Maraton Pieszy w Kampinosie 2012

   Marzenia o biegach ultra zaczęły kołatać w mojej głowie gdzieś po drugim czy trzecim maratonie. Dystans powyżej maratonu był dla mnie jednak czymś niewyobrażalnym aż do czasu przeczytania „Urodzonych Biegaczy”. Po lekturze tej książki oraz przeczytaniu artykułu o wyczynach Scotta Jurka, podjąłem ostatecznie decyzję zmierzenia się z dystansem 100km. Wszystko jedno czy biegiem, pieszo, czy na czworaka. Wybór padł na Maraton Pieszy w Puszczy Kampinoskiej, dokąd jest stosunkowo blisko i ma on charakter marszu lub biegu. Ponadto startować miałem z Marcinem, który miał już pewne doświadczenie w tej imprezie. Minusem był niewątpliwie orientacyjny charakter tych zawodów oraz fakt, że start miał nastąpić tuż po zmroku. Przed startem dziwiło mnie jak Marcin skrupulatnie dobierał swój ekwipunek – batony, bukłaki, ubrania, a nawet plastry i igły. Po co to wszystko? Przecież to tylko dwa maratony z kawałkiem, trzynaście godzin z godzinną przerwą łącznie i po strachu – myślałem, jednak uzbroiłem się we wszystko i w pełnej gotowości wyczekiwałem 6 października. Tydzień przed Kampinosem pokonałem Maraton Warszawski i zrobiłem życiówkę o 10 minut lepszą od poprzedniej. To ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że trzynaście godzin, to maksymalny czas jakiego potrzebuję do pokonania setki. Kiedy dotarliśmy do Dziekanowa Leśnego było już dosyć ciemno, a kiedy szliśmy na miejsce startu zrobiła się czarna noc. Wtedy trochę się przeraziłem, gdyż, gdyby nie grupa innych uczestników, nie miałbym zielonego pojęcia jak w ogóle dojść na miejsce zgrupowania. Po zarejestrowaniu w biurze zawodów nie otrzymaliśmy żadnych numerów startowych, tylko karteczkę, na której należało zbierać pieczątki z punktów kontrolnych. Jeszcze tylko dopięcie plecaka, kontrola mapy, rozpiski trasy i start.
   Start był inny niż sobie wyobrażałem. Nie miałem zielonego pojęcia, że ludzie potrafią tak szybko chodzić. Plan był taki, żeby kilka kilometrów przejść, a potem dać ostrzej z buta. Gdzieś po około pięciu kilometrach zaczęło mi się nudzić i zacząłem odczuwać znużenie charakterystyczne dla długiego spaceru. Ludzie maszerowali w tempie, że ledwo mogliśmy nadążyć, ale zarazem byli jacyś ospali, senni i prawie wcale ze sobą nie rozmawiali. Po krótkiej konsultacji przeszliśmy do truchtu i powoli, systematycznie wyprzedzaliśmy kolejnych uczestników. Nagle zaczęło mżyć, kropić i padać – zaraz przejdzie – pomyślałem i parliśmy dalej. W końcu wspólnie ustaliliśmy, że znajdujemy się w czołówce. Nie spoglądaliśmy na mapę, gdyż daleko przed nami widać było błyski świateł z latarek. Dogoniliśmy dwie osoby, które w kapturach studiowały przemoczoną już mapę. Przed nimi nie widać było nikogo więc i my zatrzymaliśmy się, aby zorientować się co do miejsca obecnego pobytu. Okazało się, że ludzie, za którymi biegliśmy pomylili szlaki i właśnie staliśmy gdzieś pośrodku ciemnego lasu, a do tego z nieba lunęło tak, że mapa, którą trzymałem w ręce w ciągu kilku sekund wyglądała jak szmata do wycierania podłogi. Trudno jest opisać emocje, jakie towarzyszyły nam w tamtym momencie. Nie mieliśmy innego wyboru, jak tylko wrócić się i liczyć, że światła latarek innych naprowadzą nas na właściwy szlak. Udało się, jednak znów znajdowaliśmy się gdzieś daleko poza czołówką. Po kilku chwilach zauważyliśmy biegaczy i postanowiliśmy się do nich podczepić. Ciągle lało więc nie było szans zajrzeć w naszą, ledwie żywą mapę. Ciągnęliśmy się za nimi przez kilkanaście kilometrów. Wydało się, że spokojnie dobrniemy z nimi przynajmniej do półmetka, ale ostatecznie i oni zaczęli się gubić. Po którymś cofaniu ze złego szlaku uznaliśmy, że najlepszym pomysłem będzie jednak trzymanie się większej grupy, a bieg rozpoczniemy po półmetku, z nowymi siłami, kiedy zacznie świtać. W ten sposób mijały nam kolejne kilometry i o 4:47 zawitaliśmy do Lasocina. Bilans nie był zbyt korzystny. 50km osiągnęliśmy z czasem o 3 godziny gorszym od tego, który sobie założyłem. Druga połówka napawała jednak nadzieją, gdyż cały czas mieliśmy siły, przestało padać i zaraz miało świtać.
   Po krótkiej przerwie na kawę, ciastka i jabłka ruszyliśmy dalej. Plan był prosty - biegniemy i liczymy tylko na siebie. Przez dość długi odcinek udawało nam się pokonywać trasę około kilometrowym biegiem i dwustumetrowym marszem na zmianę. Biegło się wybornie, trasa stała się dość przejrzysta, a wraz ze świtem wstąpiły w nas nowe siły. Aż do czasu. Około siedemdziesiątego kilometra zrozumiałem, że Marcin miał rację mówiąc o tych wszystkich dziwnych rzeczach, które warto ze sobą zabrać. Piach i błoto w butach dały o sobie znać. W jednej chwili na obu nogach wyrosły mi mega bąble. Nie mogłem postawić stopy, nie mówiąc już o kontynuowaniu drogi do mety. Gdyby nie igły, plastry, waciki i cały ten asortyment, musiałbym poważnie rozważyć konieczność pożegnania się z Kampinosem jeszcze przed 75 kilometrem. Tymczasem postanowiłem jakoś doczłapać się do kolejnego punktu kontrolnego i tam zastanowić się, co robić dalej. Było gdzieś koło 10.00, kiedy ruszyliśmy jednak zmierzyć się z ostatnią ćwiartką. To było zdecydowanie najdłuższe dwadzieścia pięć kilometrów mojego życia. Z Powodu bólu w stopach nie mogłem chodzić, ale też nie mogłem biec, tylko truchtałem w żółwim tempie. Każdy kilometr ciągnął się w nieskończoność, a fakt, że pewnym momencie zgubiliśmy się doprowadzał do rozgoryczenia. Cały czas jednak parliśmy do przodu z przekonaniem, że dotrzemy na metę, nawet, jeśli będziemy musieli się pod nią wczołgać. Co jakiś czas wyprzedzaliśmy ludzi, którzy później dochodzili nas i znikali… i tak na zmianę. Ostatni kilometr trwał wieczność. Kręta ścieżka, lasek i ciągłe wyczekiwanie, że za zakrętem będzie meta. Rachubę mierzenia kilometrów straciliśmy już dawno, mój garmin padł po 11 godzinach, a wskazania zegarka Marcina nijak się miały do strasznej rzeczywistości. Kiedy liczyliśmy, że do mety już „tylko” 10km, ktoś z uczestników uzmysłowił nam, że jeszcze „tylko” 18km… taka informacja może naprawdę podłamać. Ostatecznie o 15.28, po ponad dziewiętnastu godzinach dotarliśmy do celu, siedem godzin później od zakładanego przeze mnie czasu. Przed startem zaparkowaliśmy samochód w odległości około 10km od mety i uznaliśmy, że po dotarciu na metę, śmigniemy do niego i wrócimy do domu. Na mecie zmieniliśmy jednak zdanie i błagaliśmy ludzi, żeby podrzucili nas samochodem. Kurczę, było ciężko i mokro, czułem obrzydzenie, kiedy patrzyłem na drzewa, jeszcze przez kilka dni… tragedia. Wybieram się za rok.

L.S.
Ekwipunek: 3 litry wody (spokojnie starczyło), 4 naleśniki z hummusem, 5 batonów, 2 latarki, igła, nitka,, plaster, nóż...
Przed samym startem... Co ja tutaj robię...
Diablo III - gdzieś w nocy, w ciemnym lasku.
Kawa z jabłkiem, półmetek.
Ranek w Kampinosie. Sezon grzybowy w pełni.
Sosna z Powstania Styczniowego. To już gdzieś pod 80 kilometrem.
Żeby nie było. Meta zaliczona.
Darmowe strony internetowe dla każdego