęsią skórkę wywoływał. Po krótkiej rozgrzewce z Ryśkiem, Januszem i Adamem wystartowaliśmy w odmęty ciemności w towarzystwie jasnej okrągłości - księżyca w całej okazałości. Zdecydowana większość biegaczy z dobrymi latarkami - czołówkami, bo za miastem, za stawami, za kilkoma podbiegami czekał Rysiek z hot-dogami, dalej Adaś z podrobami, no i Janusz z naleśnikami. A tak naprawdę czekał na nas mroczny las w którym nogi wywijało na prawo i lewo, bo nierówno, ślisko i błotnawo było. Ale była i gorąca herbatka na nawrotce co mnie pokrzepiła i większe przyspieszenie wzbudziła. A może biegłem szybciej bo lampki nie miałem, a że nic nie widziałem to dogonić czołówkę z czołówkami chciałem. Z tego wszystkiego drugi na mecie byłem :) (w kategorii Nieroztropni biegacze bez oświetlenia). Zadowoleniem dodatkowym dla mnie było, że nikt mnie nie doścignął, za to ja do końca wymijałem (co rzadko mi się ta sztuka zdarza). Na mecie czekał ładny medal i dyplom, a w jadalni duże ilości jaroszowego jedzenia, które nawet mnie przerosło...Na zakończenie ku pełnej regeneracji czekał nas basen (w ramach pakietu). Bardzo przyjemnie i wesoło było pod prysznicami,w jacuzzi i saunie....Coś mniej za to garnęliśmy się popływać...bry brry bryy...za zimna woda, aż krew w żyłach mroziła (najwięcej Janusz brylował bobro-kraulem). A przecież BOBRY tak lubią pływać. 
MarcinD
21,5km (dystans był o 400m dłuższy)
38 Marcin Dymiński 01:47:58
41 Janusz Łuczyk 01:48:57
68 Ryszard Mazurek 01:56:30
84 Adam Lipiński 01:58:30

FALENICA ETAP 3
dodano: 2015.01.25
Tydzień po Chomiczówce, nie każdy z naszego bobrowego składu czuł się w pełni mocy przerobowych, by ganiać na czas po wymagających falenickich wydmach. Nie zawsze jednak to co się myśli lub mówi o samopoczuciu i predyspozycji fizycznej, przekłada się na to jak nas niosą nogi w trakcie głównego biegu. A tym razem poniosły nas kulasy, bardzo pręciutko przez głębokie lasy. Niby każdy blado wyglądał, tyle że enegię jakby od drugiego zasysał i z podwójną mocą odwzajemniał. Czasy rewelacyjne i nowe życiówki.
Marcin D.

2 okrążenia:
13m. Leszek Stępień 00:30:34
39m. Mariusz Michalik 00:36:24

3 okrążenia:
92m. Marcin Dymiński 00:44:24
139m. Janusz Łuczyk 00:46:29
173m. Dariusz Gotowiec 00:47:39
176m. Jacek Paź 00:47:45

Bieg Chomiczówki i Bieg o Puchar Bielan
dodano: 2015.01.19





Pogoda i warunki na trasie znakomite. Bobry w szerokim składzie. Każdy po cichu z nastawieniem, że choć może ździebko urwie się z dotychczasowych osobistych rekordów na 5 i 15km. W końcu to pierwszy tak poważny start w 2015 roku, weryfikujący tendencje przyszłej formy, przed nowym sezonem. I nie jednemu z Nas udało się podnieść poprzeczkę i poprawić wynik. Dziękuję więc przedewszystkim Najwyższemu...za zdrowie, za dobry humor, za moich kompanów z drużyny, którzy pracowali nad moimi morałami i formą (Ryśkowi za celny plan na 5km- tym samym złamałem 20min i Januszowi świetnemu peacmekerowi, za to, że ciągnął mnie za koszulkę do 10km). Dziękuję też wytwórni filmowej L.Stępień&Bóbr-Company, za wierne oddanie realiów biegu. Na końcu dziękuję Człowiekowi-Bananowi, który na 12km wyminął mnie z taką lekkością, w czasie kiedy ja zdychałem i umierałem z głodu...
Marcin D.

Puchar Bielan 5km:
80m. Marcin Dymiński 00:19:50
286m. Jacek Paź 00:24:18
289m. Darek Gotowiec 00:24:19
299m. Mariusz Michalik 00:24:25
301m. Janusz Łuczyk 00:24:26
341m. Leszek Stępień 00:24:48

Bieg Chomiczówki 15km:
248m. Ryszard Mazurek 01:05:05
264m. Leszek Stępień 01:05:41
386m. Janusz Łuczyk 01:08:38
415m. Darek Gotowiec 01:09:25
544m Marcin Dymiński 01:12:30
683m. Jacek Paź 01:15:28
Filmik z Biegu o Puchar Bielan

FALENICA, ETAP 2
dodano: 2015.01.11
W sobotę 10 stycznia 2015r. w Falenicy rozpoczęłam wraz z Leszkiem biegi po "długiej" przerwie świątecznej. Chociaż to już styczeń i były to zimowe biegi, to śniegu ani odrobinę nie było. II etap XII Biegów Górskich w Falenicy odbył się w takiej samej scenerii jak poprzedni bieg w grudniu 2014 r. Trasa nie była łatwa:) po pierwsze, że nie zapomniałam o falenickiej wydmie i 21 podbiegach:) a po drugie było trochę grząsko, błotko i ślisko po ostatnich opadach deszczu. Trzeba było biec ostrożnie. Mimo brzydkiej pogody, wcale nie zimowej, przyjechało dość dużo biegaczy, być może padł rekord. Mimo tego, że brak było mi "wybiegania", które spowodowane było moim lenistwem i objadaniem się w święta:) ale cóż dałam sobie dyspensę:) jestem zadowolona ze swojego biegu. Poza tym, cieszę się, że możemy pobiegać i spotkać się ze znajomymi z klubu i nie tylko. Możemy pogadać, pośmiać się, zamienić kilka zdań a nawet udzielić ciekawych porad biegowych i treningowych.
Niestety nasz dzień biegowy w Falenicy nie zakończył się na "dyszce":) Oczywiście dla Leszka!!!! Ja zrezygnowałam z biegu na orientację, aby nie przedobrzyć:) Leszek wystartował!!! Trochę mu się zeszło, bo na mecie pojawił się za 2 godziny i pokonując ponad 10 kilometrów. Nie spodziewał się, że będzie musiał falenicką wydmę pokonywać jeszcze 8 razy /w górę i w dół/ szukając 20 punktów kontrolnych. To nie lada wyczyn!!! Zmoczonego, zmarzniętego, z bolącą nogą i skurczami łydek przywiozłam do domu.:) ale i tak twierdzi, że to FAJNA ZABAWA!!!

Ela Rosa

SYLWESTROWY BIEG BOBROWY
dodano: 2014.01.01
Rok temu w Ręczajach, a w tym roku spotkaliśmy się w Mostówce pod Wyszkowem, aby uczcić i pożegnać rok 2014. Pomysł zorganizowania biegu właśnie w tym miejscu podsunęli Darek i Jacek, którym w centrum Mazowsza udało się znaleźć naprawdę mogącą dać w kość górkę. Trasa to dwie pętelki o łącznej długości około 1,6km, które stykały się na szczycie, gdzie ulokowaliśmy bazę i ognisko. Herbatka i kiełbaski to jednak nie wszystko. Pod koniec spotkania Jacek odpalił szampana, a Daro obdarował wszystkich wspaniałymi pucharami :). Mimo małego mrozu zabawa była iście bobrowa. Dzięki chłopaki i dziewczyny za ten rok i oby w następnym "pod górkę" znaczyło tylko tyle co trening siłowy :)
Leszek S.
Starsze relacje przeniesione do archiwum.

Liczniki na bloga
OGŁOSZENIA
VI Bieg Bobra im. Staszka Stolarczyka
ZAPISY


REGULAMIN

 A w pakiecie między innymi bandamka adidasa !!! oraz wiele ciekawych nagród do losowania po biegu.                         ZAPRASZAMY.

O nas

Bóbr Tłuszcz to amatorski klub miłośników biegania w każdej postaci - od  truchtacza po sprintera. Wyniki na pewno stanowią motywację, ale ludzie, z którymi biegasz, z którymi spotykasz się na treningach i zawodach są też bardzo ważnym elementem motywującym do bardziej wytężonej pracy nad sobą. Istniejemy po to, aby wspólnie wymieniać się doświadczeniami, motywować i wsperać dobrym słowem, razem umawiać sie i jeździć na zawody i treningi. Jesteśmy otwarci na nowe osoby, które będą dzieliły z nami swoją pasję biegania.Zapraszamy do nas!
Do boju, Bobry!
comments powered by Disqus
Podsumowanie I półrocza 2013
Zobacz nas na facebook-u
Darmowe strony internetowe dla każdego