Bieg Rzeźnika 2013

Bieg Rzeźnika to niewątpliwie marzenie wielu biegaczy, zwieńczenie miesięcy treningu i powód do chluby. Aż do momentu zapisania się nie wiedziałem o tym biegu praktycznie nic, poza tym, że odbywa się on na dystansie 80km w Bieszczadach. Kiedy wraz z Grześkiem umawialiśmy się na bieg podczas spotkania wigilijnego u Stasia, nie wiedziałem nawet, że w biegu tym startuje się w parach. Zapisy ruszyły zimą i udało mi się wpisać nas na listę tylko dlatego, że miałem akurat tego dnia wolne. Limit miejsc wyczerpał się po kilkudziesięciu minutach. Później już tylko trening i oczekiwanie. Począwszy od stycznia biegałem średnio w miesiącu około 250km, zaliczyłem kilka dłuższych , ponad 30-kilumetrowych wybiegań i jeden maraton. Koniec kwietnia i maj spędziłem bardzo pracowicie. Udało mi się zrobić kilka mocnych treningów na Górkach Mironowskich w Wołominie i wybiegałem czasami do 100km tygodniowo. Na tydzień przed wyjazdem poczułem kłucie w kolanie i ostatnie dni do wyjazdu przeczekałem w domu, wcinając glukozaminę, galaretkę i robiąc setki ćwiczeń kledzikowych na wzmocnienie ud. 
Już sama trasa do Cisnej była dla mnie niezłą rzeźnią, ponad 450km na drogach w większości w terenach zabudowanych i nafaszerowanych radarami, ale udało się dotrzeć na miejsce bez większych problemów (z zaledwie jednym, malutkim mandacikiem). Cisna to niewielka miejscowość licząca zaledwie około 500 mieszkańców (dane z 2006). Mimo, że przez Cisną przebiega się dopiero gdzieś na 34km, warto właśnie tu poszukać noclegu. Wioska, choć niewielka, ma swój urok i klimat, szczególne wrażenie mogą robić bary i karczmy zlokalizowane w centrum. Niedaleko też, na stadionie Orlik ulokowano biuro zawodów, w którym już od rana było gwarno i szumnie. Zdecydowana większość ludzi na ulicach to biegacze lub turyści – tubylcy w zdecydowanej mniejszości. Właściwie po 2 godzinach powolnego spacerku z przystankami na robienie fotek, znaliśmy już całą miejscowość. Główną atrakcją Cisnej są niewątpliwie urokliwie zniewalające góry oraz kolejka bieszczadzka, która co jakiś czas świstała gdzieś poza widokiem. Czekając na pojawienie się Grześka, wyrzuciłem z torby moje gadżety biegowe i zacząłem je segregować i dzielić. Na bieg postanowiłem zabrać mój niezawodny plecaczek z bukłakiem, do którego nalałem 1,5 litra wody. Ponadto w plecaczku znalazło się miejsce dla 2 snickersów, suszonych moreli, zestawu plastrów, igieł jednorazowych, płaszcza przeciwdeszczowego, scyzoryka, 2 par skarpetek i telefonu. Dodatkowo zaopatrzyłem się w torbę na pas, do której załadowałem aparat fotograficzny, folię termiczną, sezamki i trochę soli (tak na wypadek skurczów). Po drodze są dwa przepaki więc w dodatkowe torby wpakowałem – na przepak w Cisnej – świeżą koszulkę, skarpetki, snickersa i sezamki, natomiast na przepak w Smereku – skarpetki, buty, czapkę, koszulkę, jedzenie i koszulkę bobra, gdyż pomyślałem, że najlepiej będzie wpaść na metę w firmowym wdzianku. Kiedy Grzesiek wraz z Elą i Leszkiem dotarli na miejsce było już koło 16.00, odebraliśmy pakiet i udaliśmy się pod namioty, na małe piwko. W pakiecie znajdowały się worki i naklejki z nazwami miejsc przepaków. Dodatkowo znajdował się worek z napisem meta, do którego załadowałem suche ubrania i cieplejszą bluzę. Ponadto w pakiecie znajdowała się koszulka, worek, mapa czerwonego szlaku (trasy), no i oczywiście numery i chipy na but. Na odprawie poinformowano nas o szczegółach biegu, o tym, że nie wolno oddalać się od partnera, że może być deszcz itd. Po dopiciu browara i zjedzeniu sowitej ilości makaronu nie pozostało nic innego jak iść spać i czekać do 2.00 w nocy, gdyż o tej godzinie miały nas zabrać autokary i powieźć na miejsce startu do Komańczy. Obudziłem się oczywiście kilka minut przed budzikiem, dojadłem makaron, zapiąłem plecak, torbę i otworzyłem drzwi. Pogoda tragiczna, noc ciemna jak stara piwnica i deszcz, którego skutki zacząłem odczuwać już po kilku minutach. Wcisnąłem się do pierwszego lepszego autokaru i przekręciłem do Grześka. Odebrał. Po kilku minutach zjawił się w autokarze i wesoło poinformował mnie, że całą noc przegadał z Elą i Leszkiem i praktycznie nawet się nie zdrzemnął. Ostatecznie jednak zasnął podczas podróży, która trwała blisko 40 minut. W Komańczy byliśmy kilka minut po 3.00 i czekając na start siekaliśmy sobie fotki. Przyznam, że zacząłem się nieco niepokoić, a nawet czułem lekkie mrowienie i stres, bo właśnie zdałem sobie sprawę, że na pewno będzie bolało. Grzesiek nie okazywał żadnych skrupułów względem trasy, był wyluzowany i co chwilę robił kolejne fotki z ręki. Do boju zagrzewał nas dźwięk bębnów. Jeszcze tylko siku, ustawiamy się i…… start.
Początek biegu mega – lajtowy. Deszcz już dawno przestał padać. Trasa wiodła trochę Komańczą, później odbitka i w las. Właściwie przez pierwsze kilka kilometrów nie napotkaliśmy na żadne przeszkody, lekkie podbiegi, zbiegi, szarówka (można było spokojnie nie zabierać latarki), piękna rzeczka i rozmowy w miłym towarzystwie. Przyznam, że w takich warunkach szybko się wyluzowałem i czekałem na góry. No i się pojawiły. Pamiętam, że gdzieś koło 10km zaczęła się pierwsza mocniejsza wspinaczka, która trwała kilkadziesiąt minut. Potem szczyt i mega chłodny wiatr, ale twardo leciałem w T-shircie. Na zbiegach zaczęła mi uwierać torba na pas, wszędzie latały mi od niej paski, cały czas przekręcała się i szybko zacząłem żałować, że ją w ogóle wziąłem. Grzesiek bardzo wytrwale parł do przodu, generalnie cały czas byliśmy obok siebie, ale miałem wrażenie, że lepiej radzi sobie na stromych zbiegach, na których jak najbardziej chciałem oszczędzać kolana. Kiedy dotarliśmy do pierwszego etapu, moje buty wyglądały jak ulepione z gliny. Glina była wszędzie i czasami mieliśmy ogromny problem na zejściach, gdyż buty dosłownie ześlizgiwały się po nocnych opadach. Na Żebraku postanowiłem zmienić skarpetki, wyprzedziłem Grześka i usiadłem na karpie przed matą kontrolną. Zanim zdążyłem zziębniętymi rękami rozwiązać sznurowadła, Grzechu dobiegł do mnie i pociął dalej. Zmiana skarpetek zajęła mi dość sporo czasu i musiałem nadganiać, na szczęście mój kompan zwolnił. Dalej nie było jakoś tragicznie, ale pamiętam strome zejście pod wyciągiem, na którym ludzie dosłownie piszczeli z przerażenia, gdyż jeden niewłaściwy krok skutkował zjazdem na tyłku, z krótkimi pauzami na kamienie. Potem było lepiej. W pewnym momencie wybiegliśmy na asfalt i byliśmy w Cisnej. Na przepaku, podczas wymiany skarpetek zorientowałem się, że moje nowe buty są już porwane, a ja na palcu mam bolący odcisk. W Cisnej zeszło nam się ze 20 minut, ale cały czas mieliśmy czas na 12h, a nawet mniej. Po przejściu przez rzeczkę, gdzieś na 34km Rzeźnik pokazał nam, na czym polega jego trudność. Dotychczasowe podejścia były niczym w porównaniu z tym, co spotkało na wdrapywaniu się na Małe Jasło. Góra wydawała się nie mieć końca. Co chwilę spoglądałem na Garmina, pokonanie 100 metrów zajmowało nam czasami kilka minut, a szczytu nie widać. Wtedy zrozumiałem, co mieli na myśli bardziej doświadczeni, którzy uprzedzali, że Rzeźnik zaczyna się za Cisną. Traciliśmy czas, jednak wolno, wytrwale i bez przerw posuwaliśmy się do przodu. Zejście, o którym marzyłem przez cały czas podejścia było zdradliwą pociechą, niebezpiecznie, stromo i ślisko… szybko zaczynałem marzyć żeby znów było pod górkę. W końcu wybiegliśmy na drogę i do tego płaską… super! Tylko jak długo to potrwa. Spytaliśmy kogoś i ku naszej uciesze, dowiedzieliśmy się, że droga prowadzi aż do przepaku na Smereku. Kilka kilometrów dalej zmienialiśmy już skarpetki i zakładaliśmy koszulki bobra. Nie zdecydowałem się na zmianę butów, gdyż stopy jakoś dawały radę i szkoda mi było podrzeć kolejnych butów. Na Smereku dowiedzieliśmy się, że najgorsza droga przed nami – musimy się ostro wdrapać, ale potem będzie płasko na szczycie. I rzeczywiście podbieg pod Smerek dała nam w kość nie mniej niż Małe Jasło, a do tego pionowe schody pod koniec były dla nas wręcz mordercze. Na szczycie jednak zaczęliśmy już w myślach wypatrywać mety, biegliśmy szlakiem i wyprzedzaliśmy kolejnych umęczonych rzeźników. Pod Chatką Puchatka (schornisko) powiedziano nam, że do Ustrzyk już tylko 2,5h drogi… już blisko, pomyślałem, zbiegniemy, potem górka i jesteśmy w domu. W Berehach Górnych nie zagrzaliśmy długo miejsca, Grzesiu wypruł jak strzała i w ostatniej chwili zauważyłem, jak macha mi z góry. Jeszcze tylko jedna górka, jedna górka… shit… ta górka nie ma końca… jeszcze kawałek, już widać koniec lasku i…. widać, że jeszcze cholernie daleko, ostro i wysoko. Nic nas nie ścięło z nóg tak, jak zrobiła to Połonina Caryńska. Była dla nas bezlitosna i wycisnęła ostatnie poty. Na szczycie jednak ból szybko poszedł w zapomnienie. Jakaś niewidzialna siła nagle dodała nam energii i kiedy inni powoli schodzili w dół, my zbiegaliśmy coraz szybciej i szybciej. I wreszcie jest… upragniona meta. 
Autokar zabrał nas do Cisnej dość szybko i dopiero przy wysiadaniu z niego człowiek na swoich mięśniach czuł, że żyje. 15 godzin może nie brzmi zbyt rewelacyjnie przy 16-godzinnym limicie. Może można było urwać z godzinę, a może więcej, bo na przepakach siedzieliśmy zdecydowanie za długo. W pewnym momencie biegu czas jednak przestał mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, spodziewałem się, że będzie ostro, ale to, czego doświadczyliśmy przerosło wszelkie oczekiwania… może dlatego, że nigdy nie biegałem w górach. Grzesiek, który miał na koncie Maraton Karkonoski, podzielał jednak moje spostrzeżenia i stwierdził, że Karkonosze to przy tym pikuś. Trudność trasy powodowała, że czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie i sam fakt, że pokonaliśmy ją był dla nas ogromnym powodem do dumy, tym bardziej, że mijaliśmy całą masę osób, które rezygnowały. Wielkie podziękowania chciałbym złożyć mojemu współtowarzyszowi, Grześkowi – to wytrwały i niezłomny kompan, który posiada niespożyte zasoby energii. Kiedy chwilami wydawało mi się, że będziemy musieli przystopować, Grzesiu nagle dostawał takiego kopa, że nie mogłem za nim nadążyć. Podobało mi się, że tworzyliśmy zespół i nie zostawialiśmy się, tak jak to miało miejsce w przypadku innych par. Było tak być może dlatego, że dysponowaliśmy podobnym zasobem sił, a być może dlatego, że obaj wczuliśmy się w specyficzny klimat rzeźnika, w którym dwie osoby wspólnie odpowiadają za wynik. Dzięki, Grzechu, polecam wszystkim takiego kompana i polecam rzeźnika, bo rzeczywiście w moich oczach zasługuje na miano biegu kultowego.

Kalibracja aparatu. Przez przypadek zmieniełm rozdzielczaść na najniższą i nici z moich fotek...
Dzięki za motywację, dziewczyny. Chociaż byłyście lepsze, cały czas starałem się dotrzymać Wam kroku.
Pierwsze zderzenie z Bieszczadami. Glina i mina mówią wszystko. 
Zejście pod wyciągiem. Było naprawdę ekstremalnie niebezpiecznie.
Na drodze do Cisnej. Jeszcze nie wiem, że Rzeźnik dopiero się zacznie...
Przepak w Cisnej. Wyciąganie błota z butów, amiana ubrań i żarełko.
Moi najwierniejsi kibice. Po tym spotkaniu wiedziałem, że dotrę do mety mimo wszystko.
Prawdziwy Rzeźnik zaczął się za tymi torami...
Gdzieś na Połoninie spotkaliśmy Wasyla...
Leszek i Ela informują nas, że podejście na Smerek jast najtrudniejsze... potem będzie już lepiej!
Dla nas Połonina Caryńska była zdecydowanie najgorszym podejściem.
Czy było warto??? Zdecydowanie TAK!!! 
Kreator www - przetestuj za darmo